avatar

redin Użytkownik gram.pl (Przodownik) ja.gram.pl/redin

Mój blog (ostatnie wpisy) rss

The Final Frontier - wrażenia

Obiecałem napisać „recenzję” nowego albumu Ironów. W końcu znalazłem czas i poskromiłem lenia. Wcześniej przesłuchałem nowe dziecko Żelaznej Dziewicy parokrotnie, starając się wyrobić sobie konkretne zdanie. Trochę myślenia miałem... Ale po kolei.

The final frontier jest piętnastym albumem IM, wydanym na 35-lecie zespołu. Szmat czasu minął, ale „staruszki” dalej ciągną.

The final frontier różni się od wcześniejszych dokonań grupy, a mam głównie na myśli płyty z lat 80-tych. Jest raczej zbliżona do tego co IM prezentuje od powrotu Dickinsona i Gersa. Można wyczuć nieco progresywnego charakteru, co przekłada się głównie długość kawałków. Najkrótszy ma ponad cztery minuty, najdłuższy prawie jedenaście. Cały album trwa 76 minut, długo jak na 10 utworów.

Piosenka otwierająca jest trochę nietypowa. Zaczyna się długim, zaryzykuję stwierdzenie psychodelicznym intrem, później jest raczej typowy rytm i oczywiście solóweczka. Solówki, moim zdaniem, zawsze były mocną stroną IM i tak samo jest teraz. Większość utworów jest zlepiona wg schematu: spokojny wstęp, przyspieszenie, zmiany rytmu i solówka itd. Utwór Coming home jest nostalgiczną, poruszającą balladą. Strukturą wyróżnia się El Dorado, o którym wspomniałem w poprzednim wpisie. Miał on chyba nawiązać do dalszej przeszłości, w której aż pełno było od chwytliwych riffów. Tutaj mamy dwa powtarzające się motywy, chociaż niespecjalnie oryginalne. Podoba mi się ten drugi, wstrzykujący nutę niepokoju do kompozycji.

Zdecydowanie najbardziej podoba mi się ostatnia, jedenastominutowa piosenka, zbudowana zgodnie z przedstawionym wyżej schematem. Ma wpadającą w ucho melodię i dwie bardzo dobre solówki. Czuję, że nie wykorzystano do końca potencjału trzech gitar. Kompozycje mogłyby być bardziej złożone. Głos wokalisty daje radę, lecz nie jest już taki jak niegdyś.

Nie zgodzę się z opiniami krytykującymi tą płytę. Całość jest porządnie wykonana, chociaż niezbyt oryginalna. Są utwory nijakie np. Mother no mercy, ale znajdziemy też i dobre, jak nie bardzo dobre. Jednak ta płyta ma coś dziwnego w sobie. Trzeba się do niej przekonać, posłuchać kilka razy. Na początku wydaje się taka średnia, ale potem coraz lepsza. Nie podzielam opinii, że to jedno z lepszych osiągnięć kompani Harissa. Najlepszą płytą z okresu trzech gitarzystów jest Brave New World. Mamy na niej wiele melodyjnych kompozycji, które nieźle kopią uszy.

Osobiście album polecam, tylko trzeba podejść z odpowiednim nastawieniem. Panowie swoje lata już mają, wyszaleli się za młodu, teraz są bardziej statyczni i tworzą inaczej, może spokojniej. W końcu zespół istnieje już 35 lat.

Tytuł albumu nasuwa pewne pytanie: Co dalej? Czy będą grać dalej, czy nie lepiej już zakończyć historię jaką jest ten zespół. Jest to mój ulubiony zespół, więc chciałbym ich jeszcze słyszeć.

 

Up to the IRONS!

 

Ps. Poniżej parę utworów.

 

komentarzy: 6Niedziela, 29 sierpnia 2010, 23:53

Paplanina wakacyjna

Zapowiadałem, że częściej będę zamieszczał wpisy, ale czasem ciężko lenia przełamać. A to jeszcze coś przy okazji wypadło, a to wyjazd. W końcu zmobilizowałem się do przełamania milczenia.

Ostatnio wróciłem z dwutygodniowego pobytu nad morzem z kumplami. Wyczekiwałem na ten wyjazd, bo potrzebowałem odetchnąć świeżym powietrzem i pobyć trochę w leśnej ciszy. Albo wsłuchiwać się w szum morza podczas kilkukilometrowych spacerów. Moje myśli odpływały gdzieś daleko, z dala od codziennej szarówki. Tylko równy krok się liczył, oddech i to co widziałem przed sobą.

Niestety pogoda zwykle łaskawa nie była, często lało i sporą część wypadu spędziliśmy w domu. Każdy słoneczny dzień wykorzystywaliśmy na plażowanie. Co jak zwykle ograniczało się do leżenia, krótkich kąpieli w morzu oraz gry w siatkę. Swoją drogą siatkówka zaczęła mnie nieźle wciągać i nie mogę się doczekać, by znów sobie w nią pograć.

Gdy nie miałem niczego ciekawego do roboty, to czytałem książki, które miałem pod ręką. O każdej powiem parę słów.

Na pierwszy ogień poszedł „Wielki mistrz” Trudi Canavan, czyli ostatni tom trylogii o Czarnym Magu. Jest to sztampowa historyjka w stylu od zera do bohatera. Książka mnie wciągnęła, lecz podczas odkrywania tajemnic, akcja była coraz mniej ciekawa dla mnie. Zakończenie rozczarowało mnie wręcz. Ogólnie czułem po tym spory niedosyt i raczej inne powieści sobie odpuszczę.

Miesiąc temu w Nowej Fantastyce zamieszczono powieść Paula Andersona „Stanie się czas”. Akcja opowiada o człowieku, który potrafił podróżować w przyszłość i przeszłość. Książka została napisana z perspektywy przyjaciela głównego bohatera, zatem nie wszystko będzie wiadome. Autor zawarł swoją wizję przyszłości oraz skomentował wydarzenia przyszłe i teraźniejsze. Książka mnie wciągnęła i dała nieco do pomyślenia. Nie planowałem jej wcześniej przeczytać, toteż uznaję to za miłe zaskoczenie.

W moje ręce wpadł „Cień wiatru”. Powieść opowiadająca o losach chłopca, który w Cmentarzu Zapomnianych Książek znalazł pozycję o powyższej nazwie mało znanego autora. Zainspirowało to go do zdobywania wiedzy na jej temat. Dostajemy coś w rodzaju kryminału z elementami obyczajowymi. Fabuła jest ciekawa, ma sporo zapętleń, zwrotów akcji. Tylko to zakończenie mi się nie podobało – było takie... hmm... mało dramatyczne, by nie powiedzieć... Nie nie powiem, sami przeczytajcie. Uważam, że warto.

Również niespodziewanie nabyłem okazyjnie powieść „Hannibal po drugiej stronie maski”. Autor wyjaśnia w niej czemu nasz geniusz przestępczej sztuki jest taki a nie inny. Mamy tu brutalną wizję przeszłości hrabiego Lectera razem z jego pierwszymi zabójstwami. Sama powieść dosyć wciąga, lecz w pewnym momencie poczułem rozczarowanie. Pod koniec akcja wydała mi się dosyć naciągana. Mimo to uważam „Hannibala...” za niezłą książkę. Może sięgnę nawet po inne opowieści o nim.

Myślę, że przyszła kolej na małą zapowiedź. 16 sierpnia ma się ukazać kolejna płyta Ironów o nazwie „The Final Frontier”. Już teraz można posłuchać jednego utworu z tego krążka o nazwie El Dorado. Jest całkiem niezły.. Nie powiem, apetyt mam zaostrzony i liczę na kawał porządnego grania. Zobaczymy co wyjdzie. Zapewne pokuszę się o napisanie swoich wrażeń.

komentarzy: 7Czwartek, 12 sierpnia 2010, 22:56

Po Sonisphere

 

Już ochłonąłem, mogę teraz podzielić się swoimi wrażeniami z koncertu. Nie zamieszczam żadnych zdjęć ani filmików. Co do tych ostatnich, to sporo można znaleźć na YT. ;)

Koncert miał miejsce na obszernym terenie lotniska w warszawskim Bemowie. Na długo przed początkiem imprezy czarne tłumy przybywały na miejsce. W autobusach był tłok, ulicami szły kolumny ludzi. Gdzieniegdzie można było spotkać osoby z tabliczkami „bilety” lub „kupię bilet”. Zatem można było na ostatnią chwilę zdobyć wejściówkę.

Po przebiciu się przez barierki z ochroną trzeba było przejść jeszcze ładne parę metrów. Po drodze była wystawa motorów i samochodów, były barki z zapiekankami, kiełbasami i piwem. Było również stoisko z xboxami. Ale przejdźmy teraz do rzeczy najistotniejszej.

Granie zaczęło się gdzieś tak o 16. Rozpoczął Behemoth około 30-minutowym występem. Przyznam się, że wsłuchałem się tylko w parę piosenek, lecz robią one dosyć mocne wrażenie. Dodatkowo Nergal starał się nakłonić widzów do żywszej rekcji, co było dobrą zaprawą przed głównymi gwiazdami. Nie lubię twórczości Behemotha, ale jego występ oceniam pozytywnie.

Po przerwie na scenę wyskoczył Anthrax. Zaprezentował żywą, energiczną muzykę. Nie znam ich twórczości. Wiem, że zagrali utwory Indians oraz Mad house. Brzmiały fajnie, tak jak reszta piosenek. Wokalista pobudzał fanów do zabawy i śpiewania, sam zachowywał dużą żywotność na scenie.

Następnie na scenie pojawił się Megadeth. Czekałem na ten zespół, pomimo tego, że znam tylko parę ich płyt. Gdy się pojawili apetyt mi się zaostrzył i wcisnąłem się w tłum. I się trochę zawiodłem na Mustainie i jego kolegach. Jak zaczęli grać, tak grali przez ok 40 min bez przerwy i w dodatku kompozycje z jednej płyty – Rust in Peace. Lubię tą płytę, jednak zabrakło mi kontaktu lidera z publicznością. Ot tak wyszedł i zaczął grać to co miał zagrać. Na liście znalazły się Soul Tornado i Symphony of Destruction. Dopiero pod koniec Mustaine podziękował za gorące przyjęcie. Może taki już mają styl, że skupiają się na muzyce, nie na pokazie.

Kolejnym zespołem był Slayer. Jego twórczość znam bardzo powierzchownie, ale dało mi to pewien obraz stylu jaki prezentuje. Spodziewałem się mocnego, agresywnego występu, taki też dostałem. Zostały zaprezentowane m.in. Soul of heaven i Hell awaits (jeżeli mnie pamięć nie myli). Ten ostatni zrobił na mnie największe wrażenie, a konkretniej główny riff. Czułem się jak prze bramą piekła.

No i na koniec długo wyczekiwany występ Metallici. Zaczęło się od zaprezentowania fragmentu jakiegoś westernu. Potem zespół zaatakował utworem Creeping Death z płynnym przejściem w For whom the bells tolls. Panowie zagrali m. in. The One, Nothing else matters, Enter sandman, Kill'em all, Master of Puppets (mój ulubiony kawałek – musiałem się przy nim wywrzeszczeć) That was just you life, Sad but true i na koniec Seek and destroy. Były pokazy pirotechniczne, fajerwerki i niby wybuchy. Słowem wielkie show. Hetfield zagrzewał do współudziału publiczność. Na koniec zespół porozrzucał kostki.

Na koncercie nieźle się bawiłem. Wyszalałem się i posłuchałem sporej dawki porządnej muzyki. Czuję jednak niedosyt po wystąpieniu Megadeth. Szkoda, że nie było pomieszanych zespołów, ani wspólnych wystąpień. Szkoda. Sam Sonisphere odbieram jako koncert Metallici z rozbudowanym supportem. Nie mniej bardzo dobry koncert. Na długo go zapamiętam. :)

komentarzy: 9Sobota, 19 czerwca 2010, 00:08

« starsze wpisy

Namiary na mnie

GG: 842226

Więcej o mnie

Krótko o mnie:Zwę się Krzysiek i na razie skończyłem szkołę. Lubię czytać pozycje fantasy i inne książki, za SF bardzo nie przepadam. Troszeczkę piszę, lecz jestem totalnym żółtodziobem :D. Tak poza tym słucham metalu, ewentualnie rocka i sam trochę uczę się grać na pudle ;) o efekty nie pytać. To tyle. Chyba.... :p

Moje tagi:fantastyka, metal, opowiadania, rpg

Moje motto:cytat z wiedźmina: "Na pohybel ...."

Obecny stan:żyć nie umierać

Posiadany sprzęt:PC

Spis treści

Ostatnio gram w

Tytuł gryPo sieci?Ukończona?

Ostatnie odwiedziny

Moi znajomi

pokaż wszystkich znajomych: 19

Archiwum wpisów

Moje statystyki

Na gram.pl jestem już: 1463 dni

Moich wejść na gram.pl: 956 (#2499)

Napisanych postów i komentarzy: 82 (#1634)

Napisanych recenzji: 0

Wpisów na blogu: 42 (#174)

Liczba odwiedzin mojego gramsajta: 942 (#978)

Strona prezentuje indywidualną opinię użytkownika. gram.pl nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczone przez użytkowników.
© gram.pl