Kumunikat
Postanowiłem w pewnym sensie scalić moją przeszłość i teraźniejszość. Na tym Gramsajcie będą pojawiać się w całości wpisy z mojego oficjalnego bloga. Komentować je można będzie właśnie tam. Tym samym Gramsajt staje się czymś w rodzaju filii mojego oficjalnego bloga w serwisie Gram.pl .
Zapraszam serdecznie!
Mój blog (ostatnie wpisy) 
Pedagogiczny Fajerwerk i cała reszta
szkoła, Opowiadania, Noc, Wordpress, Antologia
Mamy dziś 29-go sierpnia – noc. I (jak to nocą) nie śpię, buszując po internecie, bazgroląc co nieco, rozkoszując się wakacjami, które potrwać mają jeszcze przez ponad miesiąc (urok oderwania się od przyciasnego i ,,lekko” zalatującego gniazdka tzw. ,,edukacji”).
Chcąc nie chcąc, muszę jednak troszkę poględzić o szkole, trochę się o nią… otrzeć. Taaak.
Sam wiesz, jak to jest. Wielu wie. Szkoła – ta teraźniejsza… nie, nie będę się tu rozwodził nad daremnością programu, nad kluczem czy zaprzeczaniem wartości. To by zajęło zbyt wiele czasu. Ale każdy z nas wie, że są Nauczyciele i nauczyciele. Tych pierwszych jest zdecydowanie mniej. Dużo mniej. W zasadzie bardzo mało. Reszta to ludzie, którzy z braku innej perspektywy znaleźli się w szkołach, lub też tacy, którym się wydawało, że podołają. Bez pomysłu, bez charyzmy, bez pomyślunku – przepełnieni goryczą. Znamy takich – Ty i ja. Przez takich ludzi niestety nie ma nauki, jest tylko edukacja.
Podstawą nauki jest porozumienie. Porozumienia – szacunek (koniecznie obustronny). Aby do tego doszło, trzeba poznania. A to wyklucza obecny system. Jakby nie było wystarczająco źle – już drugi warunek dobrej nauki (czy też atmosfery jej towarzyszącej, ale to się zazębia) jest często łamany. Po obu stronach… choć myślę, że większa wina leży po stronie nauczyciela – to on stoi tutaj na piedestale. Jest wyżej. Choć nie wie, jak to wykorzystać.
Ale, ale. O tym, możemy porozmawiać kiedy indziej (najlepiej przy zimnym piwie). Zmierzam gdzie indziej…
Ponieważ jest tak mało wartościowych nauczycieli, z inwencją, pomysłami i żywiołowych (a to widać po osobie), zawsze, kiedy takiemu dzieje się krzywda – wywołuje to moje oburzenie. Ale cóż, organizm tez czasem odrzuca nowe części, które mogłyby mu zapewnić lepsze, dłuższe życie…
W każdym razie, na stronie wydawnictwa Radwan znalazłem ciekawy filmik, przenoszący nas na scenę programu ,,Mam Talent”. Nie jestem wielkim entuzjastą programów telewizyjnych, ale – zaciekawiony – spojrzałem.
Dowiaduję się, że oto przed szanownym Jury zjawiła się osoba, która jest pisarką (pisze thrillery i horrory) i byłą nauczycielką. Dlaczego byłą? Ano dlatego, że szanowne ciało pedagogiczne zadecydowało o jej usunięciu ze szkoły przez…książki które pisała(?!). Uczucie, którego doświadczyłem trudno nazwać oburzeniem. To jest raczej wściekłość. Skierowana ponownie w bezsens systemu (który niektórym się już na mózg rzuca) edukacji, a dokładniej – ku zgorzkniałym nauczycielom. Wszystkim. Bo to jest trucizna… Ale znów zbaczam od tematu.
Pani Dorota Szczepańska jest na tyle kreatywna, aby pisać książki, nie byle jakie, a właśnie grozy (a do tego, wierz mi, trzeba jednak trochę kreatywnego myślenia) i wyjść na scenę, śpiewając coś, co nie koniecznie można nazwać ,,hitem”, ale piosenkę, która jest skoczna, przyjemna i lekka. Jednym słowem – dla jaj.
To już wiele mówi o tej osobie. I, do cholery, od takiej nauczycielki, a przede wszystkim od takiej osoby uczyłbym się z przyjemnością wszystkiego – choćby to była nawet chemia, fizyka, czy inny przedmiot wybitnie mi nie pasujący.
A zresztą, co ja tu będę się rozwodził – zobacz sam:
Jeśli zastanawia Cię ,,cała reszta” w tytule, to właśnie nadeszła. Temat pokrewny, ale jednak inny:
Pierwsza sprawa – na stronie wydawnictwa Radwan pojawiła się zapowiedź antologii ,,Horyzonty Wyobraźni 2009″, w której znajdziesz także i moje opowiadanie. Wszystko zatem wskazuje, że już niedługo książkę będzie można kupić w księgarniach! Póki co – okładka.

Piszcie w komentarzach, jak Wam się podoba. Mi – bardzo (niespodzianka!). Przede wszystkim jest to… rysunek. No, robiony na komputerze, ale jednak. Ma swój klimat. Nie przepadam za okładkami, na których jest faktyczna grafika komputerowa (no chyba, że są naprawdę dobre). No i pomysł też jest ciekawy. Do tytułu pasuje znakomicie.

Druga sprawa też obraca się w ,,tych” kręgach. Mianowicie chciałbym powiadomić, że w kolejnym numerze kwartalnika Qfant (chodzą słuchy, że będzie on już papierowy) pojawi się moje opowiadanie… tytułu jak na razie nie ujawniam, ale we właściwej chwili na pewno się dowiecie! I tu, oczywiście, także zapraszam do kupna/ściągnięcia (jeszcze nie wiadomo).
W sumie to tyle… póki co.
Do miłego!
Wtorek, 31 sierpnia 2010, 17:11
Wakacyjna gawęda: Meta, czyli start.
fantastyka, wakacje, Konwent, Wordpress, gawęda
Byłem wczoraj na basenie. To odkryty zbiornik, zaraz koło ,,wielkiej wody” nieopodal góry Żar. Właściwie, to były to dwa baseny – jeden dla dzieci, drugi – większy – dla tych większych dzieci.
Późne popołudnie. Słonko przygrzewa, jak gdyby chciało przysmażyć nas wszystkich na frytki, te zaś stoją sobie w barku, w którym wieczorem ma się odbyć koncert. Z barku śmierdzi. Ale to mi nie przeszkadza, bo basen jest zbyt daleko, by ludzie mogli zapach czuć, a w dodatku wieje lekki wietrzyk.
Siedząc na trawię i obserwując ludzi, pomyślałem sobie, że nie muszę już marzyć o innych planetach i cywilizacjach. Dlaczego? Oto, jaki obraz miałem przed oczami:
Basen. Wydrążona w ziemi dziura, zalana betonem, dostosowana do utrzymania wody i pełna tejże. W basenie, na płyciźnie (120cm) – ludzie. Głównie dzieci i opiekunowie. Troszkę dalej, za białym sznurkiem – też ludzie. Ta sama płycizna, która pogłębiać zaczyna się dopiero w połowie basenu, dochodząc do 17ocm głębokości.
I stoją sobie ci ludzie w wodzie. Patrzą się w dal i z poważnym wyrazem twarzy – podskakują na palcach. Kie diabeł? – myślę. Toć basen do pływania chyba… i faktycznie – parę osób zaczyna pływać. Łapka w górę, łapka w dół… powoli…
A ja patrzę na ten mały tłumek i pytam się – czy jest tam choć jedna osoba, która faktycznie umie pływać? A skoro nie – dlaczego? Czy tak bardzo zasiedzieliśmy się przed telewizorami, że kłopotem stało się parę razy rozprostować członki? Bez tego dostajemy tłumek hipopotamów pluskających się w wodzie, stojąc w miejscu. W tak wielkim basenie.
No i dobrze, niech będzie. Więcej miejsca dla mnie. Poszedłem na głębię.
Ale i tu nie mogłem popływać. Powód? Ludzie, a jakżeby inaczej. Jak to jest, że nikt z pływających nie patrzy się, gdzie pływa (jeśli już pływa)? Zamiast tego woli kontemplować swoje kąpielówki, pływając wzdłuż, nie w poprzek basenu, w dodatku środkiem. Efektem czego zmuszony jestem po każdych 20-tu metrach crawla zatrzymywać się i patrzeć, czy ktoś nie nadciąga kursem kolizyjnym. A i tak pod koniec, cudem udało mi się uniknąć zmiażdżenia, kiedy jakiś kretyn skakał na główkę… wprost na mnie.
Ale takie właśnie atrakcje przypomniały mi, że czas pogawędzić. I historię pociągnąć dalej.

Skończyliśmy na tym, jak cała nasza ekipa, czyli długowłosy Viear, czarny Ced, skórzany Alak, arafatkowy komandos Rafał, oraz towarzysząca nam wiedźma – Ruda, dotarliśmy, cali i zdrowi, na wrocławski peron.
Z początku, przystanęliśmy, zdezorientowani, lecz chwilę później ruszyliśmy przed siebie – w stronę podziemnego przejścia. Po paru minutach udało nam się wydostać na świeże powietrze (z czym słońce nie omieszkało nas przy tym oślepić na powitanie).
Z tłumaczeń Mroza, naszego admina nad adminy, wiedzieliśmy, że aby się dostać do Centrum Kultury Zamek w Leśnicy (to, z tego, co zrozumiałem – też Wrocław) musimy znaleźć tramwajowy przystanek. Ha, tylko gdzie?
Po mniej więcej dziesięciu minutach poszukiwań, zdecydowaliśmy się zadzwonić do szefa. Znaczy, Ruda zadzwoniła. Pokiwała głową, poprzewracała oczami, wstrząsnęła grzywą rudych włosów… i podreptaliśmy tam, gdzie nas rzeczony szef odsyłał.
Okazało się, że przystanek istotnie był, nawet niedaleko, tyle, że zupełnie z drugiej strony. Czekając na tramwaj, po raz pierwszy mieliśmy okazję przyjrzeć się miastu.
Powiadają, że Wrocław przypomina Kraków. I, faktycznie, tak jest. Niemal poczułem się jak w domu. Niemal. Bo Wrocław jest Krakowem sprzed jakiś dziesięciu, może czternastu lat. Podniszczony, pordzewiały, podziurawiony z chodnikami zrobionymi z popękanych, wielkich płyt. Przynajmniej ta część, którą widziałem, tak wyglądała. A jednocześnie – ładny. Zdobione kamienice, normalni ludzie… tak, chyba faktycznie to mógłby być Kraków.
Tymczasem nadjechał tramwaj. Z niechęcią wtaszczyłem do rozpalonego wnętrza swój plecak, czując, że momentalnie zaczynam się smażyć. Ruszyliśmy.
Droga przez Wrocław była długa, nawet tramwajem. Mieliśmy do przejechania prawie wszystkie przystanki. A przy okazji, mogliśmy podziwiać piękną architekturę starego miasta.
Mniej więcej pięć, czy sześć przystanków przed Leśnicą, czekało mnie zaskoczenie. Otóż, w pewnym momencie Wrocław urywa się i… są już tylko pola. Tak nagle, w środku miasta. I tak, prawie do samej pętli.
Tymczasem, właśnie w okolicach tych łąk i pól, zadzwonił do mnie SJ. Wyglądało to mniej więcej tak:
- Gdzie wy, kurwa, jesteście? – przywitał się Jedi.
- W tramwaju – odparłem zgodnie z prawdą.
Odpowiedź SJ-a zagłuszyło jakieś pijackie wycie i śmiechy.
- … wa dokładnie?!
Wyjrzałem przez brudne szyby.
- Widzę jakiś zakład… – tu odczytałem trudną do zapamiętania nazwę.
- Aha. To niedaleko – stwierdził, po czym się rozłączył.
I faktycznie. Parę minut później byliśmy na miejscu. Ledwo wysiedliśmy z nagrzanego pieca, gdzieś z prawej strony gruchnęło nagle:
- SEX! MUZYKA!
- FAN-TA-STYKA! – odkrzyknęliśmy chórem.
Przy murku opierali się Inher, Mrozu i SJ, szczerząc się do nas na przywitanie. I my się wyszczerzyliśmy, na co SJ zaraz spoważniał i wstał, otrzepując spodnie.
- Gobliny z Krakowa przyjechały! Chodźcie za nami.

Zamek, w którym odbywały się Dni Fantastyki okazał się – tak, jak mówiono – naprawdę piękny. Z początku zgłosiliśmy się po akredytację. Szybko dostaliśmy do spragnionych raczek plik ulotek, smycz, kartę noclegową, identyfikator i jeszcze parę ulotek, po czym odwróciliśmy się do wyjścia. Tam musieliśmy jeszcze zaczekać, na Alaka, który jeszcze nie kupił biletu. Podczas, gdy SJ przebierał nogami w miejscu, my zajęliśmy się chłonięciem atmosfery konwentu. A było co chłonąć. Na lewo od drzwi – Vader z klocków lego, w niedalekiej odległości przechadza się szturmowiec imperialny (który raz pogroził mi bronią). Na prawdo – stoiska z grami i zabawkami dla najmłodszych. Skądś dobiega muzyka, skądinąd – śmiechy. W ogródkach piwnych pełno ludzi… słowem – dzieje się!
Tymczasem przybył Alak i trza było zbierać się do szkoły.
Poprowadzili nas, krętymi uliczkami, w stronę placówki,w której bracia i siostry fantaści rozkładali obozowiska, jak na drużyny awanturników przystało.
Szkoła, jak to szkoła, nie wyglądała zbyt okazale, ale nam jawiła się, w tym upalnym dniu, jak wybawienie. Choć okazała i tak była, w końcu zmieściło się tam prawie dwa tysiące osób! Szybko, w biegu pokazując strażnikom nasze karty noclegowe, dotarliśmy do ,,naszej” sali. Łatwo ją było poznać – na drzwiach przybita była kartka wieszcząca wszem i wobec, że tu zamieszkuje ekipa Enklawy Magii – znaczy, nie zbliżać się. Zły pies. Gryziemy. I tak dalej.
Po rozpakowaniu nie pozostawało już nic innego, jak położyć sie na chwilę i odsapnąć. Do czasu, aż ktoś, zaspanym głosem, nie zapyta:
- To jak, idziemy?
- Mhmmm… – odpowiedziała grupa zombiech.
Uliczka, uliczka, skrzyżowanie – jesteśmy znów. Zaczyna się konwent. Pierwsze swe kroki skierowaliśmy więc nie gdzie indziej, jak do ogródków piwnych. A tam, z kolejki uśmiechali się już do nas dwaj groźni panowie – Kazek Kyrcz i Robert Cichowlas.
Uściskaliśmy sobie ręce i stanęliśmy wszyscy w kolejce po piwo.
Tak właśnie zaczął się konwent Dni Fantastyki 2009.
Tymczasem, co na konwencie się działo (a działo się, oj działoooo!), czemu piwo było z miękkiej rurki, oraz czym Ced się podniecił – to już w następnym wpisie spod znaku niepoprawnego gawędziarstwa.
Na dziś – tyle.

Sobota, 14 sierpnia 2010, 20:06
Blip
Moi znajomi

SuomalainenkaPrzodownik
Lord_AndrewObywatel
TeokrataBrygadzista
PrincessPeachObywatel
DisconnectObywatel
![gram.pl gram.pl[link]](/www/01/img/menu_grampl.gif?h=1)



