avatar

SpiralArchitect Użytkownik gram.pl (Przodownik) ja.gram.pl/SpiralArchitect

Deus

Opowiadanie

 

 Uwaga: Poniższe opowiadanie zawiera, choć w nieprzesadnej ilości, słowa uważane powszechnie za niecenzuralne.

 

    Budzę się. Wiecznie o tej samej, konkretnej godzinie. W ten sam sposób. W tej samej pozycji. Z tą samą żółcią w ustach i z tym samym, szybko i niespokojnie bijącym sercem. Powinienem się już przyzwyczaić.

   Nie przyzwyczaiłem się. Nie sądzę, by się dało.

   Rozwiązanie jest na wyciągniecie ręki. Żółć spłynie, serce się uspokoi, myśli oczyszczą. To naprawdę proste.

   Jeżeli jednak rzeczywiście takie proste, to czemu jednocześnie tak cholernie trudne? Tak bardzo męczące?

    Ale zacznijmy od początku. Gdzie był początek?

 

 

   Pamiętam Jimmy’ego. Byliśmy przyjaciółmi, tego rodzaju, jaki jest możliwy tylko w wieku lat kilkunastu. Dopiero wszystko zaczynaliśmy. Poznawaliśmy życie, świat, samych siebie. A przynajmniej próbowaliśmy, na tyle, na ile nam pozwalano.

    Ulepszacze dopiero wchodziły na rynek, kampania dopiero się rozkręcała. Początkowo nikt do końca nie wiedział, co o nich myśleć. To lek? Narkotyk? Kolejna używka? A może suplement diety?

    Sumplement życia. Tym miały być i tym też się stały.

    Jimmy miał miłych rodziców, tak przynajmniej wtedy uważałem. Uśmiechnięci, sympatyczni, ładni ludzie. Wiele wymagali od swojego syna, ale kto nie wymaga? Poza tym mieli dobre, świetnie płatne zawody. Patrzyli w przyszłość. A jeśli chodzi o Jimmy’ego to na patrzeniu nie poprzestawali, chcieli go w nią z impetem wepchnąć. Kto mógłby mieć im to za złe, przecież pragnęli dla swojego dziecka tylko jak najlepiej, prawda?

    Jeśli chodzi o moje oceny w szkole, bywało różnie, ale rodzice przyjmowali wszystkie moje potknięcia ze sporą dozą tolerancji. Jimmy oceny miał dużo lepsze. Musiał mieć. Być może początkowo był to nawet jego wybór i jego wola. Później, jak sądzę, już raczej tylko ponura konieczność i przyzwyczajenie.

    Mieliśmy jakieś 14 lat gdy zaczęliśmy się szprycować „ Edziem”, jak pieszczotliwie określaliśmy Eduroxa32. Mówiąc „my” nie mam wcale na myśli tylko mnie i Jimmy’ego. Mam na myśli całe nasze pokolenie. Nasze cudne, cholerne, przełomowe pokolenie. O tak, dokonaliśmy przełomu. Co do tego nie może być akurat żadnych wątpliwości.

    „Edzio” stymulował obszary w mózgu odpowiedzialne za przyswajanie wiedzy. To tak w skrócie. Tyle wiedzieliśmy i więcej nie potrzebowaliśmy. Bo wkrótce okazało się, że dla każdego ucznia najlepszym możliwym przyjacielem, jest właśnie „Edzio”.

     „Nauczysz się wszystkiego!” – tak brzmiało hasło reklamowe Eduroxa32, jednego z pierwszych ulepszaczy. W przeciwieństwie do większości haseł reklamowych, było ono prawdziwe. Dawka wiedzy, którą mogłeś przyswoić była determinowana jedynie poprzez dawkę piguł, jaką zdecydowałeś się w siebie wepchnąć. Oczywiście ulotki rzetelnie ostrzegały małym druczkiem, że spożycie określonej ilości preparatu w przeciągu danego czasu jest niewskazane, ale kto by się tym przejmował? „Edzio” nie był tani, ale był skuteczny. Nie każdy mógł sobie na niego pozwolić, w szczególności w większej ilości, ale ci, którzy posiadali środki, a dokładniej ci, których rodzice posiadali środki, mogli zapomnieć o problemach edukacyjnych. Pamiętam, ilu to kompletnych debili, mających szczęscię pochodzenia z bogatej rodziny, „kupowało” sobie edukację na paczki. Jimmy był jednak inny.

     Ja brałem niewiele, ot tyle żeby sobie nieco ułatwić życie. Jimmy był dosyć zdolny z natury, ale nie do przesady. Był raczej po prostu pracowity. Pilny. I zależało mu, a przynajmniej chciał, żeby zależało mu chociaż w połowie tak bardzo, jak jego rodzicom. Przekroczył normę i zaczął piąć się w górę.

     Ale to nie wystarczało. O nie, nie jego staruszkom.

     Im więcej osiągał, tym więcej jeszcze było wciąż do osiągnięcia. Drugie miejsce w konkursie czy na olimpiadzie było porażką, przynajmniej w oczach jego ojca, który zwykł powtarzać, że „tylko zwycięzca się liczy” Wtedy uważałem, że był ambitny tatusiem. Dzisiaj uważam, że był tatusiem obłąkanym.

     Niestety, Jimmy nie był ponadprzeciętnie uzdolniony. Więc wyjście było tylko jedno.

     Szprycował się „Edziem” na okrągło. Efekty uboczne nie były wtedy jeszcze szczególnie szeroko znane. Plotka tu, plotka tam, nikt się tym nie przejmował. Jimmy należał do tej grupy, która miała jako pierwsza pokazać innym na własnym przykładzie, co się dzieje z człowiekiem który przesadził z ulepszaczem edukacyjnym.

     Jimmy był zawsze pogodny. Drobnej budowy, jasnowłosy i jasnooki, zawsze roześmiany zawsze czymś żywo zainteresowany. Takim go zapamiętałem z tamtego okresu i takim chciałbym go już zawsze pamiętać. „Edzio” jednak wziął go na warsztat i przez kilka lat zmienił gruntownie.

     Mówił innym różne rzeczy nie przejmując się, czy wyrządzi im tym krzywdę, czy będzie ich to bolało. Zaczął być cyniczny, zimny, wręcz okrutny. Tracił przyjaciół jednego po drugim. Nawet Kevin, który obok mnie był jego najbliższym kumplem odwrócił się od niego a z czasem zapałał wręcz jawną wrogością. Odeszła od niego dziewczyna. Pamiętam jak Jimmy mi o tym opowiedział.

      - Najpierw się rozbeczała, potem kompletnie usmarkała a na koniec powiedziała mi, że jestem potworem – parsknął śmiechem Jimmy – A wyglądała brzydko jak cholera, mówię ci, smarki wisiały jej prawie do cycków. Ja potworem? Głupia cipa powinna spojrzeć wtedy w lustro.

     Chciałbym, żeby Jimmy mówił to w gniewie. Po pierwsze w gniewie mówi się różne rzeczy, nie zawsze te prawdziwe, a po drugie gniew jest ludzki. Ale Jimmy mówił to spokojnie, zimno i okrutnie. Nieludzko. Nawet nie wiem, czy go to jakoś szczególnie bawiło ale opowiadał to tak, jakby teoretycznie mogło być zabawne dla innych. Co było chyba jeszcze bardziej obrzydliwe.

     Niestety, Jimmy nie skończył jako cyniczny, dobrze zarabiający, okrutny dupek w jakiejś korporacji. Skończył jako pensjonariusz zakładu dla psychicznie chorych gdy na rozmowie kwalifikacyjnej rozpłakał się i wbił sobie ołówek w oko.

 

 

 

     Moje życie jest zbudowane na kłamstwie. Nie, moje życie jest kłamstwem. Niemalże perfekcyjnym, mistrzowsko skonstruowanym przez farmaceutów, ale jednak zwykłym syntetycznym kłamstwem. Mam tylko jedną prawdziwą godzinę na dobę.

     I jest to najgorsza godzina w moim życiu. Raz po raz. Noc w noc.

 

 

     - A słyszeliście, że podobno Tony jest ciągle prawiczkiem? – zapytał głośno, nieco przepitym głosem Kevin, gdy siedzieliśmy w pubie „Zielona Noc”

  Odpowiedziała mu oczywiście ogólna wesołość, ale Dean najwyraźniej nie był przekonany.

    - Pieprzysz Kevin – parsknął – Tony nie jest czyścioszkiem. Niemożliwe żeby jeszcze nie zaruchał.

     „Czyścioszkami” nazywało się tych którzy nie brali ulepszaczy. Nie dlatego, że nie było ich stać, obecnie wiele piguł można było zresztą dostać po całkiem przystępnych cenach, nie w tym rzecz. Czyścioszki mieli swoje zasady. Uważali, że to niemoralne, że ulepszacze przejmują kontrolę nad naszym życiem i tak dalej i tak dalej....Ależ się wtedy z nich śmialiśmy.

     Teraz, kiedy o tym myślę, już się tak bardzo nie śmieję. Właściwie nie bawi mnie to w ogóle.

     Kevin pokręcił głową.

     - Tępy jesteś Dinuś i tyle. Prawie jak Tony. On bierze ulepszacze, jak my wszyscy. Ale z jednym wyjątkiem. Nie bierze „Erosa”.

        To było dziwne.

       „Eros” czyli Erox18 był jednym z najpopularniejszych ulepszaczy. Cholera, na imprezie, rzecz niegdyś nie do pomyślenia, mogło nie być nawet alkoholu, ale „Eros” być musiał. Ta magiczna tableteczka nie tylko zwiększała pewność siebie, dowcip i potencję ale jak Kevin mi kiedyś wytłumaczył, robiła coś z zapachem człowieka.

     - To feromony, stary – mówił podniecony – Wiesz że jak chcesz przelecieć jakąś lasię, to tak naprawdę nie kierujesz się tym jak ona wygląda, ale jak pachnie. I one mają tak samo.

     - Pieprzysz – odparłem wtedy, choć trochę niepewnie. Kevin był na medycynie.

     - Tak? To czemu to tak dobrze działa? – roześmiał się głośno – To chodzi o zapach który odnotowujesz podświadomie. Nie musisz go tak naprawdę czuć. Tak się można nawet zakochać, ogarniasz?

        Kevin oczywiście miał rację. Nie bez powodu niektóry żartobliwie nazywali „Erosa” przeciwieństwem tabletki gwałtu. Był jednocześnie jak alkohol, Viagra i bukiet róż, a droższe wersję miały jeszcze działanie antykoncepcyjne. Cóż więcej potrzeba do mile spędzonego wieczoru?

        Co do Tony’ego, Kevin również miał rację. Tony był nieśmiałym przeciętniakiem. Ani zbytnio inteligentny, ani zbytnio przystojny, ani jakoś szczególnie dowcipny. Co gorsza był potwornie nieśmiały, więc „Eros” byłby dla niego jak znalazł. Ale on nie chciał. Mówił że ma zasady i już. Pamiętam, jak kiedyś Kevin z chłopakami wyśmiali go, gdy ten powiedział, że chce żeby dziewczyna zainteresowała się nim z powodu tego, kim jest, a nie z powodu tego, co łyknął piętnaście minut temu. Wydaje mi się, że też się wtedy smiałem. Nie wiem czy dlatego że wszyscy inni się śmiali, to ja też, czy po prostu naprawdę wtedy uznałem to za zabawne, co również jest możliwe. Nie pamiętam i nie bardzo mam ochotę pamiętać.

            Presja otoczenia jest duża. W naszym towarzystwie, cholera, w każdym niemal towarzystwie 18 letni prawiczek to śmiech, drwiny i niedowierzanie. Nic dziwnego że słysząc opowieści o naszych podbudowanych farmaceutycznie podbojach , Tony chciał tego samego. I w końcu się złamał.

             Oczywiście zrobiliśmy z tego z Kevinem ogromne wydarzenie z, właściwym nam, subtelnym poczuciem humoru. Nazwaliśmy je „Dniem, w którym Tony w końcu wsadzi” Wydawało nam się to wtedy okropnie zabawne.

              Naszprycowaliśmy Tony’ego  „Erosem” tak bardzo, jak tylko było to jeszcze bezpieczne nie ryzykując, że przypłaci swój pierwszy raz atakiem serca i czekaliśmy na rozwój zdarzeń. Co ciekawe jego wybranką okazała się jakaś względnie nowa w „Zielonej Nocy” osóbka, również chyba dosyć nieśmiała. Całkiem ładna, drobna, czarnowłosa widzieliśmy ją już parę razy ale jakoś nigdy z nikim nie była. Z cała pewnościa nie brała również „Erosa”, to akurat było widoczne jak na dłoni . Jak się póżniej okazało kiedyś nawet gadała z Tonym ale cóż, oboje bez medycznego wsparcia, nie byli w stanie pociągnąć znajomości dalej. Teraz miało się to zmienić.

             Wszystko byłoby więc super a „Dzień, w którym Tony w końcu wsadzi” skończyłby się na dłuższą metę wielkim sukcesem, gdyby nie jeden szczegół. Tony’emu się spodobało. I to bardzo. Problem polegał jednak na tym, że to, co mu się spodobało tak naprawdę, była nie nowo nawiązana znajomość a erosowy odlot. „Eros” stał się tak przyjacielem Tony’ego jak wcześniej  „Edzio” Jimmy’ego.

              Pewnie wydaje wam się, że wiecie co będzie dalej? Hedonizm, obłęd i dom bez klamek?

              Otóż nie.

 

 

             Dla Beth, bo tak się nazywała ta pechowa dziewczyna, cała sprawa z Tonym była duża poważniejsza, niż dla niego. Kevin nazwał ją potem idiotką ale ja nie jestem tego taki pewien. Myślę, że ona po prostu nie wiedziała, że Tony był wtedy w objęciach „Erosa”. Uznała go za słodkiego, wiernego swoim przekonaniom chłopaczka który nagle zdecydował się wykonać trochę śmielszy krok. On, on sam, nie jego kumpel „Eros”.

          Biedna dziewczyna.

          Tony szalał przez następne miesiące przećpany „Erosem” nadrabiając zaległości w imponującym tempie, a Beth po pewnym czasie poszła w jego ślady. Chociaż może nie do końca. Wątpię by kiedykolwiek wzięła „Erosa” Znienawidziła go i brzydziła się nim. A po pewnym czasie doszła do tego stanu, że inni również nie potrzebowali „Erosa” by ją mieć. Tony nawet tego nie zauważył.

           Po upływie niespełna roku Bethany się powiesiła. Krążyła ponura plotka, coś w rodzaju „mitu miejskiego”, że na strychu, na którym zarzuciła sobie pętle na szyję, napisała na ścianie różowym sprejem ogormnymi literami: EROS. Nie wierzyliśmy w to i gardziliśmy wszystkimi, którzy próbowali na smierci kogoś, kogo przelotnie znali, wypłynać i błysnąć w towarzystwie.

          Nie zapomnę jak poszliśmy z Kevinem pewnego wieczoru do „Zielonej Nocy” i powiedzieliśmy Tony’emu o śmierci Beth. Siedział przy stoliku z jakimiś dwiema dziewczynami które pod imponującą tapetą próbowały ukryć swój prawdziwy, zapewne dopiero od niedawna dwucyfrowy, wiek. Kevin żartobliwie nazywał tak umalowane dziewczyny „małymi pandami”. Wzięliśmy Tony’ego na stronę a on spojrzał na nas jakby widział nas pierwszy raz w życiu.

     - Beth? Samobójstwo? Jaka Beth, do cholery? – zapytał.

    Wytłumaczyliśmy mu.

    - Nie no chłopaki, poważnie? – spytał uśmiechając się głupio – Myślicie że pamiętam każdą dupę, którą obracałem na „Erosie”? Wiecie, ile ich było? Ja tu się bawię a wy mi o jakiś martwych laskach. Weźcie ogarnijcie się, co? – roześmiał się głośno.

    - Dupek udawał – orzekł potem Kevin – Pamiętał, ale głupio mu było się przyznać. Nie wiedział, co powiedzieć.

     Ale to nie była prawda. Myślę, że obydwaj dobrze to wiedzieliśmy i dlatego też już nigdy więcej nie poruszaliśmy tematu Tony’ego i Beth.

     Tony nie kłamał. Był absolutnie szczery.

     On naprawdę jej nie pamiętał.

 

 

 

      Kiedyś, dużo później, widziałem w sieci stronę poświęconą walce z ulepszaczami. Koleś który ja prowadził był z zawodu fotografem. Odnosił nawet pewne sukcesy, ludzie zaczynali go słuchać, gdy niespodziewanie trafił do pierdla Za gwałt na jakiejś młodej dziewczynie. Nie pamiętam już, na ile go skazali, ale nie miało to większego znaczenia. Podobno został pobity na śmierć w więzieniu.

      Pamiętam, że jego strona pełna była naprawdę szokujących materiałów. W tym również i zdjęć. Ja jednak zwróciłem uwagę tylko na jedną, jedyną rzecz. Jedną fotografię.

      Przedstawiała ona wiszącą u sufitu pętlę, leżące na podłodze przykryte folią ciało, oraz fragment dłoni, ktora nie zdążyła przesłonić obiektywu na czas. Było jeszcze coś. Ogromny, napisany różowym sprejem, napis na ścianie.

       EROS.

 

 

 

      A teraz przyszła kolej na ostatnią ofiarę cudnych tabletek ulepszających nasze życia i pozwalających zdobywać nieosiągalne.

       Tą ofiarą, jest mój ostatni, dobry kumpel Kevin, z którym nie potrafimy już szczerze rozmawiać patrząc sobie w oczy.

       Tą ofiarą, jest moja sąsiadka z naprzeciwka, która musi brać uspokajacza Easy60 żeby nie bić swojego 4 letniego synka.

       Tą ofiarą, jest mój sąsiad, którego słyszę jak zawsze wymiotuje z nerwów rano i przed pójściem spać, pomimo tego że wiem, że i tak jest uzależniony od Calm33, ulepszacza zmniejszającego poziom stresu.

      Ofiarami są dzieci, które widzę rano, jak idą do szkoły z pustymi, zmęczonymi oczami, naszprycowane Eduroxem ileśtam, kolejną nową, lepsza wersją.

       Ofiarą jest każdy z tych młodych facetów, którzy nie są w stanie podejśc do dziewczyny bez 2 dawek  Eroxa69 w organizmie.

        Też jestem ofiarą, jedną z setek tysięcy, może milionów. Wcale nie lepszy od innych, wcale nie bardziej świadomy.

 

 

        Buteleczka z kuszącymi, podłużnymi, niebiesko-czerwonymi tabletkami Deus-a 2 leży tuż obok mnie na stoliku. Na wyciągnięcie ręki. Deus zapewnia mnie że wszystko będzie dobrze. Deus daje mi energię i przylepia uśmiech na moją twarz, chociaż nie ma żadnego realnego powodu, by się on na niej pojawiał. Deus zapewnia mnie, że moja wiara, jest jedyną słuszną wiarą. Deus zapewnia mnie, że jedyną słuszną partią, jest moja partia. Inni mogą się nie zgadzać ale nie ma to większego znaczenia i, prawdę mówiąc, niezbyt mnie obchodzi. Jestem szczęsliwy i, co najważniejsze, pewny. Oni są równie szczęsliwi i pewni, co ja. Deus daje nam to wszystko.

          Ale tyko przez dwadzieścia trzy godziny na dobę.

 

 

 

        Boję się i gardzę sobą. Słyszę jak za ścianą mój sąsiad głośno wymiotuje do kibla. Męczy się. Czy on też rozważa to co ja?  Czy po prostu rzyga z nerwów, bo robi to już przez dwadzieścia pare lat i nie wie, że ma jakąś alternatywę? Co ważniejsze, czy rzeczywiście jakąś ma? A ja?

        To jednak tylko jedna tabletka. Jedna pigułka i kolejne dwadzieścia trzy godziny spędzę w spokoju. Błogości. Iluzji. Kłamstwie.

        Jestem słaby. Okazało się, że wszyscy jesteśmy. Chciałbym być silny ale nie potrafię, być może zresztą, jest już za późno na ten rodzaj siły. Chciałbym naprawdę żyć, ale jednocześnie zbytnio boję się, że ból prawdziwego życia, życia „nieulepszonego”, rozerwie mnie na strzępy.

        Ulepszyliśmy się do granic możliwości ale chyba jednak coś pozostało niezmienne.

        Jestem ciągle w jakiejś tam części tylko człowiekiem.

 

        Wyciągam rękę poprzez mrok i odkręcam nakrętke buteleczki.

 

       Na człowieczeństwo nie wynaleźli jeszcze leku.

 

      Czasami tego żałuję.


komentarzy: 310 września 2014, 13:51

2 komentarze do tego wpisu:


Atanael : 11 września 2014, 12:36

Świetny tekst, naprawdę. Podoba mi się lekko nawiązujący do Androidów i Elektronicznych Owiec Dicka motyw o ulepszaczach (tam były programatory uczuć). Swoją drogą świetna nazwa i smutne acz prawdziwe spojrzenie na dzisiejsze czasy.
Miło przeczytać coś głębszego i zarazem posiadającego przyzwoitą stylistykę.
Moim zdaniem kandydat murowany na pierwsze miejsce w konkursie.
Powodzenia!
odpowiedz

SpiralArchitect : 20 września 2014, 13:21

Dzięki ;)
odpowiedz

Szatansky : 10 października 2014, 22:47

Cholera, zastanawiałem się dlaczego nie zająłem jakiegokolwiek miejsca w tym konkursie, ale teraz już rozumiem dlaczego... Spiral naprawdę genialne opowiadanie. Szacunek, gratulacje i ucz mnie mistrzu :D
BTW genialna podstawa pod scenariusz do filmu, myślę, iż z chęcią oglądnąłbym coś takiego, taki świat pełen ulepszaczy. No trzeba przyznać iż rozbudziłeś moją wyobraźnię :D
odpowiedz

Aby dodać komentarz trzeba być zalogowanym na swoje konto gram.pl! kliknij by się zalogować

Strona prezentuje indywidualną opinię użytkownika. gram.pl nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczone przez użytkowników.
© gram.pl