avatar

DawidciOverlord Użytkownik gram.pl (Przodownik) ja.gram.pl/DawidciOverlord

Poniekąd Recenzje - Outland

Pora już na trzecią część naszego ,,Świata kooperacji”. Chcecie wiedzieć co ogrywaliśmy i jakie zrobiło na nas wrażenie? Jeśli tak – suwak niżej i do lektury!

 

Tradycyjnie zaczniemy od fabuły.

Daria: W grze wcielamy się w postać młodzieńca, który wygląda dla mnie co najmniej jak mnich wypuszczony wprost z klasztoru Shaolin po wieloletnim treningu. Dlaczego? Otóż, takimi akrobacjami i mocą mogliby pochwalić się chyba tylko oni. Od samego początku znajdujemy się w dziwnej dżungli i przemy naprzód, aby dowiedzieć się co tu robimy i co się tak właściwie z nami dzieje. Jak to bywa, Yin i Yang, czyli delikatna równowaga, zostaje zakłócona i jako waleczni bohaterowie musimy przywrócić ją do stanu poprzedniego. Na naszej drodze spotkamy kilku interesujących większych przeciwników oraz małe problemy, jak np. wybuchające pancerniki czy uparte jeżozwierze. Jako przeciwwagę dla naszych bohaterów postawiono dwie jędzowate siostrzyczki, dzięki którym się raczej nie nudzimy, a samo przejście gry graniczy z cudem, jeśli nasza zręczność nie jest odpowiednio wyćwiczona. Stopniowo uczymy się też nowych umiejętności, które sporo pomagają w przedostawaniu się na wyższe partie kondygnacji czy w głąb labiryntów i kniei. Każdy przeciwnik po pokonaniu opatrzony jest kartą z historią jego przechodzenia na ciemną stronę mocy, jednak jest to tak samo mistyczne jak... Zgoła niepotrzebne. Praktycznie nie skupiałam się nad tym, co pisze na karcie, bo i po co? To jak czytanie monografii zakładu karnego... Aczkolwiek, gdyby zagłębiać się w fabułę, byłaby ona dość interesująca.

Dawid: Dawno nie było mi danym zetknąć się z jakąkolwiek platformówką, Dust: An Elysian Tail było ostatnią grą tego typu, którą miałem przyjemność zagrać i bardzo się cieszę, że Outland trafiło w moje ręce. Tyle satysfakcji z przejścia kolejnego Bossa nie miałem już od dawna, ale o tym później. Produkcja Housemarque zawiera płytką warstwę fabularną, która została liniowo ułożona. Na temat bohaterów, a także o samym wątku głównym, niewiele wiadomo, są oni bezimienni (O! Gothicku!), a zadanie zostało nałożone odgórnie przed niewiadome siły wyższe, które natchnęły naszych wybrańców. Jednak nie są to przypadkowe osoby z ulicy, a ludzie o wielkich umiejętnościach akrobatycznych, bardzo możliwe, że są to jacyś mnisi, ale niestety ich sylwetki nie zostały przedstawione, najważniejsza jest ich misja. Na świecie panował uprzednio spokój i harmonia między dobrem, a złem, ale pewnego dnia boginie postanowiły przejść całkowicie na ciemną stronę mocy i wszelkie dobro zostało zdetronizowane, istoty tam żyjące jak i całe otoczenie wpadły w chaos. Bezimienni muszą pokonać opiekunów danych lokalizacji, by móc dostać się do Siostrzyczek i przywrócić ład świata.

 

 

Ciekawostki na temat przeciwników...

Daria: Zainteresował mnie fakt, iż byli oni bardzo logiczni i liniowi. Mam tutaj na myśli to, że trzeba było się namęczyć, ale najważniejszą rzeczą było wieloetapowe rozgryzanie ich systemów działania i sposobów na pokonanie. Mój szanowny partner latał jak wariat z mieczem i próbował chyba niemal wszystkiego. Może nie byłam zbytnio przydatna w niektórych momentach, ale często skupiałam się na odkrywaniu słabych punktów przeciwników i wejściu w rolę supportu, aby ratować narwanego kolegę z redakcji. Niektóre rozwiązania problemów związanych z rozgromieniem potworów były zaskakujące i dość nietypowe, ale to sprawiało, że czekałam na kolejnego, aby się z nim zmierzyć.

Dawid: Na sam początek rozpoczynamy naszą przygodę w Dżungli, gdzie odbywamy tutorial, uczymy się poruszania a także uzyskujemy możliwość ataku jakimś samurajskim ostrzem. Gdy już podstawy zostaną ogarnięte gra zaczyna się rozkręcać, z planszy na planszę zyskujemy coraz potężniejsze moce (niszczenie ścian, ślizg itp.), a także uzyskujemy możliwość zmianę koloru na niebieski albo czerwony, co przypomina mi Ikarugę. Dzięki nim możemy dostawać się we wcześniej miejsca niedostępne, ponieważ mając określoną barwę można aktywować niektóre poruszające się platformy, a wrogów likwidować jedynie będąc ubarwionym przeciwnie do nich. Przeciwnicy są całkiem różnorodni, początkowo mamy do czynienia jedynie z monstrami, które padają na jeden cios, jednakże potem te stworzenia pojawiają się w większej ilości i ulepszonej formie, co powoduje, że trzeba się naprawdę natrudzić, by je usunąć z drogi. Wśród naszych maluczkich są m.in. pająki, żołnierze, smoki, a także magowie, choć tych ostatnich jest najmniej, ale i tak skutecznie potrafią uprzykrzyć życie. Walka z tymi pomiotami Siostrzyczek nie jest wcale taka trudna, zabawa dopiero zaczyna się przy starciu z Bossami, których w grze jest 4, po jednym na koniec lokacji i oczywiście nasze ukochane Boginie, które zajęły nam parę dobrych godzin, by w końcu wbić im do głowy, że źle postępują. Przy każdym z tych wielkich wrogów trzeba było się starać, by osiągnąć sukces, ale za to ile wygrana przyniosła radości. Poziom trudności nie pozostaje, ani przed chwilę w tyle, można wręcz powiedzieć, że rośnie intensywniej niż poziom wtajemniczenia mnichów. Plansze, na pierwszy rzut oka, zdają się nie przynosić problemów, jednak jest to błędne postrzeganie, każdy krok trzeba zaplanować, bo nie ma co liczyć na łut szczęścia, prędzej czy później przyniesie nam to niechybnie śmierć. Pod koniec jest jedna wielka masakra, wiązki zmieniają wciąż kolory, nadchodząc z paru stron jednocześnie, a przy tym atakuje nas paru różnokolorowych przeciwników. Jednak wszystko jest do przejścia, poziom trudności jest porządnie wyważony i choć może wielu to zniechęcić, niczym przy Dark Souls, to cierpliwi i uparci sobie poradzą, trening czyni mistrza, działanie przynosi skutek.

 

 

Jaki soundtrack?

Daria: Cóż, za dużo tam tego nie ma, jednakże dźwięki są dość dobrze dopasowane, nie ma problemów, np. z uderzaniem metalu i metal czy skokami, wybuchaniem bomb. Nawet pancerniki śmiesznie piszczą, co nas niesamowicie bawiło, ale jednak nie pozwoliło uniknąć zderzenia z nimi...

Dawid: Muzyka w Outland idealnie się wpasowuje w przedstawioną scenerię, jest bardzo klimatyczna, ale nic więcej o niej nie można powiedzieć. Przyjemnie się słucha, ale nie zapada w pamięć i na pewno gdybym usłyszał ją gdzieś przypadkowo na pewno nie skojarzyłbym z żadną z ogranych gier. Jednak nie ma co ukrywać, soundtrack jest na całkiem wysokim poziomie.

 

 

Grafika palce lizać...

Daria: Piękna, majestatyczna, ciemna, magiczna, ale przede wszystkim dość ciekawa. Nieskomplikowana, ale dobrze wykonana. Zwracają uwagę różne etapy i miejsca, w których mamy do czynienia z całą historią, bo zasadniczo różnią się od siebie. Do wyboru mamy lodową krainę, coś na kształt podziemi, dżunglę czy chociażby labirynt, ale jest tego o wiele więcej. Z trudem udało nam się zwiedzić wszystko, bo niektóre mapy były tak zaprojektowane, że nie było wiadomo dokładnie w którą stronę iść, aby dostać się dalej. Czasami też coś było dobrze zasłonięte, więc gubiliśmy lokacje i miejsca w grze. Do kitu jednak były nasze postaci. Kiedy mieliśmy ten sam kolor ludziki nam się myliły i np. spadaliśmy przez to z platformy. Nieco lipa. Najciekawsze było jednak to, że kiedy zawieszała się gra i nasze ludziki stały w miejscu to animacje za nami poruszały się jakby oddzielnie od wszystkiego.

Dawid: Złego słowa nie mogę też powiedzieć o oprawie graficznej, ciemne kolory, dopełnione przepięknym tłem zależnym od miejsca akcji, dzięki zastosowaniu nie rzucających się w oczy kolorów dla podstawowych składników, zauważenie pułapek, a także tych czerwono-niebieskich kulek, które mogą nas osłabić nie jest, ani w jednej chwili problemem.

 

 

Ogół możliwości:

Daria: Pojawiało się masę denerwujących bugów skutecznie uniemożliwiających nam grę. Często zdarzało się, że np. u mnie Dawid ginął i nie był w stanie się poruszać, a w rzeczywistości było całkowicie odwrotnie. Jednak ciekawsza sytuacja pojawiła się wtedy, gdy zginęłam u siebie, a zostało mi jedno życie u niego. Musiał nakierować mnie na ostrza, aby zakończyć grę i odpalić ją od ostatniego checkpoint'u. Autosave ułatwiał sprawę, ale chyba następował on zbyt często, bo gdy chcieliśmy wymasterować postaci wystarczyło znalezienie punktu i podexpienie, bo nie przeszkadzało nam wtedy nawet ginięcie. Bardzo duży nacisk na kooperację, aż do tego stopnia, że jeśli ginie nasz partner i nie zdążymy go odratować – giniemy także, obojętnie od ilości posiadanych serduszek. Poza tym bez partnera nie przejdziemy dalej, bo czasami wymagane jest, aby jedna osoba miała niebieski, a druga czerwony kolor. A skoro o tym mowa, jest to dość ciekawe rozwiązanie, ponieważ związane są z nimi różnego rodzaju zagadki i pułapki, które przejdziemy jedynie dogadując się z partnerem. Nieodzowny do tego jest skype albo teamspeak, bo na czuja jest to niemal niewykonalne. Bardzo podobała mi się zabawa bombami – odbijaliśmy je od siebie za pomocą mieczy, co czasami skutkowało dostaniem jedną z nich. Powodowało to utratę życia i masę radochy oraz teksty w stylu ,,Porypało Cię do reszty” wyrażane przez płacz ze śmiechu. Ostatnią rzeczą, która zwróciła moją uwagę było wykupywanie upgrade'ów w określonych miejscach na planszy – w pewnym momencie mieliśmy po 6 – 7 żyć, a Dawid sięgnął nawet po 3 kuleczki umożliwiające używanie super mocy. Niestety trzeba mieć sporo kasy, więc bieganina po planszy i zbieranie złotych monet również zajmuje trochę czasu jak chcemy się koniecznie upodabniać do hardcorowego koksa.

Dawid: Wszędzie można natrafić na pieniążki, których większa ilość znajduje się w ukrytych miejscach, a jeśli ma się ich wystarczająco dużo można zakupić ulepszenia zdrowia i many. Oprócz tego jeszcze do zdobycia są swego rodzaju hełmy, które są prawdopodobnie jedynie znajdźkami, a ich funkcja jest znikoma, ale mimo to przyjemnie jest się natrudzić i zdobyć taki przedmiot do kolekcji. Długość gry w dużej mierze zależy od zdolności, których w wielu momentach mi brakowało; do tego trzeba doliczyć, że przechodzenie we dwójkę przedłuża rozgrywkę, a także dla dwóch graczy zostały przygotowane dodatkowe plansze, podczas których możemy się sprawdzić jak wypadamy na tle innych graczy. W taki oto sposób cała gra zajęła nam 18 godzin, niby niewiele, ale jak na platformówkę jest to wynik więcej niż przyzwoity. Nie zauważyłem, ani jednego buga, ale za to były czasami problemy z grą w trybie współpracy, gra się zacinała co potrafiło naprawdę wkurzyć, bo niekiedy przez to wpadałem pod niezły ostrzał.

 

 

Podsumowanie

Daria: Jeśli lubisz zręcznościówki / platformówki, gra jest jak najbardziej dla Ciebie! A jeśli masz partnera do coopa warto się nią zainteresować, chociażby dla samej satysfakcji przejścia. Pomimo bugów nie wypada wcale najgorzej, więc klawy w dłoń i do dzieła!

Dawid: Outland jest naprawdę dobrą grą, jednak nie każdemu przypadnie do gustu, szczególnie zważywszy na poziom trudności, ale nie martwię się o miłośników starych dobrych platformówek - takowym na pewno się spodoba. Mam nadzieję, że Hausemarque przy kolejnym swoim tworze położy choć ciut większy nacisk na fabułę i przedstawi ją w większym wymiarze, dodając trochę więcej szczegółów. 

 

 

komentarzy: 006 marca 2015, 19:53

Aby dodać komentarz trzeba być zalogowanym na swoje konto gram.pl! kliknij by się zalogować

Strona prezentuje indywidualną opinię użytkownika. gram.pl nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczone przez użytkowników.
© gram.pl