avatar

GustavovySAJT Użytkownik gram.pl (Obywatel) ja.gram.pl/GustavovySAJT

Zwariowane busy, komunia i zdechła mysz - GustavovyLog #1

Plants vs. Zombies, Minecraft, busy, Gustav, gustavovyLog

 

Jest sobota 5 maja, godzina 10:00. Budzę się z rozkosznego, nieskrępowanego żadnym referatem czy przyszłym kolokwium snem. Nagle przez moją głowe przelatuje dziwna 
myśl. Przecież dzisiaj miała być komunia mojego kuzyna! Normalnie komunie są w niedzielę, ale przecież mama mi mówiła, że były jakieś problemy i dzień uroczystości się 
zmienił. A może ziarno wątpliwości zasiał kolega z Rzeszowa, u którego komunie odbywały się w sobotę. Koniec końców nie byłem pewny daty.
Musiałem to w jakiś sposób sprawdzić... strategicznie. Bo gdyby komunia była dzisiaj to jestem już w pewnym zakresie przegrany. Nie mogłem pogorszyć swojej sytuacji/ 
Do domu nie mogłem zadzwonić, bo rodzice i bracia mogli jeszcze nie wyjechać. Stwierdziłem, że napiszę do brata na gg. Nie odpisał. Drugi brat. Nie odpisał. Dzwonię do 
brata, aparat niedostępny. Mogłem zadzwonić do domu kuzyna, który miał komunię, ale rozmowa typu "ej, ta komunia to dzisiaj czy jutro?" było fatalnym scenariuszem w 
skutkach (PR w rodzinie).
Zestresowany w końcu otrzymałem wiadomość od brata, że komunia jutro. To była ulga, ulga przed tym, co przeżyłem w nieodległych godzinach. Jeden z moich braci, z 
powodów bliżej mi nie znanych, miał na komunię nie jechać, co znaczyło tyle, że w samochodzie było miejsce dla mnie. Zadzwoniłem do domu by ogarnąć kiedy mam 
przyjechać i o której jedziemy . Okazało się, że miejsca dla mnie nie ma. Zasugerowano mi żebym pojechał do rodziny dzisiaj, bo w niedzielę ciężko tam z busami.
Po koko koko to mnie nie zdziwiło. Popatrzyłem ze strachem na kupkę niezmytych naczyń, którą gromadziłem od 2 dni. No cóż, nie mieszkam sam, więc musiałem teraz to 
szybko ogranć na przyjazd mojego współlokatora... +2k PKT do Siły Woli.
Do centrum Krakowa dostałem się bez przeszkód. Tramwaj się nawet nie zespuł. Busa do Bochni znalazłem szybko. Nie dałem rady tylko znaleźć podróbek klasycznych 
raybanków słonecznych za 20 zł w Galerii Krakowskiej, ale to inna historiab..
W Bochni przeszedłem na stronę, z której busy absorbowały pasażerów w kierunku Brzesko. Po przeczekaniu jakichś 15 minut zadzwoniłem do mamy i upewniłem się czy busy 
jeżdżące w stronę Okulic w ogóle kursują. Mama przekazała wiadomość cioci, że "na pewno kilka w niedzielę jedzie". Entuzjazm spłynął ze mnie razem z potem. Na 
szczęscie miałem dobry humor. Zastanawiałem się tylko, dlaczego informacje dostało duchowieństwo, a na przykład inteligencja (ja, heloł!) - nie. Hmmm...
Po  kolejnych 30 minutach zacząłem szukać jakichś rozkładów. Były 2. Jeden stanowił, że w niedziele busy nie jeżdża. Drugi, że bus jechał 10 minut temu - ostatnia 
aktualizacja 2010 rok... Na przystanku stopniowo gromadziła się grupka długo czekających podróżnych. Skminiłem więc, że nie jestem jedyny. Dostrzegłem też zakonnice, 
czyli było okej - tam gdzie jechałem były zakonnice w okolicy. Kilkanaście minut później podjechał bus. Zakonnica podesza do niego. Z ich enigmatycznej rozmowy 
dosłyszałem, że bus nie przyjechał, ale przyjedzie. Dobra, jest nadzieja.
Czas upływał mi na słuchaniu 2 pań - w wieku podeszłym i mniej podeszłym - mówiących o tym, że rozkłady nie są aktualne, ponieważ firma ma inspekcje z zewnątrz. A 
wiadomo, że to wymaga pracy i nie mają oni czasu na takie błachostki jak zmiana rozkładów jazdy. Mówiły też o wadach ciągłych reform edukacji i wielu innych rzeczach 
ważnych dla świada. Bus w końcu nadjechał. Wszyscy rozradowani wesoło się do niego zapakowali. Ku mojemu zdziwieniu Pan Busowy opuścił pojazd, poszedł do busa 
zaparkowanego przed nami i zaczął się kłucić z jego kierowcą, tylko po to by wrócić do nas i powiedzieć żebyśmy wysiadali i ładowali się do busa przed nami. Może ktoś 
by wybuchnął w tej chwili, ale ja lubię takie (niby) trywialne przygody. Zaciekawiony, a najważniejsze - nie pozbawiony szansy transportu - ruszyłem do mojego 
kolejnego czterokołowca, upewniając się czy jedzie tam gdzie chcę. Zarzuciłem potęrzną walutą 20 PLNów, co pozwoliło mi pojechać za free - kierowca wyciągnięty na 
gwałt z domu nie miał po prostu wydać. Przełamując wątpliwości moralne, w całkiem dobrym humorze zająłem wygodnie singlowe miejsce przy oknie.
Poróż była spokojna i przyjemna, bo po drodze minąłem wiele klimatycznych drewnianych domków i stodół, rodem z wiedźmina. Widziałem też tabliczkę drewnianą, na której 
wysiały ogłoszenia - dokładnie taką jak obok karczmy Kudłaty Miś.
Przejeżdżając spostrzegłem też mecz piłki nożej. Oczywiście zaraz po przyjechaniu wujek wysłał mnie bym zabrał moje małe kuzynostwo na ów mecz. Na rowerach. Dostawałem 
apogeicznego agresora w 2 sytuacjach:
a) moi kuzyni jechali za blisko i umyślnie przycierali sobie błotniki
b) trzymali kierownice 1 ręką
Nie chciałem być wrzeszczącym rodzicem, ale szybka jezdnia mnie do tego przekonała. Zarzuciłem miły ton i przekaz na zasadzie kumpel-kumpel. Obaj kuzyni nadal żyją.
We wspomnianym meczu brało udział moich kolejnych 2 kuzynów. Niestety wynik był 4:3 na ich niekorzyść. Sędzia wyciągnął karnego z kapelusza (wersja mojej rodziny).
Sportowa rodzina również gra. Zostałem rozpierdolony, pozytywnie, grą plants
and zombies oraz stadionem, który mój chyba 11-stoletni kuzyn odwzorował
z niemiałym kunsztem w Minecrafcie.
Na koniec dnia, rozkładając nie używaną od długiego czasu sofę, znalazłem zdechłą mysz. Zapytałem
ciocię u wujka czy to coś znaczy - czy zostanę wkrótce bogaty, albo coś? Powiedzieli, że to znaczy,
że mysz, którą próbowali otruć od jesieni całkiem długo wytrzymała...

Jest sobota 5 maja, godzina 10:00. Budzę się z rozkosznego, nieskrępowanego wizją niedalekiego referatu czy kolokwium snu. Nagle przez moją głowe przelatuje dziwna myśl. Przecież dzisiaj miała być komunia mojego kuzyna! Normalnie komunie są w niedzielę, ale przecież mama mi mówiła, że były jakieś problemy i dzień uroczystości się zmienił... A może ziarno wątpliwości zasiał kolega z Rzeszowa, u którego komunie odbywały się w sobotę... Koniec końców nie byłem pewny daty.

 

0

 

Musiałem to w jakiś sposób sprawdzić... strategicznie. Bo gdyby komunia była w ów dzień, to byłem już w pewnym zakresie przegrany. Nie mogłem pogorszyć swojej sytuacji. Do domu nie mogłem zadzwonić, bo rodzice i bracia mogli jeszcze nie wyjechać. Stwierdziłem, że napiszę do brata na gg. Nie odpisał. Drugi brat. Nie odpisał. Dzwonię do brata, aparat niedostępny. Mogłem zadzwonić do domu kuzyna, który miał komunię, ale rozmowa typu "ej, ta komunia to dzisiaj czy jutro?" było fatalnym scenariuszem w skutkach (PR w rodzinie). Zestresowany w końcu otrzymałem wiadomość od brata, że komunia jutro. To była ulga, ulga przed tym, co przeżyłem w nieodległych godzinach. Jeden z moich braci, z powodów bliżej mi nie znanych, miał na komunię nie jechać, co znaczyło tyle, że w samochodzie było miejsce dla mnie. Zadzwoniłem do domu by ogarnąć kiedy mam przyjechać i o której jedziemy. Okazało się, że miejsca dla mnie nie ma. Zasugerowano mi żebym pojechał do rodziny dzisiaj, bo w niedzielę ciężko tam z busami.

 

Po koko koko to mnie nie zdziwiło. Popatrzyłem ze strachem na kupkę niezmytych naczyń, którą gromadziłem od 2 dni. No cóż, nie mieszkam sam, więc musiałem teraz to szybko ogarnąć na przyjazd mojego współlokatora... +2k PKT do Siły Woli.


Do centrum Krakowa dostałem się bez przeszkód. Tramwaj się nawet nie zespuł. Busa do Bochni znalazłem szybko. Nie dałem rady tylko znaleźć podróbek klasycznych "raybanków" słonecznych za 20 zł w Galerii Krakowskiej, ale to inna historia...

 

W Bochni przeszedłem na stronę, z której busy absorbowały pasażerów w kierunku Brzesko. Po przeczekaniu jakichś 15 minut zadzwoniłem do mamy i upewniłem się czy busy jeżdżące w stronę Okulic w ogóle kursują. Mama przekazała wiadomość cioci, że "na pewno kilka w niedzielę jedzie". Entuzjazm spłynął ze mnie razem z potem. Na szczęscie miałem dobry humor.

 

Po  kolejnych 30 minutach zacząłem szukać jakichś rozkładów. Były 2. Jeden stanowił, że w niedziele busy nie jeżdża. Drugi, że bus jechał 10 minut temu - ostatnia aktualizacja 2010 rok... Na przystanku stopniowo gromadziła się grupka długo czekających podróżnych. Skminiłem więc, że nie jestem jedyny.

 

Dostrzegłem też zakonnice, czyli było okej - tam gdzie jechałem były jedyne zakonnice w okolicy. Kilkanaście minut później podjechał bus. Zakonnica podesza do kierowcy. Z ich enigmatycznej rozmowy dosłyszałem, że bus nie przyjechał, ale przyjedzie. Dobra, jest nadzieja. Zastanawiałem się tylko, dlaczego informacje dostało duchowieństwo, a na przykład inteligencja (ja, heloł!) - nie. Hmmm...

 

0

 

Czas upływał mi na słuchaniu 2 pań - w wieku podeszłym i mniej podeszłym - mówiących o tym, że rozkłady nie są aktualne, ponieważ firma ma inspekcje z zewnątrz. A wiadomo, że to wymaga pracy i nie mają oni czasu na takie błachostki jak zmiana rozkładów jazdy. Mówiły też o wadach ciągłych reform edukacji i wielu innych rzeczach ważnych dla świada.

 

Bus w końcu nadjechał. Wszyscy rozradowani wesoło się do niego zapakowali. Ku mojemu zdziwieniu Pan Busowy opuścił pojazd, poszedł do busa zaparkowanego przed nami i zaczął się kłucić z jego kierowcą, tylko po to by wrócić do nas i powiedzieć żebyśmy wysiadali i ładowali się do busa przed nami. Może ktoś by wybuchnął w tej chwili, ale ja lubię takie (niby) trywialne przygody.

 

Zaciekawiony, a najważniejsze - nie pozbawiony szansy transportu - ruszyłem do mojego kolejnego czterokołowca, upewniając się czy jedzie tam gdzie chcę. Zarzuciłem potęrzną walutą 20 PLNów, co pozwoliło mi pojechać za free - kierowca wyciągnięty na gwałt z domu nie miał po prostu wydać. Przełamując wątpliwości moralne, w całkiem dobrym humorze zająłem wygodnie singlowe miejsce przy oknie.

 

Podróż była spokojna i przyjemna, bo po drodze minąłem wiele klimatycznych drewnianych domków i stodół, rodem z wiedźmina. Widziałem też tabliczkę drewnianą, na której wysiały ogłoszenia - dokładnie taką jak obok karczmy Kudłaty Miś w Wyzimie (proza Sapkowskiego).

 

Przejeżdżając spostrzegłem też mecz piłki nożej. Oczywiście zaraz po przyjeździe wujek wyznaczył mi questa - zabrać kuzynostwo na mecz. Na rowerach.

 

No i dostawałem apogeicznego agresora w 2 sytuacjach:

a) moi kuzyni jechali za blisko i umyślnie przycierali sobie błotniki,

b) trzymali kierownice 1 ręką.

Nie chciałem być wrzeszczącym rodzicem, ale szybka jezdnia mnie do tego przekonała. Zarzuciłem miły ton i przekaz na zasadzie kumpel-kumpel. Obaj kuzyni nadal żyją.

 

0

 

We wspomnianym meczu brało udział moich kolejnych 2 kuzynów. Niestety wynik 4:3 był na ich niekorzyść. Sędzia wyciągnął karnego z kapelusza (wersja mojej rodziny).


Sportowa rodzina również gra w gry wideo. Zostałem rozpierdolony, pozytywnie, grą Plants vs Zombies oraz stadionem, który mój (chyba 11-stoletni) kuzyn odwzorował niemiałym kunsztem w Minecrafcie.

 

Na koniec dnia, rozkładając nie używaną od długiego czasu sofę, znalazłem zdechłą mysz. Zapytałem ciocię i wujka czy to coś znaczy - czy zostanę wkrótce bogaty, albo coś? Powiedzieli, że tak - mysz, którą próbowali otruć od jesieni całkiem długo wytrzymała...

 

komentarzy: 006 maja 2012, 21:26

Aby dodać komentarz trzeba być zalogowanym na swoje konto gram.pl! kliknij by się zalogować

Strona prezentuje indywidualną opinię użytkownika. gram.pl nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczone przez użytkowników.
© gram.pl