avatar

Luke1695 Użytkownik gram.pl (Robotnik) ja.gram.pl/Luke1695

Opowiadanie na konkurs

  
Wieczór coraz bardziej dociskał niemalże czerwone słońce ku zachodowi. Wczesna jesień dawała znać o sobie chłodnym wiatrem, który nie umilał biegu ani trochę chociaż tego biegu nie mogło umilić nic. Bieganie samemu , nie z własnej woli i najprawdopodobniej w miejsce gdzie dozna się dokuczliwych obrażeń. Mimo wszystko gnał nie żałując płuc i nóg , właśnie w takich chwilach człowiek żałuje, że do tej pory nie zainwestował w wierzchowca. Jutro idziesz do miasta i kupujesz porządną klacz, pomyślał w biegu. Nie mam zamiaru wypluwać płuc za każdym razem kiedy ona ma jakieś przeczucie. Z drugiej strony wierzchem nie da rady obrać trasy na wprost przez las , tak jak to ma miejsce teraz. Skok przez konar , szybkie spojrzenie na słońce, już tylko połowa świetlistej kuli była widoczna na horyzoncie. Szybciej , szybciej , szybciej. Tu nie ma wymówek typu „A co mi zależy” lub „Dziś nie dam rady ,odpuszczę sobie”. Takie myśli nie dochodzą do głowy w sytuacjach , w których rozchodzi się o życie ludzkie. Z za drzew widoczny już był drewniany wóz i słychać było lamenty mężczyzny. 
Moja kostka! Jak w tak głupi sposób można pozbawić się możliwości chodu? Jestem największym pechowcem na świecie. Mężczyzna katował się takimi myślami aż nie usłyszał szelestu z leśnego gąszczu naprzeciw niego. Nadeszła moja śmierć, pomyślał. Z lasu już od dłuższej chwili dochodziły do niego niepokojące odgłosy, najprawdopodobniej coś czaiło się już na niego w zaroślach. Zamknął oczy , przed sobą zobaczył obraz swojej rodziny. Nie, nie poddam się tak po prostu, nie tym razem. Z boku wozu wisiała kusza, sięgnął po broń wymierzył w krzaki i czekał. Czekał w napięciu. -Jeszcze chwilę.-szepnął sam do siebie. Szelest . Czyjeś dłonie rozchyliły gąszcz. Ten ktoś jakby wystrzelił z suchych zarośli.-Stój bo strzelam!- krzyknął przerażony z powrotem pechowiec. Nie strzelił od razu. Nieznajomy był sam. Mimo iż był w kapturze jego natychmiastowa reakcja powstrzymała kusznika.
-Na wszystkich bogów! Nie strasz mnie pan tak!- Powiedział leśny biegacz opuszczając ręce.
-Słucham?-
-Mogłem na zawał zejść jak po takim biegu straszysz mnie Pan niezaładowaną kuszą.-
Broń rzeczywiście była niezaładowana. Łamaga zaczerwienił się.
-Przepraszam.-Dodał za chwilę czując w głosie obcego brak wrogości.
-Wybaczam, a teraz wstawaj- odparł tamten podając mu rękę.-Wskakuj na wóz i ...- rozejrzał się po zawartości wozu , znalazł duży kosz z kapustą wysypał ją na deski pojazdu.- … schowaj się pod to , Aha! Możesz mnie uświadomić jakim cudem zbiegł ci koń?-
-Skradli mi go już dawno ,wóz ciągnę sam przyzwyczaiłem się już.-
-Skradli...-Powtórzył biegacz do siebie dodając następny argument przeciw zakupowi wierzchowca. Właściciel kapusty klęknął w wozie i nakrył się posłusznie koszem jak kazał nieznajomy. Pomyślał by, że to ostatni idiotyzm gdyby nie to ,że wokół wozu w lesie słychać było ogólne poruszenie i te dziwne odgłosy.
-Jeśli nie przyjdę po ciebie za nic nie wychodź z ukrycia aż do rana, chyba ,że życie ci nie miłe … w takim wypadku powiedz. Po prostu sobie pójdę?- Właściciel wozu panicznie potrząsnął głową na znak ,że jednak chce się jeszcze swoim życiem nacieszyć.
-Więc właź pod kosz i nie dawaj oznak życia.-
Kulawy kiwnął tylko głową nakrywając się koszem do końca. Nie miał zamiaru patrzeć przez szpary w wiklinowym azylu na to co się dzieje na zewnątrz. Zakrył twarz rękoma i położył się na kolanach. Zastanawiał się przez chwilę nad nienaturalna bladością, która wstąpiła na twarz ochotniczego jak mniemał obrońcy. Pewnie jeśli obaj wyjdziemy z tego żywcem będę musiał podpisać cyrograf, lub będę mu dłużny nieziemskie sumy pomyślał. To nie było jednak w tej chwili istotne. Mógł teraz zmienić się nawet w wilkołaka lub uciec , byle by odciągnąć od niego zagrożenie, które swoją drogą dawało o sobie znać już całkiem jawnie, wręcz prowokacyjnie.
Nie popełnił dużego błędu w swych przypuszczeniach. Przemiana już nastąpiła. Skóra poszarzała, choć nie był to efekt rzucający się w oczy ze względu na odzienie z którego wstawały tylko dłonie. Długi rękaw i kaptur zakrywały go prawie w całości. Szarość sprawiła ,że skóra wydawała się grubsza i chropowata jak skóra słonia. Z pod kaptura wydobył się zielony blask iluminujących lekko oczu. Zaczęło się, pomyślał. Świat opanował już mrok nocy a wokół wozu rozbłysnęło stado żółtych , szaleńczych ślepi(ów). Chwycił kuszę kulawego, załadował i strzelił w stronę jednej z par oczu. Zniknęły w jękliwym pisku. Wywołało to ogrom syków i warczenia od strony jego kompanów. Wzrostem żaden z przeciwników nie przerastał jego pasa ale była ich siła. Wiedział ,że nie zdoła utrzymać odpowiedniego dystansu by walczyć mieczem, byli zbyt szybcy.
Jeden biegł szybciej , przywitał się z łopatą, która znajdowała się na wozie. Było oczywiste ,że nie jest już zdolny do dalszej walki. Ogłuszony lub martwy leżał na poboczu. Gromada niskich człapaczy miała niebawem wpaść z szałem na szaroskórego. Ten przyklęknął spojrzał przeciwnikom w oczy wyjmując jednocześnie sztylet z buta i odpinając pas z mieczem. Jak mi się dzisiaj nie chce, stwierdził. Opuścił wzrok i w chwili gdy wyczuwał już bliskość karłów skoczył dziko przed siebie tnąc pierwszego sztyletem , drugiego chwycił za gardło przekoziołkowując między i na reszcie z nich, odskakując następnie na bezpieczniejszą odległość. Nie skrzaty i nie banda goblinów , stwierdził , pierwszy raz widzę coś takiego. Mały karzeł o szaro-brązowej skórze nie zdążył nawet syknąć kiedy sztylet oddzielił mu łeb od reszty ciała lecz ku zdziwieniu kata ciało wraz z głową zamieniło się w moment w dym i w proch. Nim zdołał się obejrzeć wściekła gromada ponownie szarżowała na niego. Zaparł się i powitał fale zamaszystym cięciem sztyletu. Co najmniej trzech , stwierdził tnąc, odrzucając, kopiąc i odskakując od dziko rzucających się niskich bestyjek, które nadskakiwały z wszystkich stron, próbowały wbić swoje szpilkowate kły w przeciwnika. Atakował w miejscu , ciężkimi ciosami kładł po kolei wszystkich napastników niczym niedźwiedź osaczony przez watahę wilków, przyjmując czasami szczęki co bardziej skocznych oprawców, którzy z zamiarem dobrania się do szyi rzucali się na niego. Nagle poczuł ,że za wielu karłów ciąży na nim ograniczając jego ruchy. Zdołał wyzwolić się choć trochę nieoczekiwanym tupnięciem na tyle by skoczyć powtarzając sztuczkę z początku pojedynku przy czym wstając wykonał gwałtowny piruet by zrzucić tych ,którzy trzymali się najmocniej. Nie czekał aż wstaną. Ze zwinnością jaguara doskakiwał do czołgających się jeszcze małych kanalii dobijając niemiłosiernie każdego pojedynczym pchnięciem sztyletu. Było po wszystkim. Szaleńczy uśmieszek i zwierzęcy błysk w oczach powoli przygasały na jego twarzy ustępując miejsca zastanowieniu. Wszyscy zniknęli, pomyślał, źle się stało nie mam pojęcia co to było mógłbym wziąć jednego do domu. Shi z Izgurem pewnie by wiedzieli co to a jak nie to pewnie by się dowiedzieli. -Z pobocza coś zaczęło powoli gramolić się na drogę. Najlepszy przyjaciel łopaty miał przyjemność jednak nie zginąć- powiedział do karła ,który na początku walki przyjął potężny cios łopatą w twarz – Lepiej dla mnie. -Stwierdził.
Ciągnięcie wózka w jesienny wieczór podczas gdy właśnie zaczął padać typowy dla tej pory roku nieprzyjemny z powodu wiatru – deszcz, nie było najprzyjemniejszą rzeczą jaką można robić po walce w której odniosło się wiele dokuczliwych choć niegroźnych skaleczeń. Nie był to jednak czas na marudzenie. Miasto do którego dążył chłop było już tuż za zakrętem a sam łamaga kuśtykał obok swego wybawcy podpierając się bohaterską łopatą , której ofiara leżała skrępowana i zakneblowana w worku na wozie. O dziwo wartownicy od razu ruszyli w stronę dwóch biedaków. Jeden ciągnął wózek pełen kapusty a drugi kulał obok. Przystanęli czekając aż strażnicy do nich podejdą. Gdy chłop ocknął się ze konsternacji , w którą wprawiło go szczęście jakie go spotkało , było już za późno żeby chociaż podziękować. 
Cyrografu jak nie było tak nie ma a wybawca znikł w leśnym gąszczu z workiem na plecach. Strażnikom podziękował od razu gdy podbiegli by znów nie ocknąć się za późno.
 

  Witam. Zapraszam do przeczytania.

 

 Wieczór coraz bardziej dociskał niemalże czerwone słońce ku zachodowi. Wczesna jesień dawała znać o sobie chłodnym wiatrem, który nie umilał biegu ani trochę chociaż tego biegu nie mogło umilić nic. Bieganie samemu , nie z własnej woli i najprawdopodobniej w miejsce gdzie dozna się dokuczliwych obrażeń. Mimo wszystko gnał nie żałując płuc i nóg , właśnie w takich chwilach człowiek żałuje, że do tej pory nie zainwestował w wierzchowca. Jutro idziesz do miasta i kupujesz porządną klacz, pomyślał w biegu. Nie mam zamiaru wypluwać płuc za każdym razem kiedy ona ma jakieś przeczucie. Z drugiej strony wierzchem nie da rady obrać trasy na wprost przez las , tak jak to ma miejsce teraz. Skok przez konar , szybkie spojrzenie na słońce, już tylko połowa świetlistej kuli była widoczna na horyzoncie. Szybciej , szybciej , szybciej. Tu nie ma wymówek typu „A co mi zależy” lub „Dziś nie dam rady ,odpuszczę sobie”. Takie myśli nie dochodzą do głowy w sytuacjach , w których rozchodzi się o życie ludzkie. Z za drzew widoczny już był drewniany wóz i słychać było lamenty mężczyzny. Moja kostka! Jak w tak głupi sposób można pozbawić się możliwości chodu? Jestem największym pechowcem na świecie. Mężczyzna katował się takimi myślami aż nie usłyszał szelestu z leśnego gąszczu naprzeciw niego. Nadeszła moja śmierć, pomyślał. Z lasu już od dłuższej chwili dochodziły do niego niepokojące odgłosy, najprawdopodobniej coś czaiło się już na niego w zaroślach. Zamknął oczy , przed sobą zobaczył obraz swojej rodziny. Nie, nie poddam się tak po prostu, nie tym razem. Z boku wozu wisiała kusza, sięgnął po broń wymierzył w krzaki i czekał. Czekał w napięciu. -Jeszcze chwilę.-szepnął sam do siebie. Szelest . Czyjeś dłonie rozchyliły gąszcz. Ten ktoś jakby wystrzelił z suchych zarośli.-Stój bo strzelam!- krzyknął przerażony z powrotem pechowiec. Nie strzelił od razu. Nieznajomy był sam. Mimo iż był w kapturze jego natychmiastowa reakcja powstrzymała kusznika.-Na wszystkich bogów! Nie strasz mnie pan tak!- Powiedział leśny biegacz opuszczając ręce.-Słucham?--Mogłem na zawał zejść jak po takim biegu straszysz mnie Pan niezaładowaną kuszą.-Broń rzeczywiście była niezaładowana. Łamaga zaczerwienił się.-Przepraszam.-Dodał za chwilę czując w głosie obcego brak wrogości.-Wybaczam, a teraz wstawaj- odparł tamten podając mu rękę.-Wskakuj na wóz i ...- rozejrzał się po zawartości wozu , znalazł duży kosz z kapustą wysypał ją na deski pojazdu.- … schowaj się pod to , Aha! Możesz mnie uświadomić jakim cudem zbiegł ci koń?--Skradli mi go już dawno ,wóz ciągnę sam przyzwyczaiłem się już.--Skradli...-Powtórzył biegacz do siebie dodając następny argument przeciw zakupowi wierzchowca. Właściciel kapusty klęknął w wozie i nakrył się posłusznie koszem jak kazał nieznajomy. Pomyślał by, że to ostatni idiotyzm gdyby nie to ,że wokół wozu w lesie słychać było ogólne poruszenie i te dziwne odgłosy.-Jeśli nie przyjdę po ciebie za nic nie wychodź z ukrycia aż do rana, chyba ,że życie ci nie miłe … w takim wypadku powiedz. Po prostu sobie pójdę?- Właściciel wozu panicznie potrząsnął głową na znak ,że jednak chce się jeszcze swoim życiem nacieszyć.-Więc właź pod kosz i nie dawaj oznak życia.-Kulawy kiwnął tylko głową nakrywając się koszem do końca. Nie miał zamiaru patrzeć przez szpary w wiklinowym azylu na to co się dzieje na zewnątrz. Zakrył twarz rękoma i położył się na kolanach. Zastanawiał się przez chwilę nad nienaturalna bladością, która wstąpiła na twarz ochotniczego jak mniemał obrońcy. Pewnie jeśli obaj wyjdziemy z tego żywcem będę musiał podpisać cyrograf, lub będę mu dłużny nieziemskie sumy pomyślał. To nie było jednak w tej chwili istotne. Mógł teraz zmienić się nawet w wilkołaka lub uciec , byle by odciągnąć od niego zagrożenie, które swoją drogą dawało o sobie znać już całkiem jawnie, wręcz prowokacyjnie.Nie popełnił dużego błędu w swych przypuszczeniach. Przemiana już nastąpiła. Skóra poszarzała, choć nie był to efekt rzucający się w oczy ze względu na odzienie z którego wstawały tylko dłonie. Długi rękaw i kaptur zakrywały go prawie w całości. Szarość sprawiła ,że skóra wydawała się grubsza i chropowata jak skóra słonia. Z pod kaptura wydobył się zielony blask iluminujących lekko oczu. Zaczęło się, pomyślał. Świat opanował już mrok nocy a wokół wozu rozbłysnęło stado żółtych , szaleńczych ślepi(ów). Chwycił kuszę kulawego, załadował i strzelił w stronę jednej z par oczu. Zniknęły w jękliwym pisku. Wywołało to ogrom syków i warczenia od strony jego kompanów. Wzrostem żaden z przeciwników nie przerastał jego pasa ale była ich siła. Wiedział ,że nie zdoła utrzymać odpowiedniego dystansu by walczyć mieczem, byli zbyt szybcy.Jeden biegł szybciej , przywitał się z łopatą, która znajdowała się na wozie. Było oczywiste ,że nie jest już zdolny do dalszej walki. Ogłuszony lub martwy leżał na poboczu. Gromada niskich człapaczy miała niebawem wpaść z szałem na szaroskórego. Ten przyklęknął spojrzał przeciwnikom w oczy wyjmując jednocześnie sztylet z buta i odpinając pas z mieczem. Jak mi się dzisiaj nie chce, stwierdził. Opuścił wzrok i w chwili gdy wyczuwał już bliskość karłów skoczył dziko przed siebie tnąc pierwszego sztyletem , drugiego chwycił za gardło przekoziołkowując między i na reszcie z nich, odskakując następnie na bezpieczniejszą odległość. Nie skrzaty i nie banda goblinów , stwierdził , pierwszy raz widzę coś takiego. Mały karzeł o szaro-brązowej skórze nie zdążył nawet syknąć kiedy sztylet oddzielił mu łeb od reszty ciała lecz ku zdziwieniu kata ciało wraz z głową zamieniło się w moment w dym i w proch. Nim zdołał się obejrzeć wściekła gromada ponownie szarżowała na niego. Zaparł się i powitał fale zamaszystym cięciem sztyletu. Co najmniej trzech , stwierdził tnąc, odrzucając, kopiąc i odskakując od dziko rzucających się niskich bestyjek, które nadskakiwały z wszystkich stron, próbowały wbić swoje szpilkowate kły w przeciwnika. Atakował w miejscu , ciężkimi ciosami kładł po kolei wszystkich napastników niczym niedźwiedź osaczony przez watahę wilków, przyjmując czasami szczęki co bardziej skocznych oprawców, którzy z zamiarem dobrania się do szyi rzucali się na niego. Nagle poczuł ,że za wielu karłów ciąży na nim ograniczając jego ruchy. Zdołał wyzwolić się choć trochę nieoczekiwanym tupnięciem na tyle by skoczyć powtarzając sztuczkę z początku pojedynku przy czym wstając wykonał gwałtowny piruet by zrzucić tych ,którzy trzymali się najmocniej. Nie czekał aż wstaną. Ze zwinnością jaguara doskakiwał do czołgających się jeszcze małych kanalii dobijając niemiłosiernie każdego pojedynczym pchnięciem sztyletu. Było po wszystkim. Szaleńczy uśmieszek i zwierzęcy błysk w oczach powoli przygasały na jego twarzy ustępując miejsca zastanowieniu. Wszyscy zniknęli, pomyślał, źle się stało nie mam pojęcia co to było mógłbym wziąć jednego do domu. Shi z Izgurem pewnie by wiedzieli co to a jak nie to pewnie by się dowiedzieli. -Z pobocza coś zaczęło powoli gramolić się na drogę. Najlepszy przyjaciel łopaty miał przyjemność jednak nie zginąć- powiedział do karła ,który na początku walki przyjął potężny cios łopatą w twarz – Lepiej dla mnie. -Stwierdził.Ciągnięcie wózka w jesienny wieczór podczas gdy właśnie zaczął padać typowy dla tej pory roku nieprzyjemny z powodu wiatru – deszcz, nie było najprzyjemniejszą rzeczą jaką można robić po walce w której odniosło się wiele dokuczliwych choć niegroźnych skaleczeń. Nie był to jednak czas na marudzenie. Miasto do którego dążył chłop było już tuż za zakrętem a sam łamaga kuśtykał obok swego wybawcy podpierając się bohaterską łopatą , której ofiara leżała skrępowana i zakneblowana w worku na wozie. O dziwo wartownicy od razu ruszyli w stronę dwóch biedaków. Jeden ciągnął wózek pełen kapusty a drugi kulał obok. Przystanęli czekając aż strażnicy do nich podejdą. Gdy chłop ocknął się ze konsternacji , w którą wprawiło go szczęście jakie go spotkało , było już za późno żeby chociaż podziękować. 
Cyrografu jak nie było tak nie ma a wybawca znikł w leśnym gąszczu z workiem na plecach. Strażnikom podziękował od razu gdy podbiegli by znów nie ocknąć się za późno.
 

komentarzy: 010 września 2014, 13:30

Aby dodać komentarz trzeba być zalogowanym na swoje konto gram.pl! kliknij by się zalogować

Strona prezentuje indywidualną opinię użytkownika. gram.pl nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczone przez użytkowników.
© gram.pl