avatar

kingslayer Użytkownik gram.pl (Robotnik) ja.gram.pl/kingslayer

Opowiadanie na gramowy konkurs i nie tylko....

fantastyka, Mitologia skandynawska

Witam i zachęcam do przeczytania mojego opowiadania. Nosi ono tytuł "Fiord" i nietrudno się domyślić, w jakich klimatach jest utrzymane. Komentujcie, dyskutujcie i zachęcajcie mnie do dalszej pracy twórczej.

    Ragnvald przeklął cicho Thora za zesłanie tak paskudnej pogody akurat nad jego głowę, ale natychmiast przeprosił go w myślach, pragnąc odsunąć od siebie gniew bóstwa. Rzeczywiście, wzburzone wody północnego morza nie były odpowiednie do spuszczania na jej powierzchnię, a tym bardziej na popłynięcie nią gdziekolwiek, niewielkiej rybackiej łodzi, w której aktualnie siedział. Przez cały czas, odkąd rozpoczął tę przeklętą wyprawę, walczył z wiosłami grzęznącymi w brzuchach fal i kawałach lodu, które niosła woda. Przez cały czas szczękał z zimna zębami starając się nie dopuścić do zamoknięcia owiniętego w focze skóry wyposażenia. Przez cały też czas starał się nie dopuścić do siebie myśli, że to, o czym opowiedział mu starzec w wiosce to zwykła bajęda dla łatwowiernych dzieci. Ale któż nie spróbowałby zdobyć przedmiotu, który przynosił dobrobyt dla tego, kto go posiadał? Młody Skandynaw nie chciał wyjść na takiego, co uwierzy w byle brednię. Nigdy nie był wybitnym wojownikiem, ale póki jarl organizował wyprawy na Szmaragdową Wyspę, póty wychodził na swoje, a łupów starczyło na więcej niż tylko połatanie kolczugi i zaostrzenie miecza. Niestety w ostatnim roku jarl chyba zwariował bredząc o jakimś Chrestem i pokoju między chrestianami. Zasiał zamęt pomiędzy wojownikami, którzy prawie w tym samym czasie podzielili się na dwa obozy: zwolenników jarla i przeciwników jego nowego porządku, co doprowadziło do wygubienia prawie całej drużyny jarla, i doprowadziło do zakończenia okresu dobrobytu w jego wiosce. Ragnvald skrzywił się na wspomnienie symbolu, jakim chwalił się jarl, gdy budował dziwną świątynię na samym środku placu targowego, bo któżby wierzył, że dwa skrzyżowane kawałki drewna miały podobną moc co noszony przez większość wojowników symbol Mjolnira.

    Gdy słońce zaczęło przebijać zza ciemnych chmur, a śnieg przestał ograniczać widoczność, Ragnvald w końcu dostrzegł coś, co powoli zaczęło utwierdzać go w przekonaniu, że tamten bredzący starzec jednak nie był zalany w trupa. Widział bowiem przed sobą, przewijający się w opowieści starca, szary masyw skalny, wyższy niż to, do czego się przyzwyczaił pływając pod rozkazami jarla. Klify były stare, poszarpane przez niszczycielski wiatr oraz fale omywające jego podnóże, a jego szczyty i niższe skały oddzielone żywiołami od ściany pokryte były grubą śniegową czapą. Ragnvald ustawił swoją łódź tak, by ta płynęła wzdłuż klifu, a sam zaczął wypatrywać miejsca, które starzec opisał w swej opowieści dość dokładnie.

    Znalazł je dokładnie w chwili, gdy zachodzące słońce ponownie zasłoniły czarne chmury. Było to wejście do niezbyt szerokiego fiordu, zewsząd otoczonego przez opadające pionowo w dół skały. Ragnvald, zręcznie lawirując pomiędzy wystającymi tu i ówdzie skalnymi kolcami, wpłynął na wody zatoki. Dopiero teraz, z całą pewnością mógł stwierdzić, że starzec mówił prawdę. Gardziel, w jakiej się znalazł, była jakby żywcem wyjęta z opowieści dziadygi. Wspominał on co prawda o ścianach skalnych, które gładko przechodziły w klify z lodu, ale mimo wszystko młody wojownik był pod wrażeniem. Gładki lód pokrywający skały był błękitny i czysty tak, że niemalże można było się w nim przejrzeć. Ponadto znakomicie odbijał czerwieniejące promienie zachodzącego słońca barwiąc wszystko, od grzbietów fal po zwykłe wiosko, na ciepły kolor piwa czy też miodu. Ragnvald płynął, jak urzeczony obejmując wzrokiem wszystkie dziwy, i nie zauważył, że woda zaczęła zamarzać. Usłyszał jedynie głuchy odgłos zderzenia drewna z lodem. Brutalnie oderwany od cudów przypomniał sobie, że nie ma czasu na podziwianie widoków. Zacumował łódź, zarzucając linę na wystający jakby w tym celu niewysoki słupek z lodu i zaczął przygotowywać się na wyprawę w głąb fiordu. Spod ławki wyjął pakunek, który z takim wysiłkiem chronił przez zamoknięciem. Odwinął skóry i spomiędzy ich fałd wydobył swój wierny miecz w skórzanej, inkrustowanej srebrem pochwie, niewielki worek podróżny zawierający skromne zapasy żywności, hubkę oraz krzesiwo i kilka pochodni, a także zapasowy płaszcz z wilczego futra, którym zastąpił przemoczony, który miał na sobie. Przypasał potem z namaszczeniem miecz do pasa i wymamrotał krótką modlitwę do Tyra i Odyna, po czym zarzuciwszy sobie na plecy worek ruszył po lodzie w głąb fiordu.

    Gdy słońce niemalże zniknęło za lodowymi ścianami Rangvald błądził wzrokiem po ścianie błękitnego lodu licząc na to, że jaskinia wspomniana przez starca w wiosce także istnieje. Po kilkuset krokach los zweryfikował i tę część opowieści, gdyż przed Skandynawem pojawiło się dosyć wąskie wejście wiodące do wewnątrz lodowca. Podpaliwszy pochodnię wszedł do środka dając się objąć w zimnym uścisku lodowego masywu.

    Ragnvald z miejsca nie polubił wąskiego przejścia, w którym się znalazł. Klaustrofobicznie ciasne przejście wypłukane przez rzekę pod lodowcem było nieprawdopodobnie śliskie i tylko dzięki przyzwyczajeniu wyniesionemu z żeglugi na pokładzie drakkaru jarla pozwoliło mu nie upaść już po paru krokach. Na domiar złego młodemu wojownikowi cały czas wydawało się, że lodowe ściany przybliżają się do siebie, mając na celu pogrzebanie go pod niewyobrażalnymi ilościami lodu. Ściany zamarzniętej jaskini miały też inną właściwość- nie pozwalały na poprawne określenie dystansu, jaki przebył Ragnvald i czasu, jaki ten przebywał pod lodem, gdyż krystalicznie czyste i gładkie niczym niezmącona wiatrem powierzchnia morza ściany doskonale odbijały nawet tak nikłe światło jak te, pochodzące z pochodni Skandynawa i mąciły wzrok uniemożliwiając ocenę odległości. Ragnvald nie przypominał sobie, żeby starzec w wiosce opowiadał o trudnościach, jakie miałby śmiałek, odważywszy się na wejście do jaskini z lodu i sklął go za to w myślach, po raz kolejny starając się nie upaść na śliskim podłożu.

    Pochodnia zdążyła się wypalić akurat w chwili, gdy lodowy tunel rozszerzył się nieznacznie i gładko przeszedł w niedużą komorę. Ragnvald za pomocą krzesiwa zręcznie podpalił kolejną i mógł dokładnie obejrzeć miejsce, w którym się znalazł. Komora nie była może przesadnie szeroka, ale po wąskim, przypominającym wnętrze węża Jormunganda tunelu z lodu, była miłą odmianą. Lodowe ściany już nie zdawały się opinać ciasno ciała Skandynawa, ale wojownik dalej czuł masę lodu nad sobą. W tym miejscu lodowiec zrobił się już niemal przejrzysty, co w połączeniu z ogniem pochodni sprawiało, że wewnątrz ścian poczęły pełzać ogniki i cienie, wprawiane w ruch każdym drgnieniem płomienia. Po raz kolejny tego dnia Ragnvald zaczął bezwzględnie wierzyć w słowa starca z wioski. Wierzył w to, że jego szczęście leży gdzieś wewnątrz lodowca i był skłonny zrobić wszystko, by choć trochę polepszyć byt swojej rodzinie w czasach, gdy jarl porzucił prawdziwych bogów wierząc bezwarunkowo w słowa łysego emisariusza Chresta z krzyżem na grubym łańcuchu.

    Posiliwszy się i wypocząwszy trochę, Ragnvald wznowił wędrówkę po śliskich i zdradliwych korytarzach lodowej jaskini. Tym razem szedł dużo szybciej, niż na początku, gdyż lód pod stopami stał się trochę chropawy i jakby lepiej przystosowany do marszu. Przez cały też czas przyglądał się z niesłabnącą fascynacją cieniom, ożywianym pod lodem przez migoczący i chybotliwy płomień pochodni. Miejscami zdawało się, że ogień wydobywał z lodu twarze, potwornie poskręcane przez ból i zaskoczenie, tak jakby nie spodziewały się znaleźć tu swego końca. Skandynaw jednakże uznał to za wytwór własnej wyobraźni i przestał się przejmować tym co widział, podziwiając jednocześnie urzekające piękno czystego lodu.

    Niestety Ragnvald długo nie cieszył się swobodą w korytarzu. Obszar tuż przed nim był może i szerszy niż korytarz, w jakim się znajdował dotychczas, ale wypełniony był ogromnymi lodowymi słupami i połowami słupów, wyrastającymi pomiędzy sklepieniem a chodnikiem, po jakim poruszał się Skandynaw do tej pory, przez co sam korytarz wydawał się dużo węższy niż był w rzeczywistości. Ragnvald przyjrzał się pierwszemu z widocznych w mroku słupów. Był on, jak wszystko w tym miejscu, stworzony z niewiarygodnie czystego lodu, bez żadnych zanieczyszczeń ani pęcherzy powietrza. Wewnątrz bryły znajdował się natomiast wrzecionowaty, ciemny kształt. Skandynaw podniósł pochodnię, chcąc oświetlić kształt wewnątrz lodu, lecz gdy to zrobił natychmiast tego pożałował. Wewnątrz lodowego słupa znajdowało się ciało. Ciało dumnego wojownika skandynawskiego, wraz z całym jego wyposażeniem. Ragnvald zaklął cicho i odważył się podnieść pochodnię na dłużej niż chwilę. Wojownik, pomijając fakt zakucia go w lód, wydawał się jakby żywy, trochę blady, ale żywy. Jego twarz była wykrzywiona grymasem wściekłości i strachu, a szeroko otwarte oczy skierowane na wprost, jakby swym wzrokiem próbował przebić lód i dotrzeć z ostrzem spojrzenia do serca swego oprawcy i zmiażdżyć je. Jego dłoń wciąż ściskała uniesiony lekko miecz, jakby gotowała się do zadania ciosu. Skandynaw obszedł wszystkie słupy, do których mógł dotrzeć i w każdym znalazł wojownika spowitego grubą warstwą lodu. Nie mogąc nic zrobić dla swoich braci postanowił ruszyć dalej i pomścić ich w jedyny, znany sobie sposób, a wśród lodowych ścian echem poniósł się zgrzyt ostrza trącego o okucia pochwy.

     Wiele kroków dalej, więcej niż Ragnvald mógł zliczyć, korytarz rozszerzył się wreszcie i gładko przeszedł w wielką salę jakby wykutą w lodzie. Skandynaw nie mógł poprawnie ocenić jej wielkości, bo znowu ściany zaczęły się jakby poruszać, mącąc mu wzrok. Mógł jednakże stwierdzić, że była na tyle duża, by drużyna jarla mogła swobodnie w niej zasiąść i ucztować i jeszcze zostałoby miejsca dla połowy wioski. Lodowe ściany swym kształtem zdawały się przypominać salę, w której po wielekroć Ragnvald i jego towarzysze wraz z jarlem ucztowali po udanej wyprawie, a na nich wisiały różne typy oręża oraz trofea myśliwskie, w tym wiele nieznanych Skandynawowi. Na środku sali stał ogromny stół, oświetlony zimnym blaskiem dochodzącym spod sklepienia lodowej jaskini, dopełniający obrazu domu bogatego jarla. Za stołem tym siedziała postać i bawiła się trzymanym w dłoni rogiem do picia zdobionym złotem. Ragnvald przesunął się do przodu odrzuciwszy pochodnię i ująwszy miecz obiema dłońmi za rękojeść.

- Ależ nie ma potrzeby sięgania po tak radykalne środki- dźwięczny głos rozległ się w sali i potoczył echem pomiędzy ścianami- Odłóż tą broń, chłopcze. Dobrze wiesz, że nie możesz mi nic zrobić.

Ragnvald jakby całym sobą poczuł moc płynącą ze słów istoty wewnątrz sali, ale mimo tego nie puścił miecza. Postać z rogiem westchnęła tylko i machnęła dłonią.

- A zresztą, trzymaj sobie to żelazo.

   Postać odłożyła róg na stół i wyciągnęła dłoń do przodu mamrocząc coś cicho. Po chwili Ragnvald poczuł, jak jego miecz, towarzysz wielu potyczek i wędrówek, wiotczeje mu w dłoniach i bardziej teraz przypomina martwego węża czy też kawałek okrętowej liny niż broń. Przez chwilę patrzył na niego z niedowierzaniem, by po chwili odrzucić go w kąt, gdzie posłał też dopalającą się pochodnię.

- Teraz lepiej- postać podeszła bliżej, znów z rogiem w dłoni, badawczo przypatrując się wojownikowi, jakby spodziewając się jakiegoś podstępu.

    Dopiero teraz Ragnvald dostrzegł, że mężczyzna ten wydaje się mu znajomy, chociaż wiedział, że w jego wiosce prawie na pewno nie mieszka. Postać jakby czytała w jego myślach, gdyż się tylko uśmiechnęła kącikiem ust, stale skracając dystans.

- Tak, pewnie już się domyślasz, kim jestem, lub inaczej, kim mogę być.

    Ragnvald nadal nie mógł przypomnieć sobie, czy w jego wiosce mieszkał mężczyzna o niesamowicie jasnych włosach i krótkiej brodzie oraz hipnotyzujących oczach osadzonych pod wysokim czołem przystojnej twarzy. Postać jakby jęknęła cicho.

- Nie mów, że nie poznajesz?- Ragnvald zdobył się jedynie na pokręcenie głową.

    Postać jęknęła ponownie, tym razem nieco głośniej, a jej twarz jakby zamgliła się na chwilę rozmazując rysy twarzy, by po chwili dać im się rozciągnąć i pomarszczyć. Chwilę potem Ragnvald już mógł z całą pewnością powiedzieć kim był ten człowiek, bo przed nim stanął starzec, który opowiadał mu o jaskini w fiordzie i tajemniczym skarbie.

- To ty jesteś tym starcem?- Ragnvald nadal nie mógł uwierzyć w to, czego był świadkiem.

- Jestem nie tylko tym starcem- starzec przemówił głosem młodego człowieka, którym był przed chwilą- Mogę być kimkolwiek zechcę i przybrać postać jakąkolwiek zechcę. Ale dla porządku nazywaj mnie Loki.

    Młody Skandynaw zrozumiał już wszystko. Loki był bowiem bóstwem, po którym można się spodziewać zarówno podłości jak i pomocy. Wciąż pamiętał, jak ojciec opowiadał mu o losach Baldura, który został podstępnie zabity właśnie za jego przyczyną, i za jego przyczyną też nie mógł zostać uratowany przez Hermoda, który po niego ruszył do Niflheimu. Pamiętał też o tym, że to właśnie Loki podarował Thorowi Mjolnir, jego mot bojowy. Loki ponownie obszedł Ragnvalda, który zaczął poważnie obawiać się o swój los, co bóg najprawdopodobniej poczuł.

- Nie obawiaj się. Nie jest moim celem zabicie cię- przemówił kojącym głosem, ponownie przybrawszy postać młodzieńca.

- Dlaczegóż więc to robisz?- spytał Ragnvald, wodząc wzrokiem za będącym w ciągłym ruchu Lokim.

Bóstwo zawiesiło wzrok na olbrzymim porożu jelenia na przeciwległej ścianie, a róg w jego dłoni nie przestawał się obracać pomiędzy jego palcami.

- Interesują mnie zwykli ludzie- odparł po dłuższej chwili- Są tacy żywi... Ale dość na razie. Teraz będziemy ucztować!

    Po wykrzyczeniu ostatniego zdania, które uleciało pomiędzy lodowe belki sklepienia i poniosło się dalej echem wśród lodu, Loki klasnął kilkakroć w dłonie. Ogromny stół, na początku jakby trochę zapomniany, teraz uginał się pod ciężarem mięsa, owoców i alkoholi i dzbanach. Na ten widok Loki wpadł w zachwyt i zasiadł na ławie, na której siedział na początku. Ragnvald, chcąc nie chcąc, musiał zasiąść razem z nim, jednak nie udzielił mu się biesiadny nastrój bóstwa, bowiem dalej dławił go niepokój. I gdy Loki wyglądał na coraz bardziej pijanego i rozluźnionego, Ragnvald raczej przypominał żałobnika na stypie, podszczypując delikatnie kawałek udźca dziczego. Loki dopiero po dłuższej chwili zauważył, że jego gość nie bawi się tak dobrze jak on sam.

- Dlaczego nie chcesz świętować razem ze mną? - spytał wojownika przepitym głosem wymachując przed sobą do połowy ogryzionym udkiem kurczaka.

- Nie mam powodów, by świętować- odparł na to Ragnvald głosem, w którym dałoby się wyczuć rezygnację i smutek przyprószone złością.

- Fakt, każdy na twoim miejscu czułby się podobnie- odparł mu na to Loki, bez śladu upojenia w głosie, które zniknęło nie wiadomo kiedy- Ale może powinieneś zacząć doceniać to, co dla ciebie zrobiłem.

- Jeżeli mam docenić fakt wejścia wprost do twojej pułapki, panie, to chyba wolę umrzeć po stokroć na polu bitwy od uderzenia topora.

- Człowiecze, czemu nie chcesz spojrzeć na to z innej perspektywy- Loki brzmiał, jakby się odrobinę poirytował, ale opanował to i jego słowa brzmiały prawie normalnie- To prawda, że dałeś się złapać w moje sidła. Jednakże nie powinno być to w twoich oczach takie złe. Bo widzisz- bóstwo rozparło się na ławie i obracało w dłoniach nieodłączny róg do picia- ja wiem co pchnęło cię na poszukiwanie tego lodowca. I chciwość nie jest bynajmniej najważniejszym powodem. Co się stało zanim usłyszałeś moją opowieść?

- Schlałem się do nieprzytomności- burknął Ragnvald. Loki nie wyglądał na zadowolonego odpowiedzią.

- Bądź poważny, wojowniku. Chcę ci wszystko wyjaśnić, zanim... a może nie, powiem ci potem, ale chcę usłyszeć najpierw odpowiedź na moje pytanie.

- Jarl poszedł za słowami posła Chresta i przestał najeżdżać Szmaragdową Wyspę. To się właśnie stało, zanim starzec pojawił się w wiosce.

- I to właśnie było powodem pojawienia się starca w wiosce. Nie będę ukrywał, że kult jego boga niespecjalnie podoba się w Asgardzie. Jak zapewne wiesz bogowie nie są przesadnie radośni, gdy ktoś odbiera im wyznawców i każe im wierzyć w coś zupełnie innego. Dlatego wraz z nimi postanowiliśmy ratować te strzępy naszego świata, które chcą być ocalone. Nie patrz tak na mnie- Loki widział, że Ragnvald nie za bardzo wierzy w jego słowa- Wszystko, co ci powiedziałem w tej chwili usłyszeli też ci, którzy pojawili się tu przed tobą. I wszystkich tych wojowników zwabiłem w to miejsce tą samą opowieścią, gdyż nie uwierzyłby mi, gdybym mówił, że wiara w boga z południa przyniesie im tylko cierpienie i strach. Łatwiej jest wierzyć, gdy się słyszy o złocie niż o tym, że ktoś, kto teraz gra przyjaciela może zabić cię we śnie.

- Czekaj, panie- Ragnvald wyglądał na zagubionego w pokrętnym tłumaczeniu Lokiego- twierdzisz, że to, co od początku myślałem o tym całym Chreście to prawda?

- Przyznasz, że dobrze się kryje z zamiarami, nie? Ale to, o czym wspomniałem teraz nastąpi dopiero za kilka wieków. Wiara ta stanie się tak pewna i potężna, że ludzie zaczną zabijać dla niej.

- A czym to się będzie różniło od tego, co robiliśmy jeszcze do niedawna? Przecież jako Skandynawowie zabijaliśmy, paliliśmy i gwałciliśmy z imieniem Thora i Odyna na ustach.

- To co mówisz to prawda, lecz w założeniach, czyli w fundamencie, podstawie twojej wiary, jest od początku wspomniane, że trafisz do Valhalli jedynie ginąc w boju. Religia Chresta jest bardziej skryta. W słowach o pokoju i jedności skryty jest niejeden ostry sztylet i znajdą się ludzie chcący go wykorzystać do zniszczenia swoich przeciwników. Dlatego teraz będziemy ucztować, byś pamiętał o tym, w co wierzysz, a potem zapadniesz w mroźny sen w oczekiwaniu na powrót starych bogów Asgardu na ziemię.

     Słowa Lokiego wywarły tak silne wrażenie na Ragnvaldzie, że ten zapomniał, iż bóg oszukał go i zaczął jeść i pić razem z nim, lecz atmosfera daleka była od radosnej beztroski. Skandynaw cały czas rozmyślał nad tym, co powiedział mu Loki. Dalej nie mógł być pewien, że to, co powiedział mu bóg było choć w części prawdą. Jednakże nie mógł też w jego słowach wychwycić fałszu, bo nie wiedział nic o tym, co stanie się za kilka wieków. Rozlewając rogi pełne piwa i miodu cały czas myślał jak będzie wyglądać przyszłość, gdy Loki wybudzi go ze snu i uwolni z lodowego grobu, a trzebiąc półmisek pasztetu króliczego zastanawiał się co czekałoby na niego, gdyby odrzucił ofertę bóstwa i powrócił do wioski, wprost w objęcia nowego boga i jego kapłana, którzy z taką łatwością wpłynęli na jarla i zmienili jego postrzeganie świata. Żadna z wizji nie podobała mu się ani trochę, lecz czuł, że lepiej byłoby mu obudzić się i ujrzeć Lokiego niż pustkę na miejscu jego wioski i krainy, która go wychowała i nadała sens jego życiu. Tak więc, gdy uczta dobiegła końca, a Ragnvald miał podjąć decyzję, nie wahał się już i podążył za Lokim, wybrawszy ścieżkę, którą miał podążyć na spotkanie przyszłości.

komentarzy: 002 września 2014, 16:58

Aby dodać komentarz trzeba być zalogowanym na swoje konto gram.pl! kliknij by się zalogować

Strona prezentuje indywidualną opinię użytkownika. gram.pl nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczone przez użytkowników.
© gram.pl