avatar

Karfein Użytkownik gram.pl (Biały Drow) ja.gram.pl/Karfein

Recenzja: Anarchy Reigns

recenzja, Anarchy Reigns, gry ps3, bijatyka, gry wideo

Pamiętacie taki czarno-biało-czerwony tytuł na Wii przeznaczony dla dorosłych graczy? Tak, MadWorld, którego głównym protagonistą był Jack Cayman. Otóż wiedzcie, że tytuł ten doczekał się sequela. Czy trzyma poziom pierwowzoru? Odpowiedzi udzieli moja recenzja.

Anarchia rządzi
W grze przyjdzie nam odnaleźć się w świecie opanowanym przez modyfikacje genetyczne oraz mutacje organizmów (daleko posunięte) oraz sterować głównie dwoma protagonistami z kilkoma opcjami na przełączenie chwilowe na postać poboczną. I mówię tu raczej o kampanii fabularnej, gdyż w trybie gry wieloosobowej można hulać, kim popadnie, o ile się daną osobę odblokuje poprzez ukończenie poszczególnych etapów. Jack Cayman z Chaser Guild dostaje zlecenie od Jeannie Caxton, by ten odnalazł jej ojca. Leonhardt „Leo” Victorion to członek Bureau of Public Service, który wraz z towarzyszami ścigają tę samą osobę, co Jack Cayman, gdyż ten dopuścił się zbrodni i winien stanąć przed sądem. Wszyscy mają za zadanie ująć go żywego, lecz niektórzy chętnie by go widzieli martwym. Na ten przykład chociażby Jack Cayman, który stracił 8-letnią córkę właśnie przez ściganego Maksa Caxtona. Cóż, wypadki się zdarzają, prawda?


I pozamiatane!

Kampania dzieli się na 3 części. Na początku dostępne są dwie, biała strona (Leo) oraz czarna (Jack). Po przejściu obydwu otrzymamy dostęp do czerwonej (Leo) składającej się jedynie z dwóch misji – taki epilog. Fabuła białej strony jest całkiem przewidywalna i brakuje jej tego czegoś. Muszę przyznać, że grałem nieco na siłę miejscami, bo kompletnie mnie nie interesowało, co będzie dalej. Za to czarna strona to już interesująca historia oraz bohater. Niestety skrzywdziłem się tym, że zagrałem w tę kampanię jako drugą, a obie rozgrywają się dokładnie w tych samych lokacjach, a ponadto parę filmów się powtarza. Klatka po klatce. I nie da się ich nijak wyłączyć (chyba że klikając reset na konsoli). Tym gorzej, jak Wam się powinie kilka razy noga w którejś misji. Zdążycie się dialogów nauczyć na pamięć. Pół biedy, jak z czarnej strony, bo bywają ciekawe, ale z białej to już rozgotowana kaszka. Niemniej jednak brak możliwości przewinięcia to durna wpadka.

W ogólnym rozrachunku fabuła wychodzi średnio głównie przez białą stronę pozbawioną pobudzania emocji. Braki nadrabia Jack Cayman, podczas kampanii którego mamy więcej zróżnicowanych misji oraz zapamiętywalnych tekstów. Ponadto raz świetnie graficznie nawiązano do MadWorld, za co duży plus. Fani pierwowzoru na pewno to docenią, jak również powrót kilku starych znajomych (Blacker Baron, Mathilda, Big Bull oraz Rin Rin). Postaci jest oczywiście więcej, wiele nowych, z czego kilka naprawdę ciekawych i zapadających w pamięć. Niestety część się bardzo zlewa z resztą, ale tutaj nie można narzekać, przynajmniej się nie potracimy. Mimo wszystko niektórzy wpadają raptem na jedną misję i tyle ich widziano – zero wyjaśnień, jakiegoś tła, nic. Ot są, dialog, walka, dialog, pożegnanie. A może to tylko jeden ze sposobów na uargumentowanie tytułu gry?


Ha, moja część fabuły jest lepsza!

Mordobicie v2.0
W Anarchy Reigns rzadko kiedy będziemy używać broni. Owszem, jest rakietnica zadająca masakryczne obrażenia oraz karabin na długie dystanse. Przeważnie będziemy polegać na sile, umiejętnościach i osobistym wyposażeniu danego wojownika. Przekłada się to na ataki zwykłe i mocne (także ładowane). Można uderzyć wznosząc się w powietrze, opadając na ziemię, bądź biegnąc. Każda postać wyposażona jest w tzw. Killer Weapon. Jest to zabójcze wyposażenie, którym również możemy wyprowadzać ataki zwykłe oraz mocne (też ładowane). Niestety, jedynie 4 naraz, potem trzeba czekać trochę na ładowanie. Dla przykładu, Jack Cayman dysponuje podwójną piłą, Leo pozytonowymi ostrzami, Nikolai rękawicami Tesli, Baron seksownymi pięściami ognia, Zero dwoma katanami... Każdy ma coś swojego i rzadko kiedy jest podobnie. Do zestawu ruchów należy jeszcze dorzucić blokowanie (można je przełamać paroma cięższymi atakami), uniki, chwyty, chwyty na dwie osoby, a także atak obrotowy pozwalający wybrnąć z ciężkich sytuacji, ale pochłaniający niewielką część paska zdrowia.

Walka jest dynamiczna i ciężko coś zdziałać przy byle jakim naciskaniu klawiszy. Warto też wypracować sobie pewne schematy, np. podczas obrywania z kombosa nie do zablokowania natychmiast atakować z obrotu, by stracić stosunkowo niewiele życia. W tej całej anarchii jest więc jakiś porządek, ale trzeba ten chaos wpierw ogarnąć. Mniej strategiczne są niestety walki z mobkami. Tych wybija się góra w paru ciosach, a przy użyciu Killer Weapon, nawet kilka przeciwników za jednym zamachem – dosłownie. Od czasu do czasu wyskoczy tylko banda cięższych przeciwników bądź boss, na których trzeba przyjąć inną taktykę, lecz takich sytuacji nie ma zbyt wiele w kampanii. Trochę urozmaicenia wnoszą pojazdy naziemne i powietrzne, które można kontrolować, gdy pozbędziemy się kierowcy lub pilota. Korzystać wtedy można z miotacza ognia, karabinu maszynowego oraz wyrzutni rakiet. Można także korzystać ze znalezionych beczek (rzecz jasna, wybuchają), motorów, samochodów, znaków drogowych – atakować nimi a także rzucać. Świetnie wygląda znak drogowy wbity w głowę oponenta rzucony z kilkudziesięciu metrów…


Nie oprzesz się fioletowej sile.

Nadto wszystko jeszcze dorzucę informację o gniewie. Kiedy odpowiednio obijemy mordę lub dostaniemy po mordzie, możemy aktywować wściekłość. Wtedy jesteśmy niepokonani, pasek Killer Weapon się nie kurczy, a ponadto słabe ciosy wyprowadzane są z szybkością dwustu na minutę czy coś w ten deseń. Gdy zetrze się dwóch wojowników w gniewie, włączy się małe QTE – kto wygra, ten obije drugiemu solidnie japę. Ponadto Anarchy Reigns zostało wyposażone w ATE (action trigger events), czyli wydarzenia zmieniające oblicze walki. Tir bez kontroli, spadający samolot, bombardowanie, laser z satelity, chmura trującego gazu, szalejące wielkie wiertło, a nawet miniaturowa czarna dziura. Warto dodać, że ATE są losowe, dzięki czemu każda rozgrywka będzie na swój sposób unikatowa.

Bogactwo wieloosobowości
Nie da się uniknąć wrażenia, że Anarchy Reigns nie zostało stworzone z myślą o genialnej rozgrywce dla pojedynczego gracza. A to za sprawą świetnie przygotowanego i przemyślanego trybu wieloosobowego. Jest on wypchany po brzegi trybami, mapkami oraz rzeczami do odblokowania. Mało tego, można awansować aż na 50. rangę, przy czym jeśli nie jest się świetnym graczem, nawet kilka walk zajmie nam wbijanie poziomu drugiego. Wyższe rangi dają dostęp większego wachlarza umiejętności specjalnych (większe obrażenia z kombosów, brak obrażeń od ataku obrotowego, większa odporność na rany od uchwytów... jest tego kilkadziesiąt). Ubicie iluś zawodników daną postacią odblokuje rozmaite emblematy. Na platynę będzie trzeba bardzo zapracować.


Małe ATE i zaczyna być ciekawie.

Jak wspomniałem wcześniej, trybów jest zatrzęsienie (łącznie z dodatkowymi z limitowanej edycji aż 13). Spróbuję wyliczyć te bardziej typowe i opisać te ciekawsze. Deathmatch (4 graczy przeciw sobie), Battle Royale (to samo dla 16), Team Deathmatch (4 na 4), Tag Deathmatch (2 na 2 z dodatkowymi opcjami chwytu), Tag Battle (to samo, ale 4 pary), Team Battle (4 na 4 ze strategicznymi celami i podziałem na klasy), Capture the Flag (4 na 4), Survival (3 przeciw 10 falom). Jedyna wada takiej ilości? Rozproszenie graczy, przez co trzeba mieć co najmniej kilka ulubionych opcji, by zawsze się doszukać chętnych do gry w danej chwili.

Przejdźmy do ciekawszych. Na dzień dobry Cage Match (1 na 1), czyli walka w klatce na rundy 99-sekundowe, kto wygra 3, ten wygra grę. Dalej mamy 3-Team Capture the Flag. 3 drużyny walczą o jedną flagę pojawiającą się różnych miejscach na mapie. Death Ball to brutalna odmiana rugby, w której można stosować specjalne ataki, jak uderzenie podwójne piłki, przyłożenie, wrzutę itp. Jest dynamicznie, brutalnie i dostarcza multum emocji. Naprawdę polecam pograć w te tryby, gdy już położycie łapki na Anarchy Reigns. Oczywiście nie brakuje także frajdy w tych mniej wymyślnych, dlatego w ostateczności warto sprawdzić wszystkie.


Żółwik, ziom!

Tak się składa, że miałem okazję testować wersję Limited Edition, zawierającą dodatkową postać – Bayonetta; a także 2 tryby multiplayer – Mad Survival oraz Dogfight. Ten pierwszy to odpowiednik survivala, lecz zamiast mobków atakują grywalne postaci, ten drugi zaś przypomina jedną z misji Leo, kiedy to latało się będąc podwieszonym pod śmigłowcem i strzelało do wrogów. Problem polega tylko na tym, że nie udało mi się ani razu znaleźć osób do gry po necie w tych 2 opcjach rozgrywki, dlatego po cichu liczę na zrobienie z tych bonusów DLC w przyszłości. Nowa postać nie wyróżnia się niczym niezwykłym – ot, kolejna porcja ciekawych animacji, ale funkcje ataków praktycznie te same. Trochę tylko przeszkadzają przywoływane gigantyczne pięści, gdyż zasłaniają nieco ekran.

Podkreślmy chaos
Graficznie twórcy wydają się buntować przeciw aktualnym trendom. Postawiono tutaj na płynność i efektowność, pełno tu śladów znaczących ataki, przerysowanych efektów wystrzałów oraz transformacji. Nierzadko jednak natrafimy na tekstury w niższej rozdzielczości, zaś mniej ważne rozmowy to dwie postaci stojące naprzeciw siebie i mówiące bez synchronizacji z ruchem warg… Parę lokacji też wygląda dość jednostajnie, przez co wkrada się monotonia wizualna, zwłaszcza kiedy przechodzi się drugą część fabuły.


Szczypta DLC z Limited Edition do smaku.

Dźwiękowo już jest lepiej. Muzykę dobrze dobrano do atmosfery panującej w grze. Zarówno ambientowe, jak i wokalne kawałki podkreślają dobrze to, co widzimy na ekranie telewizora, jednak niekoniecznie zapada w pamięć. Dubbing nie brzmi sztucznie, a fani japońskiego będą zadowoleni z tego, że mogą zagrać z dubbingiem z dalekiego wschodu. Z efektami dźwiękowymi nie ma zgrzytu, wszystko brzmi należycie, więc nie obawiajcie się krwotoku z uszu.

Porzuć porządek
W ogólnym rozrachunku Anarchy Reigns prezentuje się całkiem okazale, jednak polecam grę głównie lubiącym efektowne i dynamiczne mordoklepki, a szczególnie fanom MadWorld, którzy na pewno lepiej zrozumieją i bardziej docenią historię przedstawioną w grze. Ja bawiłem się dobrze z paroma chwilami, kiedy to fabuła nieco przynudzała. Szczęściem tryb multiplayer nadrabia braki. Tylko żeby grających było nieco więcej i będzie dobrze.

Zalety i wady
+ fabuła czarnej strony
+ tryb multiplayer
+ frajda
- fabuła białej strony
- nieco jednostajne lokacje
- trochę brakuje ludzi w multi

Moja ocena: 7,5/10

komentarzy: 119 stycznia 2013, 10:57

1 komentarz do tego wpisu:


Bodzio-gracz : 02 lutego 2013, 14:15

Dość ciekawy tytuł, którym będzie trzeba się zainteresować, kupić go, zagrać - Recenzja świetna.
odpowiedz

Aby dodać komentarz trzeba być zalogowanym na swoje konto gram.pl! kliknij by się zalogować

Strona prezentuje indywidualną opinię użytkownika. gram.pl nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczone przez użytkowników.
© gram.pl