avatar

Karfein Użytkownik gram.pl (Biały Drow) ja.gram.pl/Karfein

Recenzja: NeverDead

recenzja, PS3, Slasher, gry wideo, NeverDead

Motyw nieśmiertelnych bohaterów w grach podejmowano już wielokrotnie. Jednak rzadziej próbuje się to dobitnie ukazać graczowi, kiedy to na przykład protagonista żartuje sobie, podczas gdy jego głowa szybuje z dala od tułowia...


No to wrzutka za 3 punkty.

Klątwa nieśmiertelności
To, że nieśmiertelność ssie, jest do kitu i w ogóle ją przereklamowano, wiemy już chyba z rozmaitych źródeł. Nie ma w tym nawet krzty błogosławieństwa, jedynie przekleństwo. W tej grze przyjdzie nam się przekonać po raz kolejny. Bryce Boltzmann kiedyś stawił czoła królowi piekieł u boku swojego medium, jednak poniósł porażkę. Król pragnąc pogłębić cierpienie bohatera "obdarował" go nieśmiertelnością. I to w potężnej postaci. Nie tylko protagonista żyje wiecznie, ale też rozczłonkowanie nie robi na nim wrażenia. Ba, sam wyrywa sobie czasem głowę lub kończynę, by osiągnąć cel (nawet jeśli jest nim wygodne mycie włosów). By odegrać się demonom, Bryce stał się ich łowcą i z pomocą Arcadii Maximille z pewnej firmy tropi plugastwo, starając się odesłać je tam, gdzie jego miejsce. Po drodze spotkają jeszcze Nikki Summerfield, wschodzącą gwiazdę przemysłu muzycznego, która nieco namiesza i urozmaici inwektywy rzucane w rozmowach. Brzmi to dość banalnie, ale w scenariuszu znalazło się miejsce na zwroty akcji oraz trochę humoru. Dialogi może nie zachwycają, ale zdecydowanie dają radę i miło się prze do przodu w kampanii fabularnej, która starcza, w zależności od naszych umiejętności i chęci znalezienia wszystkich "znajdziek", na około 6h lub więcej. Mnie skusiło tylko w paru miejscach na poszukiwania, stąd w samym singlu nabiłem osiem godzin.


Za takie rzeczy to nagrody Darwina nowe powinni dawać.

Ręka, noga, mózg na ścianie
Bryce dzieli się na 6 części - kończyny, tułów i głowa. Może je stracić w dowolnej konfiguracji, a nawet mieć każdą część ciała gdzie indziej. Bez nogi skacze, bez obu się czołga, bez rąk kopie i wali z baśki, samą głową... turla się i podskakuje. Można albo samemu zebrać do kupy ciało, albo też poczekać, aż będzie możliwa regeneracja kończyn i reszty. Protagonista może wyrywać sobie ręce, by te strzelały gdzieś dalej lub wybuchły, bądź też wyrwać głowę, by dostać się w określone miejsce za sprawą regeneracji ciała. Sama rozgrywka przypomina nieco Devil May Cry, gdyż Bryce siecze mieczem i korzysta obiema rękami z broni. Miecze są trzy (różnica jedynie w mocy), broni jest sześć - pistolet, uzi, karabin maszynowy, strzelba, granatnik i karabinki z nieskończoną amunicją bez konieczności przeładowania (przy replayowaniu kampanii). Sterowanie na początku przeraża, zwłaszcza w kwestii różnych układów w zależności od aktualnie używanej broni, ale w miarę postępu gracz bez problemu wszystko opanuje.


Co tak stoisz? Dawaj do trójkąta!

Mamo, tu biją!
Schody zaczynają się przy sterowaniu postacią. Jeśli chcemy przeskoczyć murek - wszystko gra, jeśli chcemy wykonać unik w bok (w postaci skoku zresztą) - bohater trafi na niewidzialną ścianę. Może to nieco skomplikować życie, zwłaszcza kiedy każdy cios potężnego wroga pozbawia nas głowy i musimy turlać się do ciała bądź czekać na regenerację. Bywa zresztą, że tylko po to, by natychmiast doświadczyć dekapitacji... Na szczęście nie jest to regułą, ale bossowie potrafią uprzykrzyć życie. O tyle zresztą z nimi kiepsko, że jest ich stosunkowo niewiele, a do tego jednego wykorzystano aż trzykrotnie. Niestety w kwestii pomniejszych demonów też nie jest zbyt dobrze (tłumaczenia nazw moje): raptem szczeniaki (skoczne rwące kończyny lub głowę), łyżki (takie ucinaczki odporne na naboje), jakieś latawice (strzelające laserem), infiltratory (z tarczą, rzucają przedmiotami), miazgi (skaczące tu i ówdzie i kulające się). Dalej to już bossowie w postaci misiów panda (wielkie stwory szarżujące na bohatera), świniomiecznik (potwór plujący świetlikami i tworzący barierę), czteroszczęk (taki smok z wieloma głowami) czy bossowie fabularni, jakich pominę, by uniknąć spoilerów. Na osobne zdanie zasługują macice tworzące kolejne fale potworów przed zabiciem oraz pradzieci - jedyne zdolne unicestwić Bryce'a na amen. Zwykle latają po polu bitwy i wchłaniają kończyny, co utrudnia ich odzyskanie manualne, ale gdy kierujemy samą głową - mogą nas wchłonąć na zawsze. W takim przypadku jeśli nie trafimy znacznikiem w żółte pole na pasku, czeka nas wczytanie gry od checkpointu, których jest dostatecznie gęsto.


A nuż widelec rozwalę tę łyżkę...

Nogi z rzyci powyrywam!
W NeverDead za znajdowanie "znajdziek" oraz zabijanie potworów dostajemy punkty doświadczenia, jakie możemy zamienić na umiejętności, których jest cała masa. Od zwiększonych obrażeń dla tego, tamtego i owego, przez szósty zmysł i zwiększoną zwinność oraz manewry, po szybszą regenerację i rzucanie wybuchającymi kończynami... Te same umiejętności możemy wykorzystać w grze wieloosobowej, gdzie również zdobywamy doświadczenie i rozwijamy naszego bohatera. Do wyboru jest Bryce, młody Bryce, Alex i Arcadia (przy współpracy), którą gra się nieco inaczej (czekanie na pomoc i wzmocniony karabinek) - wszystkie postaci dostępne są z różnymi skórkami (więcej dojdzie w DLC). Są cztery tryby: kooperacja w walce z falami demonów; kooperacja w ratowaniu cywilów, których trzeba doprowadzić do strefy bezpieczeństwa chroniąc ich przed demonami; rywalizacja w zdobywaniu i odnoszeniu jaj - można rozczłonkować przeciwników, by przejąć ich jaja; rywalizacja na punkty kontrolne - trzeba jak najszybciej dotrzeć do wszystkich lokacji przeszkadzając przeciwnikom. Na serwerach tłumów nie ma, ale niedługo trzeba czekać na zebranie czteroosobowej drużyny.


Nie, pradziecię nie występuje jako postać w kooperacji.

Muza do rozwałki!
Z początku trochę zawiodłem się na grafice. Tu postać przenika przez ścianę machając mieczem, tam tekstury mają niższą rozdzielczość, no i te niewidzialne ściany przy unikach... Ale jest coś, co pozwala zapomnieć o tych mankamentach - destrukcyjność otoczenia daje czadu. Po walce naprawdę widać, że w tym miejscu strzelano, siekano, spowodowało się kilka wybuchów, sprowadziło trzecie piętro na piętro drugie po usunięciu kolumn... Do tego muszę pochwalić różnorodność lokacji, aczkolwiek jest całkiem liniowo. Dubbing jest dobry, słychać sarkazm, przekąs, docinki i żarty. Ale i tak nie dogania dopasowanego rockowego soundtracku, który przygrywa podczas walk. Genialnie oddaje klimat i podrywa do rozwalenia otoczenia w drobny mak. Do tego tytułowy utwór autorstwa Megadeth - miodzio.


Przyda mu się pomocna dłoń - dosłownie.

Widziałeś gdzieś moją lewą nogę?
Gra jest innowacyjna w aspekcie nieśmiertelności i całkiem nieźle wykorzystuje ten potencjał. Szkoda, że zawalono rozgrywkę, która sprowadza się do powtarzalnych walk z tymi samymi potworami z mocniejszych gatunków, choć czasem próbowano wrzucić krótkie momenty spadania czy czegoś w ten deseń. Fabuła i muzyka dźwigają z kolei ocenę, podobnie jak tryb wieloosobowy. NeverDead nie jest może wart ponad dwóch stów, ale za 3/4 ceny można się już skusić. Jak gdzieś zobaczysz nówkę za połówkę, możesz brać w ciemno, chyba że masz uczulenie na powtarzalność i/lub latające kończyny.

Zalety i wady
+ pomysł i realizacja
+ oprawa dźwiękowa
+ destrukcja otoczenia
- powtarzalność
- błędy w sterowaniu
- czasami bezradność

Moja ocena: 7/10

komentarzy: 121 lutego 2012, 14:56

1 komentarz do tego wpisu:


Bodzio-gracz : 07 marca 2012, 22:33

Może kiedyś zagram w ten tytuł, lecz kiedy - tego niewiem, gdyż przed tą grą stoi wiele ważniejszych pozycji do kupienia i do przejścia.
Po twojej recenzji można dużo wywnioskować.
Tekst ciekawy i konkretny, takie właśnie lubię czytać :).
odpowiedz

Aby dodać komentarz trzeba być zalogowanym na swoje konto gram.pl! kliknij by się zalogować

Strona prezentuje indywidualną opinię użytkownika. gram.pl nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczone przez użytkowników.
© gram.pl