avatar

Karfein Użytkownik gram.pl (Biały Drow) ja.gram.pl/Karfein

Recenzja: Killzone 3

recenzja, PS3, KIllzone 3, PlayStation 3, FPP

Stało się. Jeden z najbardziej oczekiwanych tytułów ostatnich miesięcy na PS3 wreszcie ma swoją premierę. Co prawda, w Polsce dopiero jutro, ale to mały szczegół – ja już grę mam za sobą i zaprawdę, powiadam Wam, kto lubi strzelanki i posiada nową konsolę Sony – musi się zdobyć na wydanie pewnej sumy złotych. Dlaczego? Po odpowiedź zapraszam do recenzji.

Gra dla wszystkich
Jeśli nie grało się w poprzednie części, nie straci się zbyt wiele, bowiem na początku raczy się nas zwięzłym opisem, jak wydarzenia potoczyły się od początku do końca „dwójki” – mimo tego nie ma większych spoilerów, można po „trójce” zapoznać się z poprzedniczkami, choć wtedy nie będziemy postrzegali w trakcie gry niektórych postaci jako „znajomych gęb”. Generalnie sprawa ma się następująco: Uczony Visari zginął, przed śmiercią powodując wybuch nuklearny w Pyrrusie – stolicy Helghan. Pomimo tego i tak wielu żołnierzy ISA (Interplanetary Strategy Alliance – Międzyplanetarny Sojusz Strategiczny) i jeszcze więcej Helghastów znajduje się tu i ówdzie, więc nie liczcie na nudną eksplorację z karabinem na zarzuconym na ramię.


No daj buzi, przecież wiem, że tego chcesz!

Visari nie miał wyznaczonego następcy, przez co o władzę zaczęli walczyć admirał Orlock i prezes firmy zbrojeniowej Jorhan Stahl, którzy cel pragną osiągnąć na swoje dość specyficzne sposoby. Dzięki nim między innymi lepiej przyjdzie nam poznać kulturę Helghastów. Jeśli chodzi o ubiór, zabijcie, ale miałem wrażenie, że oglądam filmiki z C&C: Red Alert 2 i walczę z Sowietami... W sumie liczyłem w tej kwestii na coś więcej, skoro mieliśmy poznać lepiej mieszkańców Helghan, ale lepszy rydz niż nic. Nie pomogła też wizyta w ich gronie, która na początku gry robi za tutorial i wprowadzenie do fabuły (niejako od środka, ale to już polecam na własną rękę odkryć). Dodam tylko, że historia rozciąga się na około pół roku zmagań ISA z Helghastami, a my ponownie wcielimy się w postać Seva (jak w Killzone 2).

Żołnierze ISA mają teraz jeden cel: przetrwać i wrócić w jednym kawałku do domu. Nie będzie to łatwe, bo, jak już wspomniałem, przeżyło wiele Helghastów, a i z okolic wciąż przybywają posiłki. Wojacy w tym celu przemierzą różne zakątki obcej im planety, dzięki czemu nie będzie już tak jednostajnie w kwestii oglądania krajobrazów. Powalczymy w zrujnowanej stolicy, jaskiniach i dżungli, na stacji kosmicznej i na skutych lodem platformach wiertniczych. Świetnie zrealizowano multum przerywników filmowych (z kilkadziesiąt minut), które ogląda się nieraz z zapartym tchem, a wydarzenia w grze popychają z powodzeniem do dalszej walki. Wciąż na wysokim poziomie stoją dialogi, a niekiedy i przyjdzie nam się uśmiechnąć poprzez ciekawe teksty. Trochę tylko mi szkoda, że Killzone 3 za sprawą skryptów jest dość liniowy – raptem parę razy będziemy mogli wejść drugimi schodami czy coś w tym rodzaju – czego po pierwszym Killzonie nieco mi brakuje (dla przypomnienia: 4 bohaterów do wyboru, przy czym każdy czasem miał inne cele misji oraz ich przebieg).


No dobra, może jednak nie...

Krew, pot i łzy
Nie ulega chyba wątpliwości, że Killzone 3 na PS3 to jedna z najładniejszych gier na tę platformę, więc konsola będzie musiała się trochę napocić. Co prawda, gdzieniegdzie da się spostrzec tekstury o niższej rozdzielczości, a zdarzyło mi się wsadzić też lufę w jakiś obiekt, ale poza tym jest wręcz wybornie. Wszystkie lokacje dopieszczono, oddano nam do dyspozycji zróżnicowane miejscówki, a animacje stoją na najwyższym poziomie (szczególnie upodobałem sobie finishery, a zwłaszcza wbijanie kciuków w oczy). W przypadku krytycznych ran widok robi się czarno-biały, krew zasłania brzegi ekranu, a pad wibruje w rytm uderzeń serca. Jeśli ktoś posiada telewizor z obsługą 3D, będzie mógł cieszyć się trójwymiarowością (niektóre ujęcia w grze aż pachniały reżyserią trójwymiaru). Efekty specjalne również prezentują się doskonale – wszelkie wybuchy i rozpryski powodują, że szybko zatęsknimy za dodatkowymi granatami i rakietami. Interaktywność otoczenia może nie jest oszałamiająca, ale tam, gdzie trzeba, działa – większość szyb da się rozwalić, niektóre budynki zrównać z ziemią, a parę osłon odstrzelić, po czym zrobić to samo z głowami Helghastów.

Jeśli chodzi o muzykę, jest bardzo kinowo. Orkiestra przygrywa adekwatnie do wydarzeń na ekranie telewizora i podrywa do działania. Nie zapada jakoś szczególnie w pamięć, ale podczas gry brzmi nader okazale. Także do odgłosów wystrzałów i wybuchów nie można się przyczepić – wszystko jest, jak należy. Wielki plus należy się za ogrom języków do wyboru (jeśli ktoś chce się podszkolić, nie ma problemu). Jeszcze większy plus za bardzo dobry dubbing. Olaf Linde-Lubaszenko świetnie wczuwa się w bezwzględnego Stahla, Jan Englert należycie wcielił się w kapitana Narville’a i siarczyście podkreśla dźwięk „r” w przekleństwach, zaś Jarosław Boberek czyni mistrzostwo w kwestii Rica Velasqueza. Co prawda, w niektórych momentach, które postanowiłem przejść dwukrotnie, oryginalny angielski dubbing jest nieco lepszy, ale i tak należą się brawa za wysiłek przy nagrywaniu głosów.


Starczy paliwa, a może nie starczy...

Hej ho, hej ho, do domu by się wróciło
Jak wspomniałem, żołnierzom ISA marzy się powrót w składzie jak najbliższym momentowi, w którym wyruszali na Helghan. To nie będzie łatwe ze względu na rozmaitych przeciwników, którzy staną na drodze strudzonym wojownikom, a ci są o wiele bardziej zróżnicowani, niż w poprzednikach. Przyjdzie nam użerać się ze zwykłymi piechurami wyposażonymi w rozmaite karabiny maszynowe, shotguny i rakietnice. Dalej mamy inaczej ubranych snajperów, których promienie celownika straszyć nas będą w trakcie co niektórych misji. Bardzo lubiłem bitwy z lepiej opancerzonymi łowcami wyposażonymi w ostre noże, którzy prą w naszym kierunku, by doprowadzić do starcia wręcz (jest ich bardzo ciężko wykończyć brutalnym atakiem). Niezły armor taszczą też posiadacze minigunów, którzy jednak poruszają się wolniej od łowców. Ze względu na jetpacki (o którym później) pojawili się oczywiście wrogowie latający, wykorzystujący możliwości tych urządzeń. Nie zabrakło obok nich latających robotów znanych już w pierwszej części Killzone. Doszły też małe pająkowate roboty, które są niczym ruchome miny przeciwpiechotne (oczywiście ruchome w naszym kierunku). Na koniec wyliczanki zostawiłem parę minibossów i większych bossów (w postaci wielkich robotów czy statków kosmicznych).


Nie ubrał czapki, będzie smarkać.

Nie samym dłubaniem w oczodołach żołnierz ISA walczy o przetrwanie, dlatego w nasze rączki trafi ponad 20 urządzeń brutalnej perswazji. Są karabiny maszynowe od ISA, są różne rodzaje od Helghastów, są strzelby, rewolwer, pistolet-shotgun, pistolet maszynowy, ciężkie karabiny, wyrzutnia rakiet, kołkownica (pięknie przybija do ścian i rozmaitych obiektów łatwopalnych) czy granaty... Mniej lub bardziej typowy arsenał każdego przyzwoitego shootera. Do nowości w Killzone 3 należy zaliczyć wyrzutnię rakiet WASP, która wystrzeliwuje kilka pocisków kierujących, a w trybie celowania zamienia się w artylerię. Drugą nowinką jest miotacz ognia (Helghaści też się zdarzają z nim biegać), który ładnie podsmaża wrogów (trawa nie jest łatwopalna w nowym Killzonie). Trzecią nowinką jest energetyczna broń rodem z Helghan, która strzela zielonymi kulami rozczłonkowując delikwentów.

Nie tylko na piechotę będziemy przemierzać Helghan i kosmiczne jego okolice. Przede wszystkim będą znane z Killzone: Liberation jetpacki. Lata się nimi intuicyjnie, choć nie należy spodziewać lotów jak na mamuciej skoczni. Urządzenia te są wyposażone w dwa karabiny maszynowe z nieskończoną amunicją, ale za to grzejącą się lufą. Ponadto przyjdzie nam pojeździć pojazdami na kółkach i polatać na raiderach i w statkach kosmicznych. Misje zawierające te elementy zrealizowano bardzo dobrze i z rozmachem, aczkolwiek nie należy się spodziewać zbyt długich sesji korzystania z tego sprzętu. Jest też miejsce na jedną misję skradankową w dżungli, gdzie będziemy mieli okazję na ciche wybijanie Helghastów, choć nie jest to superopłacalne, bowiem bez większych problemów można sobie poradzić ze zmasowanym atakiem w przypadku wykrycia naszego protagonisty. Przyjemnie się jednak znęcało nad robaczkami i zabijało przeciwników poprzez wybuchające purchawy. Z drugiej strony nie raz znalazłem się na skraju śmierci z powodu innych haczykowatych roślin – ot, uroki Helghańskiego odpowiednika lasów tropikalnych (jak mniemam).


Surprise!

W kupie raźniej
Warto wspomnieć o trybie wieloosobowym. Po pierwsze, tryb kooperacji, który możemy rozegrać na podzielonym ekranie – drugi gracz wciela się w Rica i można siać zniszczenie na spółę. W przypadku wspólnej gry na leczenie można czekać aż do skutku, a nie maksymalnie kilka sekund... no chyba, że drugi gracz też polegnie. Po drugie, mecz z botami i gra po necie. Dla tych przygotowano 3 tryby drużynowe: partyzantka (czyli po prostu drużynowy deathmatch), strefa wojny (realizacja zmiennych celów – po wykonaniu albo po przekroczeniu limitu czasowego – raz jest to przejęcie strategicznych punktów, raz nabijanie fragów, raz zabójstwo konkretnej postaci) oraz operacje (misja fabularna z konkretnymi celami do wykonania zaprezentowanymi przed meczem – coś na kształt trybu Assault z Unreala Tournamenta).

Zanim przejdę do opisu klas postaci, wspomnę o botach, bo póki co miałem okazję pograć z żywymi osobnikami aż kilka minut, więc niewiele na ten temat mogę rzec. Muszę przyznać, że boty potrafią nieco pokombinować – cwanie używają umiejętności kamuflowania czy rozstawiania wieżyczek, a i wykurzyć granatem zza zasłony. Nie stronią też oczywiście od wszelkiego rodzaju ułatwień w postaci pojazdów i egzoszkieletów. W grze z botami punkty umiejętności nie są nabijane, ale i tak cały czas mamy dostęp do wszystkich broni i zdolności. Względem klas postaci mamy do wyboru strzelca wyborowego (mogący się kamuflować), infiltratora (mogący „przebierać się” za gracza drużyny przeciwnej), inżyniera (mogącego naprawiać pojazdy i obiekty, jak zapasy amunicji), taktyka (mogącego tworzyć boty wspomagające i rozstawiać wieżyczki) oraz sanitariusza (przywracającego do życia poległych towarzyszy).


Parkour dla ubogich.

Zastrzeżenia można mieć do liczby trybów i map. Jak wiadomo, tryby są trzy, więc można by się spodziewać, że mapek będzie do nich sporo. Nic bardziej mylnego, bowiem jest ich cała szczęśliwa siódemka. Są one w istocie dopracowane i zróżnicowane, ale nie zmienia to faktu, że jest ich okropnie mało. Oczywiście z tego powodu możemy oczekiwać, że wydawca uraczy nas niejedną paczką mapek, a może i trybów w postaci DLC... najpewniej płatnych, ale takie już prawa rynku. Właściwie po zainstalowaniu patcha już pojawiła się opcja dodatkowej zawartości do pobrania.

Raj dla zabijaków
Bez wahania mogę powiedzieć, że ta gra jest warta świeczki, choć nie rzucałbym się na pudełka w domyślnej cenie, a raczej szukał okazji w okolicach 200zł. Dla cierpliwych zawsze zostaje opcja zaczekania na edycję platynową, gdyż tej na pewno się doczekamy z racji tego, iż Killzone 3 to po prostu kawał dobrej roboty, która zbiera wszystko to, co było dobre w poprzednich częściach. Poza liniową, aczkolwiek bardzo dobrą i około ośmiogodzinną kampanią czeka nas przyjemna rozwałka w trybie multi, tak więc gra prędko nie straci na wartości.

Zalety i wady
+ grywalność
+ oprawa audiowizualna
+ multi wciąga nawet z botami
+ polonizacja
- liniowość
- mało map w multi

Moja ocena: 9/10

komentarzy: 722 lutego 2011, 23:51

4 komentarze do tego wpisu:


Renzov : 23 lutego 2011, 11:34

Jak zwykle bardzo dobra recenzja. Ja jednak na Killzone'a 3 się nie rzucam. Za parę dni wychodzi Dragon Age II, a do nadrobienia mam Bulletstorma.
Poza tym bardzo zbrzydły mi shootery. Prawie zawsze to samo. A Bulletstorm wydaje się choć trochę innowacyjny. Ta...
odpowiedz

Karfein : 23 lutego 2011, 20:34

Coś w tym jest, K3 to synteza tego, co było dobre, choć nie mogę ścierpieć, że od K2 serię uliniowili strasznie. To był cały urok K1. No cóż...
odpowiedz

Thompson : 23 lutego 2011, 12:38

Choć uwielbiam FPS-y i jest to mój domyślny gatunek w graniu w ogóle nie interesuję się Killzonem 3. "Dwójka" zawiodła mnie na prawie całej linii nudną kampanią i nieciekawymi postaciami oraz nie za ciekawą konstrukcją leveli. Nawet ładna grafika nie ratowała tej produkcji, kiedy wędrujące ze mną boty zaczynały się dziwnie zachowywać. Ale to tylko moje zdanie. "Jedynkę" zaś uwielbiałem. Czuję jednak, że nie gra nie poszła za wiele dalej. Choć nie wykluczam, że i tak w nią w końcu zagram - albo pożyczonego, albo ze wspomnianej Platyny. Na razie oszczędzam kasę na Deus Exa, Portal 2, Duke'a i L.A. Noire.
odpowiedz

Karfein : 23 lutego 2011, 20:37

Oj tak, DE czy Duke to o wiele... ciekawsze pozycje. K3 na pewno jest lepszy od K2, choć w ocenach może wyglądać to inaczej ze względu na powtórkę w pewnych kwestiach. Najbardziej boli fakt, że to wciąż uproszczona "jedynka" - nie ma wyboru różnych postaci, a szkoda.
odpowiedz

Bodzio-gracz : 24 lutego 2011, 19:14

Recenzja świetna, ja za jakiś czas zakupię sobie Killzone 3 .
Widziałem gameplay i powiem , że naprawdę jest niezła .
Zastanawiam się tylko , czy kupic kolekcjonerkę , czy Halghast Edition :))) .
odpowiedz

Karfein : 25 lutego 2011, 10:30

Kolekcjonerkę. Chcesz dać 200zł za... nienajładniejszy w świecie hełm? Żeby był ze złota, jeszcze bym zrozumiał, ale tak... chyba nie warto. Kupisz za to 2 kolekcjonerki nawet przy dobrym wietrze :)
odpowiedz

I_dont_know : 25 lutego 2011, 19:51

Chętnie bym zagrał, ale tak się złożyło, że jak na razie mam zbyt dużo zaległości :).
odpowiedz

Aby dodać komentarz trzeba być zalogowanym na swoje konto gram.pl! kliknij by się zalogować

Strona prezentuje indywidualną opinię użytkownika. gram.pl nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczone przez użytkowników.
© gram.pl