avatar

Soamid Użytkownik gram.pl (Delegat) ja.gram.pl/Soamid

Pain of Salvation, Wrocław, Zaklęte Rewiry, 10.10.2014

Już po raz trzeci mam przyjemność podzielić się z Wami swoimi wrażeniami z koncertu Pain of Salvation. Trzeci, i jeśli świat utrzyma się w jednym kawałku jeszcze przez jakiś czas, to pewnie i nie ostatni. "Ileż można?", spytacie. Szczerze mówiąc, jeszcze przed koncertem sam myślałem, że kolejna relacja o tym samym będzie nudna i może powinienem tym razem zachować wrażenia dla siebie. Jednakże, jakimś sposobem, każdy kolejny występ boleśnie zbawiającej szwedzkiej grupy wiąże się z nieco innymi emocjami. Mój pierwszy raz z Pain of Salvation okazał się żywiołowym, rockowym koncertem ze smutnym finałem - na końcu okazało się, że to również ostatni występ Johana Hallgrena, wieloletniego gitarzysty i "duszy zespołu". Drugi koncert otwierał specjalną, akustyczną trasę, na którą zaproszeni zostali także Anneke Van Giersbergen i islandzkie Árstíðir. Było trochę nostalgii, humoru i kameralna, magiczna atmosfera. Do dziś lubię powtarzać, że to właśnie te dwa koncerty były najlepszymi, w jakich uczestniczyłem. 
Tegoroczny występ miał być wyjątkowy z dwóch powodów. Po pierwsze, lider absolutny i absolut w jednej osobie, transcendentny i immanentny Daniel Gildenlöw niemal dosłownie powrócił do żywych. Po kilku miesiącach, spędzonych w szpitalu na walce z martwiczym zapaleniem powięzi (znanym szerzej jako "bakterie pożerające ludzkie mięso"...), stanął na nogi i nie czekał zbyt długo z wyruszeniem w kolejną trasę. 
Po drugie, wbrew temu co twierdzą niektórzy, Pain of Salvation to nie tylko Daniel i jego boska natura. Wygląda na to, że na przestrzeni ostatnich lat wreszcie wyłonił się nowy, silny skład zespołu. Na tyle silny, że stało się możliwe zagranie specjalnego koncertu bez... Daniela, gdy ten musiał walczyć o powrót do zdrowia. 
Dla mnie osobiście miał być to również pierwszy występ Pain of Salvation z Ragnarem Zolbergiem, zastępcą nieodżałowanego Johana Hallgrena. Ragnar szybko okazał się jednak czymś więcej niż tylko "skrzydłowym gitarzystą" i stał się właściwie drugim głosem zespołu. Wydaje się wręcz, że Daniel widzi w nim młodszą, islandzką wersję samego siebie. 

Dla formalności dodajmy jeszcze, że koncert odbył się w ramach Drum Fest 2014. Dla formalności, bo właściwie nie wiadomo, co wspólnego z bębnami mają główne gwiazdy tegoż festiwalu... Cóż, jak stwierdził pan Gildenlöw, na pewno ich perkusista wyjątkowo się postara z tej okazji. Tak czy inaczej, organizatorzy sprawili nam miłą niespodziankę, zapraszając Pain Of Salvation na aż dwa występy: do Wrocławia i dzień później do Opola. Ja miałem okazję znaleźć się na pierwszym, choć pewnie w innych okolicznościach życiowych wybrałbym się na obydwa.
O czterogodzinnej podróży z Krakowa do Wrocławia nie będę wiele opowiadał, bo narażę się specjalistom od "zwalczania nieuczciwej konkurencji". Niemniej jednak, polecam czerwone autobusy. W tym kolorze jeździ się wyjątkowo komfortowo. Sam Wrocław widziałem na żywo pierwszy raz w życiu i muszę przyznać, że zrobił na mnie duże wrażenie. Pomijając tramwaje wychylające się niespodziewanie z każdego, najciaśniejszego kąta, miasto ma w sobie dużo uroku i magii. Prawie jak Kraków, można by rzec.
Niestety, lokalizacja samego koncertu nie była już tak urokliwa. Gdy myślę "Zaklęte Rewiry", wyobrażam sobie tajemniczą krainę ukrytą za drzwiami starej szafy, w jednym z tych pięknych, zabytkowych budynków... W rzeczywistości jednak, wróżka Google prowadzi w kierunku posępnego odludzia, a zamiast starej szafy, na miejscu odnajduje coś na kształt centrum M1. Gdyby nie znajome dźwięki, dobiegające z próby zespołu w budynku klubu, pewnie zacząłbym się zastanawiać czy aby na pewno dobrze trafiłem. Trochę pożałowałem, że pospieszyłem się z przybyciem na miejsce. Pozostało tylko przysiąść na murku, wdychać spaliny przejeżdżających nieopodal samochodów i posłuchać ujadania psów, które wyraźnie dochodziło do nas z wnętrza klubu... Zresztą w momencie otwarcia bram przed klubem zgromadziła się zaledwie garstka ludzi. Mogliśmy więc spokojnie rozstawić się pod sceną, zastępując standardowe przepychanki kulturalną wymianą uprzejmości. Zaklęte Rewiry okazały się przytulnym wnętrzem z niestandardowymi dekoracjami. Może nie wyglądały tak oszałamiająco jak na zdjęciach promocyjnych, ale nikogo to chyba nie interesowało. Najważniejsze - i zarazem dość zaskakujące - było ulokowanie barierek tuż pod sceną, która została usytuowana dość nisko. W efekcie, wszyscy zgromadzeni mogli liczyć na komplet doznań i bliskość zespołu.


Koncerty w formule "an evening with" charakteryzują się znacznie skróconym czasem oczekiwania. Także tutaj, z uwagi na brak supportów wszystko było gotowe właściwie tuż po naszym wejściu. Obawialiśmy się, że przywitamy zespół w nieco zbyt kameralnym gronie, ale na szczęście zanim wybiła 19:00, stężenie fanów progresywnych dźwięków w sali znacznie wzrosło. Atmosfera była wręcz rodzinna. Zewsząd słychać było znajome opowieści o niebieskiej brodzie, o death-metalowcu, któremu zachciało się grać prog-jazz czy o wyższości ser Allena nad serem pleśniowym. Jeśli nie rozumiecie ani słowa z poprzedniego zdania, to dobrze, jesteście normalni. 

Z małym poślizgiem na scenie pojawił się miły pan opowiadający o sponsorach i zaraz potem popłynęły industrialne dźwięki Remedy Lane. Potem na scenę wskoczyli Léo Margarit, Gustaf Hielm, Daniel Karlsson, Ragnar Zolberg oraz Daniel Gildenlöw i od wstępu przeszli do kolejnego muzycznego wstępu (dosłownie) : Of Two Beginnings. I tu nastąpiła pierwsza niespodzianka tego wieczoru. Ja - jako doświadczony koncertowy fanatyk - byłem przekonany, że za chwilę zwyczajowo usłyszymy Ending Themes, do którego ów wstęp prowadzi. Uzbroiłem nawet telefon żeby uchwycić ten kawałek, zgodnie z zasadą "nagraj to na czym ci nie zależy, ale fajnie zabrzmi na youtube". A tymczasem zespół, jakby na przekór, odpalił A Trace Of Blood, jeden z rzadziej granych na żywo utworów... Pozostało mi więc jedynie wytrwać w swej misji i przeboleć stanie z kamerą przez te 8 minut (z tego miejsca chciałbym pozdrowić wytrwałego fana po mojej lewej, który twardo nagrywał cały koncert!). Szybko okazało się jednak, że niepotrzebnie się obawiałem, że straciłem najbardziej unikalny moment wieczoru. Cała setlista pełna była takich rarytasów. Jakiś czas temu panowie zagrali na żywo cały album Remedy Lane. Miało to być jednorazowe wydarzenie przy okazji festiwalu ProgPower. Jako że musieli w tym celu sporo rzeczy sobie przypomnieć i włożyli w przygotowania dużo energii, wydawało się naturalne, że nie porzucą tych kawałków po jednym występie. Dlatego właśnie lista utworów, które usłyszeliśmy obejmowała takie perełki jak Waking Every God, Rope Ends czy nawet instrumentalne Dryad of The Woods. Tym razem było więc mniej przekrojowo - oprócz Remedy Lane, pojawiły utwory wyłącznie z The Perfect Element i debiutanckiej Entropii, oraz niestandardowa - bo oparta wyłącznie o wielogłos i melotron - wersja 1979 z najnowszego Road Salt Two.


Wykonane to wszystko zostało oczywiście po mistrzowsku, z potężną dawką energii i luzem, specyficznym dla tego zespołu. Każdy z muzyków obecnego Pain of Salvation jest niesamowicie charakterystyczny. Léo, ukryty wysoko za bębnami nie dawał o sobie zapomnieć. Rzecz jasna "odbębnił" też ku formalności krótkie solo (jak Drum Fest to Drum Fest). Gustaf zdecydowanie "wyrobił się" od poprzedniego razu i teraz widać, że czuje się pełnoetatowym członkiem zespołu. Choć nie było mu za łatwo, gdy jakaś pijana fanka znalazła dojście do sceny z boku i uczepiła się go na sporą część występu. Ragnar... ach Ragnar. Z wyglądu przypominający upadłego anioła, z zachowania bardziej niepokornego romantyka, złotowłosy Islandczyk udowodnił, że jest teraz (drugim) głównym filarem zespołu. Charyzma, olbrzymie pokłady energii i perfekcyjne, wysokie wokale, dopełniające charakterystyczną barwę Daniela - tym wszystkim urzekł nas, stojących tuż pod jego mikrofonem.


Daniel D2 został chyba najbardziej skrzywdzony przez dźwiękowców, momentami w ogóle zapominałem o jego istnieniu. Za to Daniel "The Dude" Gildenlöw jak zawsze kradł większość uwagi publiczności. Widać, że choroba fizycznie odcisnęła na nim piętno, ale pomijając wychudzoną sylwetkę, był w znakomitej formie. Miło było usłyszeć te wszystkie górki w A Trace of Blood czy Nightmist, wyśpiewane z taką pasją i pewnością siebie. Do tego różne spontaniczne wstawki i improwizacje (reagge wplecione w Nightmist? Żaden problem!) No i oczywiście nie byłoby Pain of Salvation bez Danielowego poczucia humoru. "Thank you, goooodnight" w losowych momentach koncertu (jak sam Daniel stwierdził, ćwiczy to na próbach) i przekomarzanie się z publicznością przy okazji różnych małych usterek - wot, Pain of Salvation.

Trzeba również przyznać, że mimo kameralnej atmosfery, koncert był znakomicie doprawiony wizualnie. Ilość dymu, okalającego scenę wręcz utrudniła mi zrobienie zdjęć. Dynamika świateł w kluczowych momentach pomagała publiczności odpowiednio żywiołowo reagować na poczynania szwedzkiej ferajny. Samo nagłośnienie może nie powalało na kolana, ale po szczekających psach sprzed kilku godzin spodziewałem się czegoś znacznie gorszego.

 

Punktem kulminacyjnym koncertu była kolejna wiązanka utworów z Remedy Lane. Publiczność poderwała się z ziemi przy moim ulubionym Chain Sling (bardzo liczyłem na ten pojedynek wokalny Daniela i Ragnara!). Usłyszeliśmy również wyczekiwane przez wszystkich, majestatyczne Brzdęk-Brzdęk, znane też jako Beyond The Pale (znów fantastyczny duet z Ragnarem!). Udało nam się także naciągnąć zespół na jeden bis, którego - o ile dobrze widziałem - nie było w planowanej setliście, przyklejonej do sceny. Dla dopełnienia naszego szczęścia panowie zagrali więc The Perfect Element.

Koniec koncertu to jeszcze nie koniec wrażeń. Tym razem nie mam na myśli potyczek z szatniarzami czy niebezpieczeństw czyhających na moje życie w mrokach nocy. O nie, tym razem wreszcie nadarzyła się okazja by zostać chwilę dłużej w klubie i spotkać się z muzykami. Do trzech razy sztuka, bo przy poprzednich dwóch albo ja nie miałem czasu, albo zespół musiał się szybko ewakuować.
Panowie byli mocno wyczerpani, ale nie odmówili nikomu chwili uwagi, autografu czy pamiątkowego zdjęcia. W takich sytuacjach szczególnie niebezpiecznymi stworzeniami okazują się dziewczyny, które z piskiem obskakują biednych muzyków. Na szczęście, nawet nie będąc dziewoją, udało mi się złapać zarówno Daniela, jak i Ragnara, który pojawił się gdy ochrona zaczęła nas już wyganiać. Co prawda na zdjęciach ewidentnie widać, że przegrałem z własną lampą błyskową, ale to nie jest najważniejsze. Fajnie było tak po ludzku powiedzieć Danielowi, że znów jest z nami wśród żywych czy zobaczyć radość w oczach Ragnara gdy wspomniałem, że podoba mi się nowy album jego islandzkiego zespołu, Sign. To są takie momenty, gdy zawiązuje się nić porozumienia między muzykiem, który coś tworzy i jego odbiorcą, który to docenia. Dla takich momentów warto wydać te kilkadziesiąt złotych i spędzić większość czasu w podróży.


A potem były już tylko mroki nocy i czerwone autobusy. Wracając do myśli z początku: Jak mówiłem, to był mój trzeci koncert Pain of Salvation. Teraz mogę jeszcze dodać, że - choć zabrzmi to banalnie - był to również trzeci najlepszy koncert w moim życiu. Ten wieczór to najpiękniejsze, co mogło mi się przytrafić w trudnym dla mnie okresie. I za to bardzo Wam dziękuję!

 Setlista z koncertu

komentarzy: 012 października 2014, 20:37

Aby dodać komentarz trzeba być zalogowanym na swoje konto gram.pl! kliknij by się zalogować

Strona prezentuje indywidualną opinię użytkownika. gram.pl nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczone przez użytkowników.
© gram.pl