avatar

Muradin_07 Konsul ja.gram.pl/Muradin_07

Dlaczego nie dwójka, czyli o Dragon Age: Inquisition słów kilka...

Dragon Age Origins, Dragon Age: Przebudzenie, Dragon Age II, Dragon Age: Inquisition, BioWare

2

Cały czas zastanawiam się dlaczego BioWare wydało Dragon Age II w takiej formie, w jakiej ostatecznie pojawił się kilka lat temu. Powiedzmy sobie szczerze – w porównaniu z Dragon Age: Origins dwójka wypadała naprawdę mizernie, a jedyne co ją tak naprawdę ratowało przed totalnym upadkiem to dobrze opowiedziana historia i całkiem dobrze rozwinięty system walki, który odszedł od tradycyjnego modelu znanego z cRPG. Dlatego też rozumiem graczy, którzy z dość dużą rezerwą podchodzili do Inquisition, z resztą sam do nich należałem. Niektórzy jeszcze dodatkowo dołączali „rozczarowujący sposób zakończenia Mass Effect 3”, gdzie nadal będę tego zakończenia bronił z prostego powodu – chyba nie było lepszego sposobu na zakończenie całej trylogii związanej z Shepardem. Dlatego też Dragon Age: Inquisition było dla mnie grą, na którą czekałem, ale nie był to typowy must have, który powinienem ograć w pierwszej kolejności. Teraz trochę żałuję, choć może to i dobrze, że dopiero teraz się za niego zabrałem?

Pamiętam jak dziś moment, w którym kupiłem sobie Dragon Age: Origins wraz z dodatkiem Przebudzenie. Kupiłem ten zestaw z dwóch powodów:

  1. Była to gra od BioWare, czyli jakbym nie spojrzał studia, na którym się wychowałem pod kątem RPG. Zaraz zapewne pojawi się cała masa osób, która mnie za to przejedzie walcem, ale taka prawda – BioWare w tworzeniu typowych dla siebie RPGów była jednym z najlepszych.
  2. Gra była wszędzie promowana jako „mroczne RPG”. Dziś jakbym na to spojrzał z boku to więcej tam jest „mhroczności” niż prawdziwego mroku. W Planescape : Torment było go na pewno więcej po godzinie grania niż w Dragon Age: Origins po przejściu całości.

2

Dodatkowo po prostu chciałem zobaczyć czy po świetnym Mass Effect powrót do świata fantasy nie będzie związany z tym, że wiele elementów zostanie zmienionych i „zmassefectowanych”. Ostatecznie Origins i Przebudzenie były naprawdę dobrymi i solidnymi tytułami. Samo to, że potrafiłem przejść ten tytuł każdą dostępną rasą i pochodzeniem może pokazać jak podróżowanie po Fereldenie wciąga, a dodatkowo zachęca, aby poznać każdy smaczek. Teoretycznie przejście magiem było najbardziej rozczarowujące. Nie wiem, możliwe że BioWare zawsze chciało pokazać w swych grach, że postacie władające magią mają wartość w drużynie jedynie wspierającą.

I tak jak sobie przeliczyłem to przejście pierwszą część Dragon Age z dodatkiem zajęło mi za każdym razem jakieś 30 do 40 godzin, czyli przeliczając na wszystkie rasy i pochodzenia daje to w najlepszym wypadku 240 godzin spędzonych przy jednym tytule, tylko i wyłącznie w trybie single player. A taki wynik wydaje mi się naprawdę dobry. I nie mówię tutaj o kupowaniu dodatkowych DLC fabularnych „mniejszego kalibru”. Przebudzenie było czymś w rodzaju… starych dodatków do Neverwinter Nights. Resztę DLC sobie odpuściłem – nie jestem wielbicielem tego typu rozmieniania tytułów na drobne i nigdy nie byłem, ale też nie uważam, że wszystkie DLC są złe, bo często trafiają się perełki, w które warto zagrać.

2

Gdy dowiedziałem się, że Dragon Age II powstaje byłem naprawdę zadowolony, a jednocześnie zawiedziony. Zadowolony dlatego, że gra w ogóle powstaje i będzie kolejnym, zapewne soczystym RPGiem w znanym mi świecie. Zawiedziony natomiast z kilku innych powodów. Jednym z nich była nowa, „z góry narzucona postać” Hawke i ten powód do zawodu zniknął podczas ogrywania „dwójki”. Dlaczego? Głownie ze względu na fakt, że historia opowiedziana w tej części Dragon Age po prostu tego wszystkiego wymagała.

Sam pomysł z tym, że Varrik opowiada Kasandrze historię pewnej Hawke, z którą podróżował niezwykle mi się spodobała, a początek gry… nie że zapowiadał się ciekawie… po prostu spowodował u mnie to, że się uśmiechnąłem się nieco i miałem nadzieję na kolejne, „podkoloryzowane historie”. Ale dobra – całość także się broniła, choć niektórym bohaterom brakowało kolorów. Moja drużyna składała się tylko z mojej Hawke, Andersa (znanego z Przebudzenia), Fenrisa i Varrika. Reszty nawet nie ruszałem, chyba że wymagała tego dana misja. Jednakże całość fabularna ostatecznie mi się spodobała, tym bardziej, że po zakończeniu bardzo spodobał mi się fakt, iż pojawiła się Leliana obok Kasandry… no po prostu tylko czekać na trójkę i wątki związane z Inkwizycją.

Jednakże cała reszta Dragon Age II była po prostu średnia. To co, że model walki był całkiem dobrze rozwinięty, aby wydawał się nieco dynamiczniejszy… To co, że historia się broniła, a graficznie tytuł prezentował się całkiem porządnie… Cała reszta wydawała mi się najzwyczajniej zrobiona na odwal. Brak większej ingerencji w ekwipunek towarzyszy, recykling lokacji, gdzie każda misja poboczna była tak naprawdę tym samym magazynem/jaskinią/portem z innym układem skrzynek czy półek. Dodatkowo pojawiało się całkiem sporo dziwnych sytuacji jak np. pojawiające się w jednym miejscu i stojące jak wryte Qunari zanim się nie uruchomiło im skryptu po zaatakowaniu ich. Można byłoby powiedzieć, że nie takiego sequela Dragon Age: Origins się spodziewałem.

Ostatecznie BioWare było zaskoczone złą krytyką ze strony graczy, przyjęcie w serwisach i prasie branżowej także „nie za dobre” (choć przyznajmy – te obeszły się z Dragon Age II nadzwyczaj… litościwie dając tej odsłonie średnią na poziomie 82/100 dla wersji PC). Dodatkowo pojawiły się przeróżne informacje o tym, że Electronic Arts chciało nowego Dragon Age’a wydać jak najszybciej, a całości dopełniła mała drama związana z banowaniem użytkowników na oficjalnym forum BioWare. No widać było, że nie wszystko poszło po myśli twórców.

2

Później mieliśmy mały odpoczynek od serii i wszyscy skupili się na Mass Effect 3, który także był produkcją niezwykle kontrowersyjną. Po tych wszystkich wpadkach związanych z grami BioWare (pomijam problemy z Battlefieldem 4) ciężko było powiedzieć, że wyczekuje się Dragon Age: Inquisition i kupuje się je w ciemno. Przecież ostatnio po takiej akcji z Dragon Age II pojawił się na horyzoncie produkt, który nie do końca spełniał wymagania fanów serii. A te nie były za bardzo wygórowane – po prostu rozwinięcie tego, co pojawiło się w Dragon Age: Origins. Przecież dobrze wiemy, że najlepszy pomysł na sukces jest prosty: wziąć to, co najlepsze z wcześniejszej odsłony i… dać tego więcej. Przecież dobrze się to sprawdziło chociażby w przypadku Batman: Arhkam City.

Dlatego też postanowiłem zapomnieć o tym, co się stało w przypadku Dragon Age II. Był to dość nieudany eksperyment, robiony na szybko, który najzwyczajniej nie wypalił. Dlatego też informacje o tym, że Dragon Age: Inquisition będzie czymś w rodzaju połączenia tego co najlepsze z Origins i dwójki na silniku graficznym Frostbite (najpierw 2.0, a potem 3.0) przyjąłem dość ciepło, ale nadal podchodziłem z dużą dozą ostrożności. Zachwycałem się gameplayami prezentowanymi chociażby podczas tegorocznego E3, ale nadal – w głowie miałem to, aby się nie ekscytować się zbyt mocno, bo może coś do tego czasu się zmienić, a ten fragment gry mógł być tylko i wyłącznie pokazówką pod publiczkę. Ciężko było znaleźć osobę, która mówiłaby inaczej, prawda?

2

Ostatecznie Inquisition wylądowało u mnie dopiero w środku tego miesiąca. Dlaczego? Tutaj mógłbym podać kilka powodów.

Jednym z nich było to, że nie miałem zbyt dużo czasu do ogrywania tytułów wielkich tytułów AAA. Plan zajęć, który ułożyli nam na wydziale jest naprawdę szkaradny i jak nie spojrzeć, czy to rano, czy to wieczorem czas nie pozwala na dłuższe przesiadywanie przed komputerem. Taka gra jak Dragon Age wciąga, nic nowego. Odkrywanie całej mapy, poszukiwanie questów i wypenianie ich, gdzie jedne są niewiarygodnie krótkie, a inne ciągną się jak makaron… Ciężko jest wymierzyć odpowiednią jednostkę czasu wymaganą na „jedno posiedzenie”.

Inna sprawa to to, że w tym czasie, jak już wcześniej wspomniałem, zaabsorbowało mnie granie w Heroes of the Storm.

Oj wiecie – są gry, w które idzie się wkręcić i to mocno. Wydaje i się, że MOBA Blizzarda taką grą jest… nawet jeśli gram tylko Utherem. Natomiast ostatni problem to zwyczajne zmęczenie materiału. Bądźmy ze sobą szczerzy: w tym wieku priorytety powoli się zmieniają. Oczywiście – pisanie czegoś tam sobie o grach czy też granie dla rozrywki nadal mnie rajcuje niemiłosiernie, samo to że piszę o Inquisition ten dłuższy tekst jest tego przykładem. Ale w pewnym momencie zacząłem zauważać, że stałem się niewiarygodnie wybredny w przypadku gier i gram tylko w kilka gier z tej najwyższej półki rocznie. Większość czasu spędzam albo grając w gry, które już posiadam (Counter Strike: Global Offensive, Starcraft II: Heart of the Swarm), albo w te, które są darmowe i dość sprawiedliwe pod tym kątem (chociażby gry MOBA).

Dlatego też w okresie jesienno-zimowym na tapetę wrzuciłem sobie Far Cry 4 (o którym będziecie mogli przeczytać niebawem kilka słów), niedawno pojawiła się okazja ogrania Metal Gear Solid V: Ground Zeroes (o tym też coś napiszę!). Mam nadal do dokończenia Middle-Earth: Shadow of Mordor, The Evil Within czy Uncharted 2: Among Thieves. Ale powiedziałem sobie, że jeśli pojawi się ochota i czas na ogranie Dragon Age: Inquisition to zagram. Głównie dlatego, że w tym okresie wymiotło głównego pretendenta do RPGa roku (tak Wiesiu, o Tobie mówię…) i raczej innego, dość mocnego tytułu z tej półki to próżno szukać, a w Icewind Dale: Enhanced Edition… nie, nie chce mi się jeszcze raz grać w starsze tytuły.

Dlatego zaryzykowałem. O dziwo nawet specjalnie nie starałem się unikać recenzji czy dyskusji na temat tego tytułu w sieci. Po prostu – gra się pojawiła, ale nie byłem nią aż tak zainteresowany jak chociażby The Evil Within w momencie premiery. Może to właśnie ze względu na wcześniejsze, umiarkowane rozczarowanie dwójką. Tak czy inaczej zagrałem i pierwsza rzecz, która wpadła mi do głowy po rozegraniu prologu była taka: czy nie można było tak w przypadku wcześniejszej części?

Teoretycznie Dragon Age: Inquisition wygląda tak, jak powinno wyglądać Dragon Age II. BioWare oddało graczom o wiele większy, mniej ograniczony teren działań, co już nie sprowadza się tylko do chodzenia po wytyczonych przez twórców ścieżkach. Dostaliśmy o wiele lepszą oprawę graficzną, gdzie na Wybrzeżu Sztormów brakuje tylko czegoś imitującego podmuchy wiatrów i plujący prosto w twarz deszcz. Mamy ciekawych, nowych bohaterów i starych znajomych z poprzednich części i w miarę podobny do wcześniejszego system ekwipunku. Czego chcieć więcej?

2

Z tego co na razie widzę niczego więcej, choć musze przyznać, że Inquisition na samym początku było dla mnie chaotyczne w każdym, wymienionym wcześniej aspekcie, a dodatkowo nie wiedziałem co konkretnie powinienem robić. Tutaj chyba zagrało to, iż spodziewałem się w przypadku Inquisition nieco mniejszej wolności i przez to czułem się dość nieswojo w nowym otoczeniu. Dlatego też po okolicach Redcliffe kręciłem się przez dobre kilka godzin i o dziwo bardzo mi się to spodobało! Przy okazji też zobaczyłem ile rzeczy mogę robić w ramach rozgrywki, nawet jeśli są to rzeczy typowo „fedexowe”, czyli przynieś to, powiedz temu o tym i tak dalej.

Dodatkowo pojawiły się lokacje w Orlais, możemy rozdzielać poszczególnym członkom naszej rady inne zadania, a także rozwijać naszą tytułową Inkwizycję. Teraz po dotarciu do Podniebnej Twierdzy dochodzi jej rozbudowa… Zapomniałbym jeszcze o przerabianiu ekwipunku… Nie no – dużo tego i naprawdę jestem pod wrażeniem tego, co twórcy zrobili z grą przez te kilka lat od premiery Dragon Age II.

I z tego powodu nieco boli mnie to, że w porównaniu z dwójką trójka w przypadku ocen wypada… ledwo co lepiej. Nawet porównując obydwie gry pod tym względem z samych ocen z gram.pl różni je tylko pół punktu. A przecież zgodzimy się, że Inquisition jest o wiele lepsze od Dragon Age II… no ale jednak oceny branżowe się niezbyt różnią. W sumie to kolejny powód dlaczego takowymi nie powinniśmy się sugerować przy zakupie czy innych. Oczywiście – ósemka to jak najbardziej dobra ocena, jednakże jeśli mielibyśmy sugerować się nie tyle co progresem w przypadku kolejnej odsłony serii, co po prostu tym jak gra została wykonana to ocena powinna być nieco wyższa. Bo tym samym ósemka „prawie” ósemce nie jest równa. Ewentualnie może faktycznie powinno się zrezygnować z ocen cyfrowych… Przecież gracz umie czytać, prawda?

Jak z resztą już zauważyliście Dragon Age: Inquisition już mi się spodobał, a przegrałem w nim jakieś niecałe 12 godzin. Dla porównania do ukończenia Far Cry 4 potrzebowałem jakichś 23 godzin i co ciekawe – tam rozgrywka mi się niezwykle dłużyła. Z kolei w przypadku Dragon Age ten czas minął dość szybko i nie zauważyłem, że aż tyle czasu już przesiedziałem. A może to magia większej ilości wolnego czasu?

Pytanie czy tak będzie do samego końca, a z tego co zauważyłem wielu mówi, że trzeba sobie wygospodarować łącznie jakieś 100 godzin przy pierwszym przejściu gry. Coś jednak w tym może być. No i ciekawe czy w podobny sposób będzie wyglądała przemiana serii Mass Effect. A z tego co można zauważyć po Dragon Age: Inquisition może być tylko i wyłącznie lepiej.

komentarzy: 223 grudnia 2014, 21:05

1 komentarz do tego wpisu:


Atanael : 02 lutego 2015, 09:07

Origins to był naprawdę niezapomniany tytuł. Miał swoje błędy i czasem przydługie poziomy (ta bestialsko nudna pustka w Kręgu Magów), ale posiadał duszę, wspanialy i intrygujący świat, bohaterów (Alistair był niemal jak prawdziwy przyjaciel, z ktorym szło się zżyć) a także fakt, że do samego końca wiódł stos różnych zakończeń.
DA II broni się fabułą i ilością wątków pobocznych, jak i ich rozwiązań: mamy brata, bądź siostrę, będących zgoła odmiennymi postaciami. Wszystko zależy od wyboru profesji. Podobnie co się stanie z nimi potem: mogą umrzeć, zostać Szarymi Strażnikami bądź dołączyć do jednej z głównych frakcji konfliktu. Moim sromnym zdaniem tytuł ten nie zasłużył sobie na taką falę krytki, jaką dostał. Miał swoje wady, owszem, ale bawiłem się przy nim przednio i z chęcią do niego wracam. Podobał mi się "lokalność" dziejących się tam wydarzeń, szkoda tylko, że miasto i okolica nie zmienia się zbytnio przez nasze wybory.
Całość Dragon Age: Inquisition zajęła około 120 godzin. Niedawno ukończyłem, a grałem od Świąt. Zrobiłem w grze wszystko, łącznie ze zwiedzaniem i zaznaczaniem punktów obserwacyjnych i zbieraniem odłamków.
Od czasu opublikowania tekstu grałeś już pewnie sporo czasu, ale nie chcę dyskutować, żeby ci przypadkiem nie zepsuć całej fabuły tego tytułu. DA:I to bardzo dobra gra, ale ma swoje mankamenty. Lokacje są ogromne, acz puste, natomiast przez brak wyreżyserowanych dialogów między napotykami npcami, wydają się oni pozbawieni duszy, a całość wygląda bardziej na "idziemy w ilość, nie w jakość". To po dłuższym kontakcie z grą zaczyna męczyć i nużyć. System walki jest uzależniający, ale brakuje mi wpływu uderzenia bronią na zachowanie przeciwnika. I tych bezbłędnych epickich ataków kończących z pierwszej części. Na uwagę jednak zasługują questy postaci z drużyny (choć niektóre bywają skandalicznie krótkie) i te główne.
Ciekawi mnie twoja finalna opinnia na temat Inkwizycji. Ja poniekąd się troszkę rozczarowałem.
odpowiedz

Muradin_07 : 20 lutego 2015, 22:54

Kurczę, w sumie dopiero teraz przypomniałem sobie, że pojawił się komentarz do tego tekstu. Damn... ale dobrze, że chociaż będzie odpowiedź! Co do Dragon Age w Origins najbardziej podobała mi się możliwość wybierania ras i pochodzeń. Klasy raczej nie, bo te w większości cRPG się pojawiają. W dwójce z kolei faktycznie - broni się fabularnie, nie jest taka rozwleczona. Ale z drugiej strony większość pobocznych zadań była w tych samych miejscach. Różniła się tylko przeciwnikami ewentualnie odblokowanymi lokacjami, a to trochę bolało. To nie była zła gra. Po prostu wydaje mi się, że Electronic Arts chciało wszystko stanowczo za szybko - na szybko gra, na szybko scenariusz, na szybko muzyka (z resztą o czym mówiono głośno). Inquisition na razie wydaje mi się świetnym powrotem do tego, o czym mówiono przed premierą dwójki - wszystko to, co było dobre w Origins, oby większe i z o wiele bardziej otwartym światem. I tak jest.Problem w tym, że Inkwizycja trochę pachnie takim MMO - fedex, zbieranie ziółek, czyszczenie lokacji. Chociaż z drugiej strony to samo, tylko w nieco innej postaci było w pierwszym Mass Effect... :D
odpowiedz

Aby dodać komentarz trzeba być zalogowanym na swoje konto gram.pl! kliknij by się zalogować

Strona prezentuje indywidualną opinię użytkownika. gram.pl nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczone przez użytkowników.
© gram.pl