avatar

ret-szus Użytkownik gram.pl (Obywatel) ja.gram.pl/ret-szus

to pierwiastek jak kobalt/ te sny o atomach

Przemysław Wipler, Niewidzialna Ręka Rynku, Donald Trump, Ruch Narodowy, Wielka Polska

KURWA. To jedyne słowo, którym mogę rozpocząć ten wpis. Muszę go napisać, bo mnie rozerwie, przyznaję się bez bicia – opowiadam wszystkim o tym przez cały dzień, ale nie czuję, by coś ze mnie uchodziło. Wierzę, że dzięki spisaniu jakichś myśli, ich strzępków, uda mi się ostudzić emocje, ale czy na pewno właśnie tego chcę? Nic nie jest pewne, kontury są strasznie rozmyte.

Przez rok siedziałem pod kamieniem, dziś spod niego wypełzłem. To jak wyjście z platońskiej jaskini, blask rozrywa oczy, rozum nie potrafi objąć tego co widzi. Oprócz przeżywania szoku, jestem też zaszokowany samym szokiem.

Po kolei.

Pierwszym utworem Kanyego Westa, który usłyszałem było Diamonds from Sierra Leone. Zsamplowana Shirley Bassey i histeryczne, nachalne, ale jak bardzo niepewne „For ever? For ever-ever?”, to było dla mnie punctum tego utworu kiedyś i jest w dalszym ciągu. To były czasy kiedy nie byłem podłączony do globalnej sieci Internet, muzyka płynęła z radia, mogłem ją sobie odtwarzać ile razy chciałem, wtedy kiedy nagrałem ją na kasetę. Nie słuchałem żadnej płyty Kanyego od tamtego czasu, pamiętam, że mój przyjaciel puścił mi kiedyś Stronger, nie byłem zachwycony, zapamiętałem jedynie vocoder.

W 2010 roku pitchfork ocipiał, dzień w dzień news o Kanyem albo My beautiful twisted dark fantasy, notoryczność i motoryczność zamieszczanych informacji (procesu zamieszczania informacji?) doprowadzona była do tego stopnia, że dehumanizowała zupełnie przedmiot, jak i podmiot. Nie słuchałem tej płyty, ani wtedy, ani teraz, za to wiedziałem jaka ona jest – monumentalna. 40 minutowy teledysk. Balet, orkiestra, rap („zajawa gęsta kipi”), wszystko inne stawało się kpiną, śmieszne zespoły rockowe – godne pożałowania, był tylko Kanye. Nie wiem od kiedy mówiło się o jego przerośniętym ego (i tak mniejszym niż Bono), o douchebagowatości, strzelam, że wtedy osiągnęły te głosy zenit. Strzelam, ponieważ nawet nie mam zamiaru sięgać do poprzednich płyt. Istnieją w mojej głowie jako projekt i to dość wyraźny, do tego stopnia, żeby wiedzieć, że Yeezus jest „filozofowaniem z młotem”.

W 2013 roku pitchfork znowu ocipiał, powtórka z rozrywki (a teraz „sad Morissey”), a ja znowu nie posłuchałem. Tym razem przekora zawiodła. Byłem przekonany, że 2013 w rapie zjadł Run the Jewels, Action Bronson, Milo, Earl Sweatshirt, Death Grips, Zebra Katz, Kool A.D. albo Yung Lean (przyznaję się – nie zmęczyłem Kendricka K, z kolei Bada$$ zmęczył mnie) matko, jak ja się bardzo myliłem. Yeezus pozamiatał cały 2013, wszystkie te piękne płyty, które były w mojej czołówce muszą ustąpić miejsca temu albumowi, omójborze.

Jest jedna zasada rządząca światem, której jestem pewien: każdy idiom musi w końcu stać się instytucją.

Kanye West jest instytucją solidną tak bardzo, że nie potrafię znaleźć porównania. Jest mainstreamem w czystej postaci, uosobieniem tegoż.

I nagle dzieje się 2013, wydaje Yeezusa, podważa nim cokół, na którym osadzona była jego instytucjonalność, ale nie zwala go, dokonuje tego co najważniejsze, wprowadza napięcie między kanyewestowością a Kanye Westem.

Rick Rubin, który pracował przy tej płycie chyba pierwszy raz od dwudziestu lat wyciągnął sobie chuje z uszów. Wszystko brzmi jak… wszystko co nie jest wyobrażeniem o Kanyem Weście. Taką płytę mogłoby nagrać Death Grips, Dalek, M.I.A., borze! obskurwiałe Crystal Castles. A nagrał ją facet, który jest uznawany za człowieka pozbawionego poczucia humoru i ironii. Nie chcę brzmieć jakbym uważał tę płytę za manifest, za zwrot w muzyce (właśnie dlatego jestem zaszokowany tym, że jestem zaszokowany, znam przecież wszystkie te wariactwa produkcyjne, ale dopiero zrekontekstualizowane stają się prawdziwie transgresyjne), ale jest z pewnością wybuchem geniuszu. Bound 2 jest prawie vapor wave’owy, trzysta tysięcy kciuków w dół musi być czymś, co Kanyego napawa dumą. Kanye jest chyba jedyną osobą w mainstreamie, która „wie o co chodzi” i płytę nagrał dla ludzi, którzy „wiedzą o co chodzi”, a takich wśród piszczących fanów na pewno nie ma.

Nie jest Jezusem, nie jest Mesjaszem, ale na pewno jest Yeezusem, cierpi i umiera wśród złota dolarów i objęć Kim Kardashian, bo akurat tak mu się chce i robi to z powodów, których Smith czy Black raczej nie rozumie.

Kiedy go słucham, ba! kiedy myślę o tej płycie – nachodzi mnie ochota, by wyrzucić wszystkie swoje książki przez okno, przewracać meble i głośno krzyczeć, żeby przerwać swoją żałosną egzystencję (metodę), wyciągnąć syntezator, gitary, efekty, gmerać za samplami, loopami, glitchami, patternami i robić coś, co ma jakiś sens. Yeezus jest dla mnie doświadczeniem katartycznym. Nie wstydzę się Yeezusa.

komentarzy: 023 maja 2014, 00:27

Aby dodać komentarz trzeba być zalogowanym na swoje konto gram.pl! kliknij by się zalogować

Strona prezentuje indywidualną opinię użytkownika. gram.pl nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczone przez użytkowników.
© gram.pl