avatar

meryphillia Użytkownik gram.pl (Moshic For Life) ja.gram.pl/meryphillia

Mój blog (Lipiec 2010)

Przesterowany jazgot pozostawiający piach między zębami...

                             Botulinus Toxic - Without Qualms EP

            

 

 

Ta produkcja czekała na swoją reckę chyba z dwa lata...

Ale jak wiadomo powszechnie, z czasem nie tylko wino nabiera dorodniejszego smaku; muzyka także. ;]

 

Znany mi z konkurencyjnego forume użyszkodnik mający tęgą głowę do dobrych dźwięków, zapowiadał przez pewien czas opublikowanie swoich muzycznych wypocin. Z racji swojego uwielbienia dla klimatów stonerowych, od razu można było spodziewać się jakimi dźwiękami zostaniemy uraczeni, choć oczywiście istniała duża szansa, że nawiedzony fanatyk klimatów stonerowych popełni kolejną amatorsko nędzną podróbkę Kyussa czy (łolaboga!) QotSA...

Na szczęście, gdy materiał w końcu, po wielu tygodniach buńczucznych zapowiedzi został zaprezentowany wygłodniałym tłumom, można było się przekonać, że jednak domorosły artysta ma się czym pochwalić i to nie świecąc oczami ze wstydu...

 

Otwierający EP'kę "Hatchway Under Sidewalk", to potężne kopnięcie przesterowanym buciorem prosto między zęby, aż włosy stają dęba. Świetnie wprowadzająca w całość produkcja, mocno eksperymentalna na tyle, że przypadkowego słuchacza nie znającego gatunku najpewniej odstraszy, ale to dobrze, bo "przypadkowo" to sobie można Lejdi ZGagi słuchać czy innego Feela...

Niestety już przy tym utworze pojawia się najgorsza cecha praktycznie całości materiału... Czemu Hakuna Matata tak krótko!?

 

Druga kompozycja "Burglar" zaczyna się na tyle tajemniczo, że nieprzestraszony pierwszym jazgotem słuchacz już całkowicie będzie zaciekawiony materiałem, że od tego wałka, cała EP'ka przeleci mu przez playera tak szybko, aż machinalnie naciśnie [repeat]. ;]

Fajny utworek, zmienny stylistycznie, brudny, jak gacie jakiegoś beja budzącego się po nocnym chlaniu gdzieś na pustyni Nevady, ale podobnie, jak i reszta... Za krótko!!!

 

"Without Qualms". Trzeci wałek wynagradza nasz dotychczasowy odsłuch. Genialna produkcja z pazurem, trzymająca klimat najlepszych pustynnych sesji, jakich kiedykolwiek mieliśmy możliwość słuchać. Pokusiłbym się nawet na rzut cegłówką do tarczy, czyli stwierdzenie, że kawałek jest na tak zajebistym poziomie, że powinien być coverowanym przez odradzającego się kiedyś tam Kyussa. ;))))

 

Przedostatni "Egyptian Midnight" też jest znakomitą produkcją i brawa za jego umiejscowienie, bowiem w tym właśnie momencie słuchania EPy większość normalnych miłośników dobrej muzy "z pierdolnięciem" jest już w trakcie ekstatycznego machania czerepem i odnóżami, co z pewnością wpływa jeszcze bardziej na entuzjastyczne, ostateczne podsumowanie całego wydawnictwa.

Choć ponownie utwór jest cholernie krótki (jak dla mnie), to jednak ostatecznie wydaje mi się, że długością świetnie się wpisuje w całościowy obraz EP'ki, tym bardziej że...

 

Idealnie zgrywa się z ostatecznym "Balancing On The Edge Of The Desert", który to jest najdłuższym z utworów oraz kolejnym pokazującym doskonały kunszt twórcy. Fantazyjnie zagrany, pieczołowicie wykorzystujący różne instrumentarium dopełnia zajebistości całego materiału i aż szkoda, że wraz końcowymi peanami zachwytu i oklaskami, dociera do nas że to już koniec...

 

Koniec końców, muzyka jaką znajdziemy na tym wydawnictwie zadowoli w pełni tylko te wyjątkowe dusze, które kochają doskonałą muzykę w całej jej okazałości, fakt faktem, iż miłośnicy szarpidructwa z góry są na nieco lepszej pozycji, ale jak powszechnie wiadomo i wśród kindermetaluchów owłosionych, pełno jest ślepych fanatyków "jedynie słusznej linii muzycznej", więc nic nie jest pewne do końca. 

Tak czy na wspak, jak widać nawet taki technomłot, jak ja, potrafi odnaleźć w takich dźwiękach coś wspaniałego, choć skromnie zauważę, że to raczej najpewniej wynik mojej wielkiej wrażliwości i wyczucia muzycznego, ale choć raz w życiu możecie się poczuć tak zajebistymi niczym moja skromna osoba, więc polecam zapoznać się z opisywanym wydawnictwem bez żadnych pomruków niepewności. ;D

Tę zacną produkcję znajdziecie, chociażby na tak słynnej i opiniotwórczej platformie, jak Jamendo: http://www.jamendo.com/pl/album/56832

;]

komentarzy: 9Sobota, 31 lipca 2010, 06:04

Milion płyt wszechczasów... Akt XVI (Techno edyszyn)

                                          X-103 - Atlantis

                   

Ostatni fragment "trylogii", choć chłopaki wydali jeszcze kilka dodatkowych EP'ek, a opisywany poprzednio album X-102 doczekał się nawet dwa lata temu wspaniałej reedycji.

"Atlantis" wydany w 1993 roku, powstał już bez udziału Mike'a Banksa i aż czuć na nim ręce dwóch przyszłych maestrów Minimalu. Album jest także nagrany jako concept album, tym razem opowiadający historię o tajemnej Atlantydzie. Materiał może nie jest już tak przełomowy, jak poprzednie dokonania (a przyćmiony w ogóle został przez pierwszy album solowy Jeffa Millsa, ale o tym następnym razem), ale tak czy inaczej zawiera mocną dawkę doskonałej, pionierskiej muzyki ("Hagia Triada" czy "Minnia (The Queen's Theme)", będącej ciągle wyznacznikiem dla kolejnych twórców techno-sceny.

Krążek ten wraz z poprzedzającym go o ponad pół roku solowym materiałem Millsa, był też swoistym  ukoronowaniem działalności Tresora, który miał już zapewnione miejsce na europejskiej scenie. Co prawda dopiero kolejne lata pokazały, co label ten potrafi, ale to właśnie te pierwsze, świetne pozycje dawały spory kredyt zaufania dla wydawcy, że doskonale zna się na swojej robocie i należy się spodziewać więcej takich smakowitości.

Zawarte na albumie kompozycje, to doskonały miks tego, co kryło się za sceną z Detroit. Od majestatycznie sunących do przodu minimalistycznych walców, poprzez spokojne, charakterystyczne dla brzmienia Detroit, na wpół ambientowe, kosmiczne pejzaże, aż do kolosalnych industrializowanych mocno galopad.

Materiał wiekowy już, może nie genialny, jak dwie wcześniej opisywane pozycje, ale jakby nie było klasyka gatunku z którą warto się zapoznać.

 

komentarzy: 0Czwartek, 22 lipca 2010, 03:21

Milion płyt wszechczasów... Akt XV (Techno edyszyn)

                            X-102 - Discovers The Rings Of Saturn

                 

Idąc za ciosem poprzedniego sukcesu już w rok później (1992) ekipa odpowiedzialna za "X-101" wydaje kolejne dzieło, które obecnie zaliczane jest jednym z kamieni milowych gatunku Techno.

 

"Discovers The Rings Of Saturn", to już pełnoprawne dzieło, a nie zlepek wcześniej wydanych materiałów. Co ważne jest to też album koncepcyjny, w którym część utworów w nawiązaniu do tytułu albumu, nazwana została imionami księżyców Saturna. Materiał zawarty na płycie jest też prawdziwym obrazem genialności wizji "muzyki przyszłości", która tak bardzo zadomowiła się w Detroit w tamtym okresie. Album ten ostatecznie  jest też bardziej atmosferyczny i wręcz bije od niego śladem ręki "mistrza", czyli Jeffa Millsa, co łatwo teraz ocenić, mając w pamięci jego późniejsze dokonania na punkcie obrazowej, "kosmicznej" odmiany Detroit.

No, ale koniec końców, krążek ten na nowo rozbudził zainteresowanie tym rodzajem muzyki, pokazując jednocześnie, że nawet pulsujące rytmiką utwory mogą nieść w sobie sporo klimatycznych dźwięków, niejako "odchamiających" siermiężność Techno i czyniąc go czymś więcej, niż tylko schematycznym "łupu-cupu", tak często wyśmiewanym przez ignorantów...

Tak więc po wcześniejszym niezrozumieniu, czy wręcz niechęci, wizja muzyki geniuszy z Detroit znalazła w końcu swoich miłośników, którzy bazując na tym pierwotnym materiale, nadali dalszy bieg i ostatecznie rozwój brzmienia w latach kolejnych.

 

Być może z dzisiejszego punktu widzenia, a szczególnie dla młodszych wiekiem miłośników muzyki elektronicznej, muzyka zawarta na tej płycie (podobnie zresztą, jak i wobec większości klasycznego materiału) może być mało atrakcyjna, czy wręcz tandetna, to jednak nie należy zapominać, że jest to podstawa tej muzyki, która dała w ogóle początek całej dzisiejszej scenie. To klasyka z klasyki i chociażby tylko z tego powodu warto poznać te pozycje. ;]

 

komentarzy: 0Czwartek, 22 lipca 2010, 00:17

Milion płyt wszechczasów... Akt XIV (Techno edyszyn)

 

Na początku tego roku, użytkownik byverter zażyczył sobie w forumowym temacie o muzyce Techno, listy"kilku" albumów "must have" jeśli chodzi o Techno właśnie. Pomimo mojego ogromnego lenistwa, coś tam skrobałem po paru miesiącach, co miało przybrać postać polecanki 20 chyba najważniejszych albumów jeśli chodzi o ten gatunek. Jednak już wkrótce zdałem sobie sprawę, że "tak się nie da"...

Sam dorobek chyba najważniejszej techno-stajni rodem z Niemiec, czyli Tresora, to grubo ponad trzydzieści krążków, a to tylko Minimal, Detroit i eksperymenty, a Techno to przecież cholernie pojemny gatunek i liczba dwudziestu pozycji byłaby zbyt hermetyczna albo odwrotnie, zbyt ogólnikowa. Dlatego też postanowiłem zwyczajnie pojedynczo opisywać poszczególne pozycje w ramach serii "milion płyt", co chyba będzie najlepszym sposobem, bo będę mógł się nieco wymądrzać bardziej, niż w krótkiej notatce, jaką trzeba by było dodać przy obszerniejszej liście.

Jak widać po tytule, wpisy te będę flagował specjalnym oznaczeniem, szczerze nie wiem po co, ale wydawało mi się to cool i tyle. ]:>

 

                                       X-101 - X-101

        

Na początek (i długo raczej pozostaniemy w katalogu tego wydawcy) oczywiście nie można polecić cokolwiek innego, niż coś z wspaniałego katalogu kultowego Tresora, którego rola w kształtowaniu się muzyki Techno była największa i nie ma co się z tym nawet spierać.

 

Tajemniczo oznaczony twór X-101, to wynik twórczej burzy mózgów "drugiej fali detroit", czyli dzielnych kontynuatorów dokonań "Ojców Założycieli". Kontynuatorami tymi, byli Jeff Mills, Mike Banks oraz Robert Hood, którzy wraz z innymi tworzyli w Detroit kolektyw Underground Resistance.

 

Wydana w 1991 roku płyta X-101, była kompilacją dwóch rilejsów z katalogu Underground Resistance, a mianowicie "Whatever Happen To Peace" oraz "X-101" z dodatkowym utworem "Rave New World". 

Choć materiał dzisiaj może śmieszyć wręcz swoim brzmieniem, to trzeba wziąć pod uwagę fakt, że w tamtym okresie było to aż takie nowum, że słynny DJ z BBC1 Pete Tong, wyłączył płytę podczas audycji stwierdzając: "Co to jest do diabła!?"...

Pulsujące, rytmiczne dźwięki, choć już tak chętnie produkowane w Stanach, w Europie z początku trafiły w mur otumanionych Acid Housem ignorantów. Ale jednak pojawiła się iskierka nadziei ze strony niemieckiego Tresora oraz brytyjskiego Black Market International. Ten drugi wydawca, choć już zakorzeniony na scenie z dość obszernym katalogiem Aicid House'owych winyli, zbytnio nie rozgrzał brytyjskiej publiki, która podobnie jak Pete Tong, była ówcześnie zbyt drętwa na TechnoRewolucj, natomiast raczkujący Tresor, w którego katalogu X-101 dumnie robił za pierwsze wydawnictwo, szybko rozpalił zarówno publikę, jak i muzyków...

 

Muzyka zawarta na tej płycie, była prawdziwym szokiem dla publiki (ale też i producentów) przyzwyczajonej do mniej eksperymentalnych brzmień muzyki House. Albumik ten zwyczajnie dokonał rewolucji na europejskiej scenie, dając zupełnie nowy kierunek ku tworzeniu muzyki, dzięki czemu nie dość że szybko powstał morderczy czasami w swym brzmieniu Minimal, ale także bardziej stonowane, ale jednak eksperymentalne brzmienia (chociażby dokonania brytyjskiego Warp Records), czy ostatecznie eksplozja Rave, które zasilone pulsującym Techno dostało zastrzyk nowej energii, przemęczonej już nieco wpływem Acid House.

Można zatem stwierdzić z całkowitą pewnością: "Od tej płyty wszystko co dobre, dopiero się zaczęło..."  ;]


komentarzy: 3Środa, 21 lipca 2010, 21:28

Broque

 

      

http://www.broque.de/

 

Założony w 2004 roku netlabel Broque, przez te sześć lat swojej działalności, świetnie dowodzi, że Niemiecka scena niezależnej muzyki klubowej jest jedną z najlepszych stajni, z której wywodzą się nietuzinkowi artyści. Bardzo miło ze strony założycieli, że zechcieli to udowadniać posiłkując się licencją Creative Commons. :)

 

Obszerny na obecną chwilę katalog wydawcy (liczący sobie coś ok. 60 pozycji - jest ich nieco więcej ponumerowanych, ale część jest niedostępna, gdyż utraciła licencję CC), oferuje wszelakie smakowitości spod znaku Tech House, Minimal,Micro House czy jeszcze innej cholery, mniej lub bardziej parkietowej (aczkolwiek aspekt "parkietowy" wydawnictw jest stawiany w pierwszym rzędzie przy doborze materiału do publikacji). Pośród katalogu oczywiście znajdziemy całkiem sporo nudnego, wtórnego materiału, ale kryje się w nim także mnóstwo świetnych utworów, a rekomendacje co niektórych z nich od takich tuzów sceny, jak Sven Vath, Ritchie Hawtin czy Pantha Du Prince tylko uświadamiają bardziej, że jednak coś jest na rzeczy.

Szczególnie polecam wszystko co sygnowane jest przez Maxxa Cavalerra, który jest już dość szanowaną postacią klubowej sceny, a dodatkowo dość płodnym artystą, który wiele materiału wydaje także na winylach.

Rzeczone winyle, są także wydawane przez samo Broque, i to nie tylko wspomnianego Maxxa, ale też i innych artystów (wydano także jedną kompilację na CD).

Oczywiście bywalcy w Niemczech, mogą od czasu do czasu wskoczyć na imprezkę przy której paluchy maczała ekipa netlabela, a o których to można dowiedzieć się przed czasem z odpowiedniej podstrony.

 

Muzykę z tego netlabela polecam wszelakim miłośnikom ekstatycznych :D rytmów klubowych, inni raczej nic tutaj ciekawego nie znajdą, chociaż kto wie, może nawet i jakiś kindermetaluch nawróci się po przesłuchaniu któregoś z wałków Cavalerry. ;D

komentarzy: 0Piątek, 16 lipca 2010, 22:54

Milion płyt wszechczasów... Akt XIII

                        Lisa Gerrard & Pieter Bourke - Duality

         

 

Dla niektórych osoby Lisy Gerrard nie trzeba przedstawiać. Nie trzeba też pisać peanów pochwalnych dla jej geniuszu. No, ale w tedy w ogóle po co niby miałbym to pisać. ;)

 

Lisa Gerrard znana głównie z współudziału w jednej z najlepszych grup muzyki zwanej potocznie "World Music", czyli grupy Dead Can Dance, ma na swoim koncie także wiele wspaniałych kooprodukcji z innymi artystami, no i oczywiście swoje autorskie albumy.

Wydany w 1998 roku duet z Pieterem Bourke, Australijskim kompozytorem i perkusistą, był pierwszym materiałem Lisy po definitywnym zakończeniu muzycznej działalności Dead Can Dance dwa lata wcześniej.

Podobnie, jak wcześniejsze płyty DCD, "Duality" wydane było przez kultowy label 4AD, co wydatnie pomogło w promocji materiału i utwierdzeniu, że Lisa nawet bez Brendana Perry'ego jest godną podziwu wokalistką.

"Duality" choć korzeniami tkwiący w stylistyce DCD, to jednak jest bardziej tribalistycznym tworem, gęsto okraszonym wokalizami Lisy. Album z pewnością nie przygniata geniuszem dokonania artystki w DCD, ale jest godnym uszu materiałem, wywołującym miłe uczucia podczas odsłuchu. No, a ze względu na przegenialny utwór "Sacrifice" zasługuje na moją "polecankę". Utwór ten uważam za najlepsze dokonanie wokalne Lisy, w którym pokazuje ogrom swojego głosu i nawet wyśmienity "The Host Of Seraphim" nie ma co stawać w szranki z tym prawdziwym, wokalnym dziełem sztuki. Zresztą posłuchajcie sami... =]

     

Lisa nagrała jeszcze wspólnie z Pieterem Maxi Singiel "The Human Game", zawierającym oprócz tytułowego utworu, dwie nowe kompozycje, natomiast w 1999 roku artyści współtworzyli ścieżkę dźwiękową do filmu "The Insider" na której oprócz znanych z "Duality" dwóch utworów, znalazło się osiem całkiem nowych, świetnych kompozycji.

 

Album "Duality" polecam każdemu miłośnikowi Dead Can Dance, a którzy nie mieli pojęcia o tym wspaniałym projekcie, no i oczywiście każdemu, kto lubi klimatyczną, ilustracyjna muzykę (świetnie sprawdza się przy czytaniu książek ;]).

Natomiast pani Lisa Gerrard na pewno pojawi się jeszcze wiele razy pośród tejże listy, bowiem nie wypadało by kiedyś w końcu polecić któregoś z albumów DCD, a i wiele jeszcze świetnych kolaboracji jest do polecenia, no i ostatecznie któryś z jej niesamowitych autorskich albumów, tak więc... Stay Tuned! ;]

komentarzy: 4Piątek, 16 lipca 2010, 21:52

Milion płyt wszechczasów... Akt XII

                                    Millennium - Self

        

 

Lata 90te XX wieku, to złoty okres muzyki klubowej i elektronicznej na całym świecie, ale także i oczywiście u nas, w tych raczkujących latach przemian tuż po zmianie ustroju. Od praktycznie początku ostatniego dziesięciolecie zeszłego wieku, krajowy rynek zalewany był tak upragnionym materiałem z Zachodu, który rozchodził się niczym świeże bułeczki. Jednak jak wiadomo, Polacy nie gęsi, i swoje... Techno mają. ;)

Tamten burzliwy okres był pełen wykluwających się mniej lub bardziej tandetnych przejawów działalności muzycznej domorosłych w większości producentów. Mimo wszystko garstka z nich osiągnęła sukces.

 

Taki sukces stał się dziełem między innymi grupy Millennium, która w latach 90tych dorobiła się skromnego dorobku artystycznego co prawda, ale sławy nie sposób było im odmówić z racji ogromnej ilości, jak na tamten okres występów 'live". Millennium chyba jako jedyny z klubowej sceny, dawał po kilkadziesiąt koncertów w ciągu roku, nie tylko z okazji co większych spędów, ale także i w małych regionalnych klubach czy wręcz w typowych "wiejskich przytupankach".

Ilość tych koncertów przestawała dziwić, gdy miało się okazję być na którymś. Zespół w wersji "live" był po prostu niesamowity i idealnie trafiał w gusta jeszcze mało wyrobionej publiczności.

Oczywiście nie umniejsza to talentu muzyków, bo jak widać to po dwóch wydanych płytach "Self" i "Entropy", byli oni na prawdę świetni, choć dla niektórych, nie przyzwyczajonych do dawnych brzmień na scenie elektronicznej muzyki klubowej, muzyka ta może trącić zbyt dużą "mychą". Tak czy siak, to dobry materiał, a w przypadku polecanego tutaj krążka "Self" jest nawet super.

Materiał ten, to świetna mieszanina ówczesnych prądów Acid Trance, House i Techno. Na płycie znajdziemy sporo zadziornych rytmów, goniących odnóża do tańca, drapieżnych i przefiltrowanych etiud prosto z TB-303, ale też i relaksacyjnych pomruków, coby od wysiłku nieco odpocząć.

 

Niestety po wydaniu kolejnego krążka, bardziej już stonowanego i refleksyjnego, zespół ucichł zarówno z koncertami, jak i z produkcjami, ale i tak swe miejsce w klasykach Polskiej sceny klubowej ma zapewnione.

Płyty, są niestety dzisiaj dość trudne do zdobycia, ale czasami widuję je na alledrogo w rozsądnych cenach.

komentarzy: 2Piątek, 16 lipca 2010, 20:16

Pueblo Nuevo

 

       

http://www.pueblonuevo.cl/

Jedną z olbrzymich zalet netlabeli jest nie tylko fakt całkiem legalnego pozyskiwania muzyki na doskonałym często poziomie, ale też możliwość poznania twórczości muzycznej mieszkańców totalnie egzotycznych krain pod tym względem.

 

Pueblo Nuevo powstał pięć lat temu za sprawą dwóch muzyków z całkowicie egzotycznej dla nas krainy znajdującej się w dalekiej Ameryce Południowej, a konkretnie z Chile, o którym za pewne większość z nas ma dość niewielkie pojęcie, pewnie ograniczające się tylko do ogólnej znajomości na jakim kontynencie ów państwo się znajduje i jakie miasto ma za stolicę.

Jako autorskie dzieło zapaleńców tworzących muzykę netlabel ten, jak wiele jemu podobnych, w pierwotnym zamierzeniu miał prezentować twórczość jego twórców, ale z czasem, także jak wiele jemu podobnych, stał się prawdziwą platformą prezentującą dorobek muzyczny wielu artystów i to nie tylko z rodzinnych stron twórców.

Autorzy dzieła obecnie z przyjemnością powołują się na swoją animację twórczości zarówno mieszkańców innych państw kuli ziemskiej (znalazł się w katalogu netlabela nawet ktoś z Polski ;) ), ale z niekłamaną i chyba największą przyjemnością prezentują często twórczość artystów z Chile.

 

Obecny katalog wydawniczy liczy sobie 58 pozycji plus dwie dodatkowe w licencji CC oraz sześć wydanych płyt CD, jedną pozycję DVD plus współpracę przy wydaniu fizycznej kompilacji nagrań producentów muzyki elektronicznej z Chile.

Stylistycznie, choć początki tkwią w bardziej elektronicznych rytmach, netlabel prezentuje się znakomicie, bowiem znajdziemy tutaj zarówno eksperymentalną elektronikę z kręgów IDM, skoczne mniej lub bardziej rytmy z gatunków Minimal, Deep House, Tech House, itp, ale także trafi się coś z Chilijskiego Hip Hopu ( m.in: [pn032] 2sentidos - Animales ), ale też zapiski tradycyjnej muzyki pierwotnych kultur indiańskich z Chile (wspaniałe nagrania! , jak ta pozycja: [pn017] Jose Perez De Arce - Son Ido).

W katalogu tego znamienitego netlabela praktycznie każdy znajdzie coś dla siebie, no i dodatkowo właśnie miło chyba poznać coś z całkiem odległego zakątka ziemi, czyż nie? :)

komentarzy: 2Sobota, 10 lipca 2010, 10:01

Moi znajomi

pokaż wszystkich znajomych: 55

Moje statystyki

Na gram.pl jestem już: 4249 dni

Moich wejść na gram.pl: 48 203 (#12)

Napisanych postów i komentarzy: 9 903 (#38)

Napisanych recenzji: 0

Wpisów na blogu: 119 (#116)

Liczba odwiedzin mojego gramsajta: 10 981 (#89)

Archiwum wpisów

Ostatnie odwiedziny

Strona prezentuje indywidualną opinię użytkownika. gram.pl nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczone przez użytkowników.
© gram.pl