avatar

NintendoPassion Użytkownik gram.pl (Przewodniczący) ja.gram.pl/NintendoPassion

Ostatnie odwiedziny

Mój blog (Czerwiec 2011)

Jeden rok w biegu

zdrowie, bieganie, nike, buty, schudnąć

Niedawno miałem małą rocznicę. Takie małe, własne osiągnięcie. Minął 52-gi tydzień od momentu, gdy wdrożyłem plan i zacząłem biegać.

To nie jest łatwe. Efekty nie są natychmiastowe.

106 kilo ważyłem rok temu i czułem się źle, ciągle zmęczony i nie podobało mi się to co widziałem w lustrzanym odbiciu. W sierpniu najważniejszy moment mojego życia, a ja nie chcę tak wyglądać.

Plan.

Pomyśleć było łatwo, chęci były słomiane, wymówki czaiły się na każdym kroku, lodówka była częściej otwarta niż zamknięta a rozmiar w pasie tylko się poszerzał. No i ten wieczny bark czasu. Wydawało mi się, że jest to niewykonalne. Ale znalazłem niedobitki energii w sobie i postanowiłem stawić czoło największemu wrogowi. Samemu sobie.
No właśnie, ale co dalej? Należało ułożyć plan. Prościutki jak strzała ale jakże skuteczny! Skoro po pracy nie mam czasu i jestem ciągle zmęczony pozostawały tylko dwie opcje. Biegać rano, albo w weekend. Dwa dni w tygodniu to za mało, a i w weekendy wolałbym odpoczywać. Zatem pozostało tylko bieganie rano. Tak się jakoś złożyło, że miałem już w tym doświadczenie z przed wielu laty (które niestety zakończyło się efektem jojo). Zatem wdrożyłem prosty plan. Biegać cztery razy w tygodniu: poniedziałek, wtorek, czwartek i piątek. Pracę zaczynam o 7:30 co zmusiło mnie do pobudki o 5:00. Mała rozgrzewka, bieg od 5:30 do 6:00 na dystansie około 4,2 km. Nie mam problemów z wczesnym stawaniem zatem ruszyłem do dzieła. I nie od następnego tygodnia. O nie!. Od następnego dnia.

Początki.

Były straszne. Zadyszka, nadmierne pocenie, i ciągła myśl, że to chyba się nie uda. Ale trwałem. Biegałem. Wstawałem. Zacząłem prowadzić kalendarz, a właściwie prowadzić notatki na twitter. Po miesiącu czasu, zauważyłem lekką poprawę kondycji. Lekką, ale nic wielkiego. Chyba bardziej podobało mi się prowadzenie głupich wpisów i obserwowanie jak liczba tygodni i dni powoli zaczyna wzrastać.

Buty.

Gdy zaczynamy "bawić się" w jakiś sport sprzęt nie jest najważniejszy. Bierze się to, co się ma pod ręką, lub tani sprzęt. Rozwala mnie to zjawisko "na pakowni" gdzie spotyka się osoby w najnowszych dresikach, najdroższych bucikach, które zamiast ćwiczyć czytają gazetkę, rozmawiają z osobą obok i po prostu tam są. Ale kropla potu z nich nie spływa (zawsze jednak mogą się pochwalić, że były na siłowni). Zapewne wielu z Was się z tym spotkało. Dlatego wziąłem buty które miałem pod ręką (pod nogą) i zacząłem w nich biegać. Szybko jednak stwierdziłem, że wyrządzają więcej szkody moim stopom niż pożytku i zacząłem rozglądać się za czymś poważniejszym do biegania.
Jaką frustracją było dla mnie odwiedzanie sklepów z obuwiem, gdzie karmiono mnie soczystym "aj dont noł". Postanowiłem zasięgnąć porady od producenta. Skrycie zawsze kochałem się w marce Reebok. Od Nike stroniłem, ale tym razem postanowiłem właśnie do nich zadzwonić pod nr 1 800 806 6453. Jakie było moje zdumienie gdy okazało się jak mało wiem o butach. Ok, praktycznie nic. Miła Pani po drugiej stronie zapytała mnie o moje "gabaryty i kondychę" a potem poprosiła żebym opisał jej moją obecną parę butów, w której biegam. Poziom profesjonalizmu z ich strony oceniłem na bardzo wysoki. Pod koniec rozmowy wybrałem kolor, rozmiar i kilka dni później buty były już u mnie.
Po pierwszym biegu przekonałem się jak ważna jest odpowiednia para butów. Czarne Nike Air Pegasus+ niosły mnie na przód. Zdecydowanie ogromna różnica.

I ruszyła spasina po szosie maszyna ospale. Kolana w ruch, płuca buch i uderzyły pięty w powietrze z mozołem.

To było coś fantastycznego. Kilka miesięcy później kondycja uległa ogromnej poprawie, ustabilizował się oddech, zmęczenie organizmu gdzieś zginęło. A potem nagle waga zaczęła spadać. Spodnie robiły się co raz to luźniejsze w pasie. Motywacja rosła z każdym dniem, z każdym kilometrem, z każdym oddechem. Ciało zaczęło się zmieniać. Ale co ważniejsze, również psychika uległa poprawie. Jedyną rzeczą, która nadal się nie zmieniła to moja nadmierna potliwość. Masakra. Po ponad czterokilometrowym biegu wyglądam jakbym dosłownie wskoczył do wody.

Strój.

Tutaj nie ma się co zagłębiać. Stara koszulka, jakieś tam spodnie. To wystarczy. Ujdzie w tłumie. Byle w tonacji czarnej lub szarej.

Adrenalina muzyczna.

Na początku biegałem bez mp3. Jednak zaczęło mi się cholernie nużyć przemierzanie ciągle tej samej trasy pozostawiony sam na sam z własnymi myślami. Zacząłem się rozglądać za malutkim mp3 i słuchawkami. Po jakimś czasie znalazło się to i tamto. Przerzuciłem około 40 minut utworów na małą srebrną kostkę. Założyłem słuchawki dałem się porwać, dosłownie, muzyce.
Jakie to dla mnie ważne. Są momenty, że organizm słabnie, a rytm podawany z malutkich głośników karmi mój mózg, który jakimś dziwnym ruchem przekształca muzykę w jakiś narkotyk, który nie wiadomo skąd zaczyna doładowywać moje zmęczone ciało. To jest niesamowite! Biegnę i biegnę, a zmęczenia jakoś nie czuję. Teraz muszę przyznać, że bez muzyki biega mi się źle.

Liczby nie kłamią.

- 52 tygodnie
- 4 dni w tygodniu
- 4,2 km dziennie
- około 30 minut każdy bieg
- druga para butów

To daje około 873,6 km i 104 godziny, które spowodowały utratę ponad 18 kilogramów.

Ostatnio pierwsza para butów starła się i musiałem rozglądnąć się za nową. Trwało to troszkę, bo nie chciałem sypać "cen sklepowych" i ciągle węszyłem na internecie. Rozmiar swój znam, buty chciałem kupić dokładnie takie same. Po jakimś czasie udało się. Od kilku tygodni biegam w Nike Pegasus+ 25 ESC. Są bardzo wygodne, charakteryzują się dużą sprężystością i bardzo mocną budową. Biegałem cały rok, nie zważając na pogodę. Deszcz, wiatr, błoto czy śnieg. Buty wytrzymują wszystko bardzo dobrze. Nie rozklejają się, a stopa oddycha swobodnie.
Teraz, gdy mam już ten mały zapas doświadczenia z całą pewnością stwierdzam, że buty to najważniejsza inwestycja w tym całym przedsięwzięciu. Chyba jak w każdym sporcie. W miarę wzrostu umiejętności, wzrastają wymagania sprzętu.

Przyjaciel.

Bieg stał się moim przyjacielem. Pomaga mi odstresować się. Muszę tylko biegać aby z nim być. To nie jest łatwa przyjaźń ale jakże owocna! Pokochałem bieganie. Denerwuje mnie gdy z jakiegoś powodu nie mogę biegać. Nie ma miejsca na wymówki. Odrabiam sobie biegając wieczorem. Ale nie odpuszczam. Tylko ja i mój przyjaciel - bieg.

Co dalej?

Rok, to nie jest długo. Rok, to solidna podstawa do pięknej przyjaźni ze sportem. Mój metabolizm nie pozwala mi jeszcze na odpoczynek. Przypuszczam, że skończyło by się to dla mnie efektem jojo. Ale pokochałem bieganie. Będę biegał tak długo jak to będzie możliwe. Czuję się wspaniale. Nawet gdy mam złe dni, doła, czy jakieś inne zmartwienie... one wszystkie znikają w biegu. Gdy wracam do domu spocony, zmęczony, i nie oszukujmy się, śmierdzący :P, to za każdym razem czuję się jakbym pokonał coś większego niż Mt. Everest, pokonał samego siebie.

Dziadek.

O 5:30 rano nikt nie biega. No, prawie nikt. Zdarzyło mi się spotkać takiego dziadka w dość sędziwym wieku. Ubrany w dres, truchta sobie rano raz na jakiś czas i mijamy się. Kiedyś krzyknął do mnie: Świetnie! Niech Pan biega! Ja już biegam tak od 60 lat! To niesamowite! Ja też tak chcę! Zakochałem się w bieganiu.

Marzy mi się...

Maraton. Nie ważny czas. W tym roku będę trenował właśnie pod tym kątem. Czy jestem na tyle mocny? Nie wiem i nie dowiem się dopóki nie stawię mu czoła. No i chyba będzie trzeba przeczytać jakąś książkę na ten temat.

0

komentarzy: 39Czwartek, 02 czerwca 2011, 09:00

follow me




EMAIL ME

Ostatnio gram w

Tytuł gryPo sieci?Ukończona?

Moje statystyki

Na gram.pl jestem już: 4409 dni

Moich wejść na gram.pl: 11 634 (#543)

Napisanych postów i komentarzy: 2 571 (#462)

Napisanych recenzji: 1 (#46)

Wpisów na blogu: 386 (#21)

Liczba odwiedzin mojego gramsajta: 115 745 (#4)

Archiwum wpisów

Strona prezentuje indywidualną opinię użytkownika. gram.pl nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczone przez użytkowników.
© gram.pl