avatar

NintendoPassion Użytkownik gram.pl (Przewodniczący) ja.gram.pl/NintendoPassion

Ostatnie odwiedziny

Mój blog (Wrzesień 2008)

Road Trip - czyli w szesnaście dni dookoła USA, cz.5

 

Hoover Dam / Zapora Hoovera, Nevada.

Do Hoover dam dojeżdżamy około godziny trzynastej 06/08/2008. Licznik wskazuje 47 727 mil. To już 2045 mila naszej wyprawy. Jest bardzo gorąco i duszno. Około 42°C, wilgotność powietrza 100%.

Okrzyknąłbym to cudem świata. I to nie koniecznie inżynieryjnym. Tak po prostu. To co osiągnęli inżynierowie i budowniczy przechodzi ludzkie pojęcie. Nie chwalę tutaj ich jako Amerykanów, tylko jak ludzi. Obywateli Ziemi. W obecnych latach gdzie słyszy się o Bóg wie jakich osiągnięciach, czasami warto jest spojrzeć na trud ludzkiej ręki. [mapa tutaj]

Podczas budowy zapory zginęło 96 osób, co średnio wynosiło jeden wypadek na trzy tygodnie. Projekt został ukończony dwa lata przed planem i nie przekroczył planowanego budżetu, co na ówczesne lata było osiągnięciem samym w sobie. I nie, nie ma żadnej zacementowanej ofiary w zaporze. Inżynierowie w obawie o wytrzymałość konstrukcji nie dopuścili na to. Ciało jednej z ofiar było wydobywane około szesnastu godzin.

Kilka numerkuff:

  • Wysokość: 221,3m
  • Długość korony: 379,2m
  • Szerokość korony: 13,7m
  • Szerokość u podstawy: 201,2m
  • Objętość: 2,6mln m³
  • 17 generatorów przemysłowych, po polskiemu: wiertaljoty
  • 2080 MW - (prunt) ma kopa, nie?

Zapraszam na serię fotek:

Patrząc w dół zapory. ^^

Stalowe drzewa i ich umysły połączone siecią miedzianych nerwów chylą się ku wodzie. Stal czerpie siłę z natury.

O tej mniej więcej godzinie się tutaj znaleźliśmy.

Budujemy nowy most Warszawo... err, nie ta piosnka. ;]

Nowy most obok tamy ma uwolnić/odciążyć ciągłe korki drogowe na tamie.

Centrum odwiedzających. Przypomina siedzibę Jabba the Hutt.

Construction workers... @work :P

Eee, nie wysoko.

Z Plinką podziwiamy widok.

Taka mała ścianka...

Hala z turbinami wewnątrz zapory. Wszędzie bardzo czysto.

Patriotyzm. W każdej firmie, fabryce czy miejscu pracy jest flaga. Jest, musi, zawsze. Nie obyło się również bez fotek z Federalnym. Plinka!

 

Zdjęcia w większej rozdzielczości można obejrzeć tutaj. Zapraszam!

Obchodziliśmy to wszystko ze szczękami na ziemi. Całe to miejsce przypomina jakiś ściśle tajny projekt wojskowy przeprowadzany pod stopami nieświadomych turystów. Do tej mojej "teorii konspiracyjnej" pasuje, bo podczas naszej wizyty krążył nad nami wojskowy śmigłowiec. Ale mi zwioł zanim zdążyłem machnąć Zorką Pięć.

A co w następnym wpisie? ... Las Vegas!

 

Dziękuję wszystkim za powinszowania. Urodzinki minęły trzeźwo, kilka lekkich drinków i troszkę pifka. Nikt po podłodze się nie zataczał ani nie zwracał na podłogę tego czym chata była bogata. Dostałem ogromne czarne okulary słoneczne, bo się ze mnie znajomi śmieją żem stary dziadek.Teraz już za kierownicą mogę się kompletnie schować i uniknąć mandatów. Z daleka wyglądam jak senior citizen :D

Żeby nie było... 

Image Hosted by ImageShack.us

W całej okazałości.

Zaraz wyjaśnię cygaro. Nie palę, nie palę ćmików. Ale paradoksalnie, raz od wielkiego dzwonu lubię sobie wyjść na balkon, popić Lechem (bo też u nas jest, godołem żem pyra, nie?) i cmoknąć takiego grubasa. Nigdy nie pale przy kimś, zawsze sam, więc praktycznie nikt o tym nie wie. To taka moja metoda na stres, lub odprężenie. Kiedy umarł mi brat, pamiętam, wypaliłem chyba trzy takie zwijasy przez noc. Ale jak mówię, rzadko i tylko dla samego siebie. Nie wiem co w tym jest, nikomu tego nie polecam, nikomu nie zachwalam. Lubie. Kropka!

Gry i inne sprawy.

Pogrywam sobie powolutku w MGS4. Jestem na trzeciej działce. Gdzieś tam szukam resistance member i jakoś biegam w kółko. Otakan coś mi tam pierniczy że ciągle gubię tego resistance membera, a ja tylko śmigam i ze snajperki bezlitośnie piorę co popadnie.

W Final Fantasy XI Online cały czas łowie ryby. Zakichane karpie robią mi około 3500 - 4000 Gil za 12 sztuk. Też źle nie jest. A to że siedzę w tym samym miejscu mi nie przeszkadza, bo...

Bo bawię się w Snajper Łolfa w BF2142. Samotny, jak zawsze. Taka już moja dola. W walce wręcz snajper nie ma szans, ale ja już kilka mapek mam w paluchu. Zanim mnie sprzątną zabiorę ze sobą kilka duszyczek, hue hue!

Xbox 360 Faceplates / panele frontowe.

Wygrzebałem gdzieś w szafie kilka paneli które jeszcze nie trafiły do magazynu. Wrzucam wam to na fotkę. W poprzednich komentarzach X pozwiedzał żebym przywiózł wszystko do domu i zrobił takie ogólnikowe zdjęcie. Hmm, kiedyś już coś takiego zrobiłem. Jak wyszperam to postaram się wrzucić na stronkę.

 Xbox 360 faceplates

Powyżej kilka z moich uzbieranych przez jakiś czas twarzyczek:

  • Superman RED
  • Superman Blue
  • Forza 2
  • Carbon Fiber
  • Hotrod
  • Gears of War E3 Edition
  • Transformers 12 Interchangeble Skins

 

Tutaj szczególnie zwróćmy uwagę na właśnie panel Transformers. To nie taki zwyczajny. Tego skurczybyka da się zmienić. Panel właściwie składa się z trzech części: przezroczystej pokrywy, skin / skóry i panelu mocującego do konsoli.

Flickr Xbox 360 Transformer Faceplate

Pokazuję Wam to jako czystą ciekawostkę, ale dla zatwardziałych fanów i kolekcjonerów mogło by to przynieść dodatkową radochę. Osobiści nie szaleje za panelami, ale wszystkie wam zaprezentowane otrzymałem z promocji, darmo lub za rzeczywiście grosze. Gdziekolwiek się wybieram, zawsze w głowie istnieje możliwość potencjalnego zakupu czegoś związanego z graniem.

Jeżeli macie czas, to możecie przeczytać króciutką mamablinkę z developerem o tych panelach tutaj. No a oficjalna stronka US z nimi tutaj.

Dziękuję Wam wszystkim za wizyty, głosowanie i komentarze. Mam nadzieję że jak na razie nie macie mnie dosyć, nie nudzi was mój czarno-czaerwony avatar i zaglądacie tutaj od czasu do czasu żeby zobaczyć co nabazgrałem. Staram się Was również odwiedzać. Nikogo nie wyrzucam ze znajomych, bo poco? 

Wiecie, Gram ma być dla Was przyjemnością, nie obowiązkiem. Ja komentując wasze gramy robię to bo chcę. Nie dla tego że czuję się do czegokolwiek zobowiązany. Wszystko to co tu się dzieje jest moim hobby i to co mam, wiem i myślę staram się Wam w jakiś sposób przekazać.

...

Bo wiecie... nasze zainteresowania, jakimikolwiek by one nie były, nie mają żadnego znaczenia, jeżeli nie możemy się nimi z kimś podzielić.

Pozdrawiam Was wszystkich serdecznie z coraz zimniejszego Chicago!

komentarzy: 42Poniedziałek, 29 września 2008, 01:36

Ding!

Kolejna wiosenka mi stuknęła.

Piątek, 26 września 2008, 06:31

Road Trip - czyli w szesnaście dni dookoła USA, cz.4

Havasupai.

Część 3 wpisu zakończyłem zdjęciem ścieżki. Za zakrętem owej ścieżki ukazał się nam ten oto widok! Miejsce zwie się Havasupai w Arizonie.


Tak! Wszyscy stanęliśmy jak wryci i dosłownie przez kilka minut nikt z nas nic nie wyrzekł. Sceneria niczym z filmu Błękitna Laguna. Zobaczcie sami:

 

Droga na dnie kanionu była piekłem, a ten wodospad i ta zieleń istnym rajem! Grzechem byłoby nie pochwalić się kolejną fotką. Coś w stylu plakatów które widzi się tylko w biurach turystycznych.  A to jednak MY!

 

Nie powiem, dumny jestem ze zdjęć. Sam gotowałem!

Zmęczenie, pragnienie, moje bolące stopy, odparzenia na ramionach od plecaków, wszystko to minęło w jednej sekundzie. Czuliśmy się jak odkrywcy jakiegoś nieznanego miejsca na Ziemi gdzie nie dotarł jeszcze człowiek. Oczy nie nadążały karmić receptorów, a mózg nie nadążał przetwarzać informacji.

Faceci jak dzieci. Rzuciliśmy wszytko i do woooooodyyyyyyyyyy! Oj pięknie było. Rozbiliśmy nasze namioty, ale dziewczynom nie podobało się miejsce i podczas naszej nieobecności same przeniosły namioty na sam brzeg rzeki! Zrobiły nam niezłą niespodziankę bo miejsce było o 100 razy lepsze niż to, które my wybraliśmy. Muszę przyznać że spisały się fantastycznie.

Napisałem wam "w 16 dni 16 stanów" ale w samym Supai spędziliśmy trzy dni/dwie noce. Najpiękniejsze miejsce z naszej całej wycieczki. Siedzieliśmy w wodzie od rana do wieczora. Kolor wody błękitny a temperatura w sam raz! Nie umiem opisać tego inaczej jak: zaje-órwa-biście. Wymyślam sobie wyrazy od czasu do czasu. Ten jest dosyć trafny.

Oczywiście za wodospad też musieliśmy się wgramolić i poskakać ze skały. Co ciekawe, było tam może z 3, max 4 metry głębokości, ale nie dało się podpłynąć pod sam wodospad! Sama moc wzburzonej wody wypychała na bok z wielką siłą.

 

Skakaliśmy tuż obok i wyrzucało na dosyć szybko. Ciekawe doświadczenie. Siła natury? Wodospadu? Coś pięknego.

 

Po skoku z Ukaszem wyciągam łapsko i aprobuję dłonią "OK!" Ale cóż ja tam miałem do gadania. Ba, któż mógł cokolwiek powiedzieć. Przecież jesteśmy w istnym plenerze filmowym rodem z Lord of the Rings.

 

Większe zdjęcie tutaj.

Tak spędziliśmy pierwszy dzień w tym miejscu. Libacja, lekkie żarcie, drzemka po obiadowa. Czas ogólnie płynął tutaj wolniej. Pamiętam, budzimy się rano O kurde! Pewnie jedenasta! A tu tylko ósma! No żyć nie umierać! Zajebiaszczo.

W Indiańskim rezerwacie Supai są trzy wodospady. My moczyliśmy tyłki w dwóch. Pierwszy na zdjęciach to Havasu, a drugi który zwiedziliśmy no si nazwę Moony. Wszystkiego można dowiedzieć się tutaj.

 

Naszą atrakcją oczywiście była lina przywiązana do gałęzi obok naszych namiotów. No chyba Wam nie muszę mówić co się tam działo. Wszyscy skakaliśmy! Bosze, człowiek uwolnił się od świata codziennego i nagle przypomniał sobie jak mało w życiu potrzeba aby być wesołym i uśmiechnąć się od czasu do czasu. A tak na żywo:

 

 

Nic tylko tam nam było zostać na stałe! Skakać od rana do wieczora! Moony też robił niesamowite wrażenie! Wszędzie gdzie widać wodę musieliśmy zmoczyć ... się. Dostać się tam nie było jednak łatwo. Masa zakrętów, troszkę stromej wspinaczki i łańcuchów. Ale warto!

 

Powyżej strome podejście. Dodam że wchodziliśmy tam w sandałach. Hmm, risky business.

 

Bardzo stromo! "Trzeba sobie radzić" - rzekł baca do gaździny zawiązując kierpca glizdą.

 

A pamiętacie piesa. Mówiłem że piesa plątał się koło nas cały czas.

 

Oto piesa w [prawie] całej okazałości. Schował się przed słońcem w jakimś zakamarku, cwaniak jeden.

 

Było co oglądać i w czym pływać. Na fotkach nie widać (nie zrobiłem chyba zdjęć) ale obok nas biwakowało setki ludzi. Z całego świata! Co najciekawsze najczęściej słyszanym językiem był hiszpański i francuski. Niemieckiego też trochę było. Naprawdę, człowiek czuł się w centrum 'raju'.

Nie pamiętam czy to pierwszej, czy też drugiej nocy dziołchy postanowiły robić sobie warkocze. Że się im chciało. No ale zaborcze kobitki każdego z nas chyba zaprzęgły do tego na kilka minut. Katorga jednym słowem. Że się chce ludziom takie rzeczy robić. Nic, przecież to kobitki. Nieprawdaż?

 

I tak nam się te wieczory miło kończyły. Śmiechami i obracaniem się na niewygodnym podłożu. Karimaty zbytnio nie pomagały.

 

W nocy zdążyłem urwać kilka kolejnych fotek, ale ta chyba wyszła najlepiej.

I tak moi drodzy sielankowo mijał nam czas w Havasupai. Zapomnieliśmy o boszym świecie. Chcieliśmy tam zostać na stałe... gdyby to było tylko możliwe. Niestety przed nami jeszcze tysiące mil do zrobienia. Trudno nam było z stamtąd wyjeżdżać, oj trudno.

Oj jak szybko przypomnieliśmy sobie jak ciężkie są nasze tobołki. Po powrocie do wioski już mieliśmy dosyć. Przypominam, idziemy teraz pod górę! W wiosce ukartowaliśmy z Indianami interes. Za $20 za plecak wezmą je helikopterem na miejsce z którego wyruszyliśmy. Musieliśmy jednak kogoś z tym tornistrami wysłać. Pierwotnie miała to być Baśka. Na moich stopach były dosyć bolesne bąble ale bez ekwipunku spokojnie bym się na górę wygramolił. A tutaj cała paczka wywinęła mi świntucha i za moimi plecami zdecydowali że to ja mam polecieć. Wiem że na to nie zasługiwałem, było mi bardzo niezręcznie, wręcz głupio. Baśka na samym początku miała lecieć 'kopterem. Sama podeszła do mnie i utwierdziła mnie w postanowieniu  reszty. Czasu było mało, podziękowałem wszystkim i wpakowałem zadek do 'koptera.

 

Całą trasę która zajmuje około czterech godzin lot skraca do pięciu minut. Widoki zaparły dech (ponownie). Nie umiem tego inaczej opisać czy porównać do czegokolwiek. Taki horyzont widzę po raz pierwszy. Wrażenia mogłem porównać do jakieś duchowej ekstazy. Słowa są zbędne.

 

Po kilkuminutowym locie docieram na miejsce razem z tornistrami. Ja to cały czas wale jakieś głupoty. Napisałem tornistry ponieważ jak pierwszy raz zapytałem o plecaki, to zamiast plecaki powiedziałem tornistry. Reszty już wam nie muszę mówić. Pośmiewisko mieli ze mnie przez resztę wycieczki. A tych przejęzyczeń to niestety miałem kilka. Drugą wpadkę jaką pamiętam to jak walnąłem Lambork, zamiast Malbork. No to już wstyd, co nie?

Będąc na górze pozostaje mi około czterech godzin oczekiwania na resztą. Zaniosłem plecaki do vana, posprzątałem go na tyle na ile mogłem tak, aby wszyscy mogli jak najwygodniej rozłożyć swoje umęczone gnaty. Potem usiadłem sobie na skarpie. Pozostawiając z samym sobą i tym gigantycznym krajobrazem zacząłem rozważać na kwintesencją mojej egzystencji...

Po jakimś czasie zauważyłem niedaleko ode mnie gostka który również oczekiwał na ziomków. Byliśmy tylko my, więc gadka się szybko rozwinęła. Gostek zakochany w Arizonie, przeprowadził się bodajże z Kalifornii i Grand Canyon jest miejscem często przez niego i jego znajomych odwiedzanym. Przyznam że skrycie mu tego troszkę zazdrościłem, bo gdybym nie miał większych zobowiązań w życiu, to też walnąłbym wszystko i przeniósł się tam. Nigdy nie byłem w Arizonie, a powiem Wam że ten stan po prostu mnie oczarował.

Wreszcie dostrzegam naszych zmęczonych rycerzy na środku pustyni dzięki lornetce jakiej użyczył mi Jason. Tak miał na imię ten student prawa.

 

 

Malutcy! Na zdjęciu widać takie kolorowe kropeczki. Żeby jednak oddać ogrom i skalę zachęcam to obejrzenia tego krótkiego filmiku:

Nic dodać, nic ująć.

W vanie mieliśmy jeszcze wodę. Wszyscy byli bardzo spragnieni, a resztki wody użyli do przemycia umęczonych stóp. Z butów nie zostało nic.

 

Podczas naszego zwijania się do wyjazdu na parkingu kręciły się konie. Indianie nie przejmowali się uwiązaniem ich, ponieważ nie było dokąd iść. Wszędzie przepaść. No to spacerowały sobie tak bezpańsko wokół nas.

 

A my? My wyruszamy dalej! Następnym celem i tematem kolejnego mojego wpisu będzie: Hoover Dam / Zapora Hoovera.

 

Zapraszam.

 

A co działo się u Mario przez ten były tydzień?

1. Problemy z internetem! Mój ukochany ISP (Internet Service Provider) firma Comcast fórwia mnie do potęgi. Najpierw problemy z łączem, potem że niby mój router a teraz sam ich zakichany modem nie działa. Można się nieźle zdenerwować! Nawet nie wiem jakim cudem byłem się w stanie podłączyć, bo przez ostatnie 3 dni modem nie działał. Wyłączyłem z prądu na kilka dni i nagle robiło mu się lepiej. Nic, nie liczę na szczęście i w środę będzie u Mario serwis i sprawdzi wszystko. To tyle z netem.

2. Kilka dni temu wpadł do nas do pracy jakiś gostek pięknym 1972 Buickiem GSX! Prawdziwy i bardzo rzadki okaz muscle car. Buick nigdy nie był znany z aut sportowych ale ten razem z Grand National są legendami i obiektem pożądania wielu fanów motoryzacji. Zrobiłem oczywiście parę fotek telefonem. Sorry za słabą jakość zdjęć. [Wpis z niczym nie związany :P ] Eh, ale autko!

 

 

 

 

Can you say: Pedal to the metal!?  Większe zdjęcia tutaj.

3. Gram? Tak, gram! Jestem z tego bardzo zadowolony! Bardzo trudno jest wygospodarować czas ale trzeba. Przeważnie wieczorami pukam w MGS4, nic dla Was sensacyjnego, ale dla mnie na wagę złota! Na tę grę wygospodarowałem około godziny dziennie. Nie jestem jakimś tam zaawansowanym em-gie-esowcem, ale idzie mi całkiem dobrze. Rozdział trzeci bodajże. Zbędnym będzie komentowanie gry. Dodam tylko że na moim starym gramofonie dźwięk w 5.1 robi ogromne wrażenie i trzyma grę w kinematograficznym klimacie. Drugą grą będzie wam mniej znane Final Fantasy XI Online. Mało się o tym mówi, ale w Stanach nadal utrzymuje się na czwartej bodajże pozycji w rankingu MMO. Mnie to mało obchodzi. Jestem jakoś hipnotycznie w tej grze zakochany i nie potrafię się od niej oderwać. Pracuję obecnie nad moimi zdolnościami wędkarskimi. Level dopiero 11 bodajże, ale już 140,000GIL już na koncie sobie odłożyłem. Nie wróże sobie wielkich sukcesów w tej grze ale jak dla mnie ma ogromną zaletę. Wszystko w grze jest bardzo trudno do zdobycia, a jak już zdobędę to mam z tego ogromną satysfakcję. Jestem w Linkshhell ale mało się udzielam, no bo z czym i do kogo. Ale krótko: lubię!

4. Czemu Mario nie robi recenzji gier? Po co! Gram w to co lubię. Nigdy nie krytykuję kogoś za to że nie jest taki jak ja. Każdy z Was gra w to co lubi, a co do recenzji to byłbym tragicznym recenzentem. Poza tym, w porównaniu z większością z Was jestem wapniakiem. Swoje już widziałem, w kilka gier zagrałem i moje podejście do gier z pewnością różni się od waszego. Więc nie zanudzam. Zawsze ktoś może powiedzieć że moje wpisy są cholernie nudne, no i co w tedy?

5. Moja kolekcja [gier i nie tylko]. Hmm... To bardzo ciężka sprawa. Jak już pisałem miesiące wcześniej tutaj, nie będzie mi łatwo wam cokolwiek pokazać. Kolekcjonuje od 1993 roku i prawie wszystko jest tu:

 

Będę starał się od czasu do czasu coś wygrzebać i wam pokazać. Na forum natomiast pochwaliłem się paroma rzeczami. Zerknij tutaj. W zamian za to wspomnę co udało mi się od czasu do czasu zdobyć.

6. Książka i muzyka. Oprócz miesięczników Nintendo Power czytam obecnie dwie takie pozycje. O jednej już mówiłem: Metal Gear Solid autorstwa Raymonda Bensona. Druga to coś całkiem odmiennego. Left Behind A novel of the Earth's last days autorstwa Tima LaHaye i Jerrego Benkinsa. Fabularne, mocno chrześcijańskie spojrzenia na początki końca świata oczami bohatera Raymonda Steele. Jest to moja druga książka owego autora LaHaey. Co dziwne, jak w filmach uwielbiam fantastykę tak w książkach odwrotnie. A jednak sposób w jaki autor opisuje te apokaliptyczne wydarzenia, tak mocno wciąga i przykuwa moją uwagę. Z muzyką troszkę gorzej. Powiem nawet: tragicznie. Jestem całkiem odizolowany od jakichkolwiek wpływów muzycznych. Powoduje to że często odkrywam utwory za późno. Nie potrafię nikogo zaskoczyć moją muzyką. Przyznam, na moim odtwarzaczu mp3 mam ponad 10,000 utworów, ale na pewno nikogo niczym bym nie zaskoczył. Smutne to trochę, wiem.

Jednak w tym moim ubogim straganie akustycznym znalazłem całkiem przypadkiem dwa utwory, które wpadły mi w ucho.

  1. Chicha Libre - Indian Summer, link tutaj

  2. Fisherspooner -The Best Revenge, link tutaj

Sami teraz zdajecie sobie sprawę jak zróżnicowane i otwarte są moje poglądy muzyczne. :P

7. SWAG (mój swag) - to wyraz bardzo często używany np. w środowisku graczy, zbieraczy fanów i kolekcjonerów pokrótce opisujący rzeczy, gadżety , stuff ogólnie trudny do zdobycia i nie przeznaczony do sprzedaży detalicznej. Swag'iem może być np. koszulka lub naklejka rozdawana w ograniczonych ilościach na koncertach lub promocjach nowych produktów. Prostym przykładem może limitowana edycja panelu frontowego GTA4 do Xbox 360, która nigdy nie była produkowana seryjnie. Rzadki swag często osiąga wysokie ceny na portalach aukcyjnych. Bardzo rzadko wyraz swag opisuje rzeczy ogólnie dostępne. Gracze jednak potocznie używają tego wyrazu do opisania swoich kolekcji przedmiotów związanych z grami, jak np. koszulki, czapki, figurki czy magazyny. Jednym słowem, jak masz kolekcję gier i oprócz nich masz masę pierdółek, to spokojnie możesz powiedzieć That's my swag. Z racji mojego bzika na punkcie zapachu świeżego druku pozwoliłem sobie na kilka nabytków.

  • Zelda Phantom Hourglass CE OSG (Colletor's Edition Official Strategy Guide) wydawnictwa Prima Games
Jakość, detal, ilustracje! Coś pięknego. Prima Games postarało się nawet o kilka dodatków jak zakładka, malutki prolog i duża mapa. Coś przecudownego. Dla mnie poradnik jest nieodzowną częścią gry. Po przejściu gry bez żadnych oszukaństw zaglądam wtedy do poradnika i ponownie przechodzę grę starając się zdobyć wszystko to co mogłem ominąć grając pierwszy raz. Pewnie, że wszystkie te informacje są dostępne na necie, ale nic nie pobije zapachy czcionki na kolanach podczas gry. Jest to moje osobiste widzimisię i pewnie dla wielu wyda się głupim lub czystym marnotrawstwem kasy. Ja widzę to całkiem inaczej, więc nawet nie zamierzam się nikomu przed niczym tłumaczyć. 
 
  • Hobby Japan - miesięczniki
To już inna beczka. Bardziej z walorów czysto estetycznych, lubię wszystko co związane jest z dobrą mangą, anime oraz światem figurek i modeli. Sam nie mam ich wiele, ale uwielbiam oglądać te japońskie magazyny. Dzięki Bogu że to ponad 380+ stron samych ilustracji, bo języka nie znam.
  • Nintendo Power - miesięczniki
Jak Mario może się obyć bez NP? Ano nie może! Prenumeratę mam już od 1993. Czytam, czytam i czytam. Tutaj nie będę się rozpisywał ani was zanudzał. Mój nik sam wszystko tłumaczy.
 
7. Wasze gramsajty. Jak to jest? Co Mario śledzi na Gramie. Jest wiele gramsajtów które aktywnie czytam, może nie zawsze komentuję z braku znajomości tematu, ale jednak czytam. Jest wiele osób, które prowadzą genialne strony i potrafią pisać w tak ciekawy sposób że z niecierpliwością czekam na nowe wpisy. Przytoczę tutaj kilka przykładów, proszę nie obraźcie się że nie przytoczyłem właśnie twojego, ale jest to czysto nie możliwe.
 
ja.gram.pl/kul - jego wiedza na temat MGS jest miażdżąca, jego wpisy są bardzo rzeczowe i zawsze potrafi zaciekawić. Prywatnie - Ziom!
 
ja.gram.pl/prosiaq - tym wpisem rozbawi mnie do rozpuku
 
ja.gram.pl/master matrox - skromny, poważny i interesujący gracz
 
Image Hosted by ImageShack.usja.gram.pl/Wayzin - bardzo dobry wpis, przeczytaj tutaj
 
Bosze, kiedy ja skończe ten wpis!? Czytelniku. maż już dosyć? :p
So, as you can see I'm a pretty busy guy these days. Ciągle coś się dzieje w moim malutkim światku i umyśle. I widzicie z kim się dzielę tym wszystkim ? Z Wami moi drodzy. Niestety moi najbliżsi przyjaciele nie dzielą ze mną moich zainteresowań, ale o tym już nie jeden raz wspominałem. Człowiek chyba zawsze będzie skazany na taką izolację. Nie jest mi z tym źle, bo uwielbiam to co robię, ale od czasu do czasu bardzo chciałbym fizycznie gdzieś pójść, zagrać, pogadać z kimś o wspólnych zainteresowaniach. No a tak to dupa. Drugą stroną medalu jest Gram.pl dzięki któremu wymieniamy się swoimi poglądami.
 
No to tyle. kończę już i nie zanudzam więcej. Pozdrawiam i życzę wszystkim przyjemnego grania i gramowania.
 
P.S. - problemy z netem mam nadal, a to że byłem w stanie opublikować ten wpis to czysty ok-zbiekoliczności. Odwiedzę gramsajty w ramach moich skromnych możliwości.
 
Dodatkowe ozdrowienia dla NuGGeta (gdzie on jest) i dla Melci która już dawno na gramie się nie pokazała.
 
Amen.
 

komentarzy: 65Piątek, 19 września 2008, 06:08

666

 

And the Devil has its day.

* * *

Apokalipsa (Objawienie) 20:2, Biblia Tysiąclecia) (7)

A gdy się skończy tysiąc lat, z więzienia swego szatan zostanie zwolniony. 

komentarzy: 66Środa, 17 września 2008, 05:32

Road Trip - czyli w szesnaście dni dookoła USA, cz.3

 W dół idziemy.

 

Jest tego materiału trochę.

Droga na dnie kanionu jest niesamowita. Czerń, czerwień, brąz i zieleń. Plecaki wżynają się nam w ramiona. Szczególnie Plince, ale ona jest niesamowicie twarda i zaradna. Nie daje po sobie oznaki zmęczenia. Trzeba przyznać że dziewczyny też nie miały lekko. Okazały się mocne i zawzięte. Wiadomo, musimy wszyscy zejść razem, nie mamy innego wyboru. Dziewczyny jednak dzielnie sobie radzą

 

Większe zdjęcie tutaj.

Podczas tego spacerku niestety rozwaliły mi się buty. Buty do hikingu, ale już stare. Nie wytrzymały kamieni i piasku. To oznaka mojej amatorszczyzny i niedocenienia natury. W połowie drogi pojawiły się na moich stopach duże bąble. Iść jednak trzeba. Puściłem kącikiem ust cholerę jasną od czasu do czasu, a jak poważnie zabolało to i órewka się wymsknęła. Ale to moja wina. Masz teraz spacerek - pomyślałem sobie.

Widoki. Przynajmniej tyle że jest na czum oko zawiesić. Jest tutaj dużo różnorakiej roślinności. Przeważnie kaktusy.


cactus'

Większe zdjęcie tutaj.

A tutaj Ukasz schwytał obiektywem jaszczurkę.


lizzard

Większe zdjęcie tutaj.

Wlokę się za całą naszą paczką. Ciężko mi. Oczywiście nikomu nic nie mówię. Stopy bolą. Z drugiej strony otaczający mnie krajobraz całkowicie odrywa mój umysł od ciała. Nie czuję nic. W myślach rozmawiam ze sobą o tematach głębszych niż ten kanion. Atmosfera sprzyja refleksjom nad sobą.


Aparat praktycznie na chodzie cały czas. Przystajemy na kilkuminutowy odpoczynek. Plecaki nieźle nas wbijają w ziemię. Gasimy pragnienie Nałęczowianką, którą zakupiliśmy wyjeżdżając z Chicago. Tak, tak, nasza nałęczowianka jest w prawie każdym polskim warzywniaku.


Gul, gul, gul. Ufff jak gorąco!

 

Najgorzej się idzie po piachu. Stopy zatapiają się weń i wykręcają w niepożądanych kierunkach. Niewygodne. Spowalniające marsz. Jeżeli możemy, idziemy po bardziej kamienistym podłożu. Dużo właściwie nie rozmawiamy. Oszczędzamy siły. Mijamy kilkakrotnie turystów powracających z owego miejsca. Każdy mówi że blisko. Ale gdzie jest to blisko?


Nie sposób jest dać oprzeć się urokowi tego miejsca. Jesteś zmęczony i niby z ciebie siły ulatują, ale skały i ich zawiłe ścieżki tylko nakłaniają do dalszego marszu.


Formacje skał potrafią wzbudzać wyobraźnię. Kojarzę plenery z Halo 3. Poniżej zdjęcie iście z planu filmu Indiana Jones.


Większe zdjęcie tutaj.

Cały ten marsz przetestuje każdego mało wysportowanego osobnika (czyli mnie np). To że rozwaliły mi się człapacze wcale nie polepszyło sytuacji. Stękniemy od czasu do czasu tu i tam, ale wleczemy się na przód. Coraz bliżej, coraz bliżej. Kurde, wmawiamy to sobie od 4,5 godziny i jakoś nic nie widać?

Po tych katorgach stopowo-ramiennych docieramy chyba do celu. Chyba, bo najpierw wchodzimy do zabitej dechami indiańskiej wiochy. Przechodzimy przez mały mostek. W strumyku jest kryształowa woda.

 

A we wsi jest odwrotnie. Brudno. Cała okolica jest niesamowicie zaśmiecona i zaniedbana. Kubki, puszki, butelki, plastikowe torby. Wszystko. No i masa końskich odchodów wszędzie się wala po ulicach. Mówię ulicach w jak najluźniejszym tego słowa znaczeniu. To nie są ulice. To są dróżki. Dróżki zapchane otyłymi Indianami, turystami i kundlami. Zaraz zresztą przyczaił się do nas ten piesa. Piesa nie odstępuje nas przez cały czas naszego czołgania się przez tą wieś, o której sam Winnetou zapomniał. A jak mi ktoś powie że VineTół nie istniał to zrujnujecie mi dzieciństwo! Piesa nie gryzie, ale się nie łaszczę. Piesa nas śledzi! Ejdżent dabul-oł-piesa!

Wiocha.


Jak skurczysyn! Na szybko: nic nie robią, wyglądem nie różnią się zbytnio od Meksykanów z Chicago, jedzą fast -foody, żyją z dotacji rządowych i wszyscy maja darmowy internet Wi-Fi. Jeden z zapytanych lokalnych kompletnie nie miał pojęcia o historii swojego plemienia. Jakieś 600 lat istniejemy. Tyle.

Bosze!

 

Mamy wszyscy wrażenie jakby ci Indianie mieli wszystko w d.... W sklepikach nie ma żadnego zdrowego pożywienia. Same batony, napoje energetyczne i czipsy. Nic dziwnego że wyglądają jak wyglądają. Nie jestem chudy, ale w porównaniu z nimi tak wyglądam. Rozglądamy się jeszcze. Mijamy zamkniętą szkołę publiczną, jakieś biuro turystyczne i kolejny sklepik. Wszędzie psy!

dog

A nad nami helikopter lata z toj-tojami!

Toj-Toje!

Dochodzimy do miejsca przypominającego główny plac. Rynek - of some sort. Masa piachu. Lokalni dorabiają na transporcie turystów i bagaży z miejsca w którym zaparkowaliśmy auto. Właśnie przyszła ostatnia dostawa. Zaopatrzenie sklepów także jest dostarczane w ten sposób. Wszystko to idzie im bardzo powoli. Lokalny bar ma jakąś przeróbkę. Nawet nie chcę myśleć jak ten materiał dostarczono na dół.

Village

I jeszcze kilka dodatkowych fotek...

village

village

village

village

village

Koniec odpoczynku.

Po podładowaniu się marsami, snickersami i monsterami dostajemy chwilowego kopa. Cukier, kofeina, guarana i te inne pierdoły zaczynają dosyć szybko działać u reszty bandy. Ja, stary kawosz, mam tolerancję to tego świństwa jak 30-letni alkoholik. Nic a nic mnie to nie rusza. A Red Bull (też był!) to mnie nawet nie tyka.

Mamy już dosyć całego tego patałaszenia się. Chcemy zejść do tego zakichanego miejsca biwakowego i najprościej na świecie sobie odpocząć. Po drodze mijamy cmentarzysko, które wyglądem raczej przypomina wysypisko. Smutne...

village

No a za nami cały czas plątał się ten kundelek. Nazwałem go Mylo, bo podobny do psa z filmu Maska. Taki fajny piesa.

dog

No i jesteśmy na miejscu!

village

A co za tym zakrętem nas spotkało? O tym dopiero za tydzień. Opiszę jak to miejsce się zwie i gdzie się znajduję. Specjalnie nie podawałem nazwy, abyście nie pytali wszechwiedzącego bóógle. Powiem tylko że widoki przeszły wszelkie nasze oczekiwania. Dorzucę może jakiś filmik do tego?

Zdradzę także że następnym naszym przystankiem będzie Hoover Dam.

 

A co u mnie piszczało przez ten były tydzień?

Chory. Cały tydzień mam grypę. Świństwo nie chce się ode mnie odczepić. Naładowany czymkolwiek się da. W pracy nie byłem jeden dzień.

Przywróciłem GS do prostego widoku ponieważ kompletnie nie mam pojęcia na wygląd. Szukam czegoś prostego i estetycznego. Bardzo spodobał mi się wygląd Laska-z-Polski no i może zaczerpnę od niego jakiegoś pomysłu. Mam nadzieję że nie będziesz miął nic przeciwko temu?

Nie będę jeszcze kupował/budował nowego kompa do gier bo niestety mam inne priorytety. Marzy mi się taka fajna maszynka, ale może poczekać. Świat się nie skończy, a gier tylko przybędzie.

old pc

Komputerek z Vistą i Quadem jako PC do pracy spisuje się w sam raz. Nawet do nowego OS się powoli przyzwyczaiłem. Jest OK!

Od kilku dni w mojej pracy pojawia się modliszka. Cały czas w tym samym miejscu.  Nic a nic się nie rusza. Zafascynowany tym robaczyskiem pstryknąłem fotkę moim starym kodakiem.

Praying Mantis

Praying Mantis - po angielsku fajnie to brzmi, jak Boss z gry MGS!

Do nowych nabytków przybyły mi filtry UV do aparatu + statyw.

Canon S5 IS

Ciekawostką będą także moje nowe malutkie nieśmiertelniki firmy Koro Koro z Japonii. Link tutaj (na samym dole strony).

MGS4 Dog Tag Straps in capsules

MGS4 Dog Tag Strap - front

MGS4 Dog Tag Strap - back

MGS4 Metal Gear Solid 4 Dog Tag Straps - Raiden, Meryl, Johnny, Old Snake, Liquid Ocelot i Vamp. Moja skromna kolekcja MGS powoli się powiększa. Tutaj ponownie muszę podziękować Kulowi za jego spostrzegawczość. Dzięki niemu zdobyłem taką oto rzadkość:

Nowela oparta na grze Metal Gear z 1990 roku wydawnictwa Scholastic, Inc. Jest to niesamowitą ciekawostką, ponieważ nigdzie w książce nie ma podanego prawdziwego developera, Konami, tylko Ultra Games, którzy byli odpowiedzialni za port oryginalnej gry z japońskiej konsoli MSX na amerykańskie Nintendo NES. Nowelka autorstwa F.X. Nine praktycznie nie ma nic wspólnego z serią Metal Gear, tym bardziej że została wydrukowana bez licencji ze strony Nintendo.

Scholastic: Metal Gear

O Nintendo mowa! To moja pasja, czas zatem coś o N wkładać do tego bloga od czasu do czasu. Całkiem przypadkiem podczas zakupów w warzywniaku (których nie lubię robić) natknąłem się na takie oto edible Nintendo. Lizaki z Mario, Yoshi, Link i Donkey Kong. Kupiłem oczywiście, no bo jakby inaczej. Strasznie to tanie, za całe pudełko chyba 6USD. Oczywiście produkt licencjonowany, no bo jakże by inaczej, firmy Ausome Candy tutaj.

Nintendo Jelly Pop candy

Gramy w coś?

Jak już Wam mówiłem wcześniej nasz telewizorek odmówił kooperacji. Ale na ratunek przyspieszył mi sąsiad z góry. Przytachaliśmy jego silver screen i o dziwo, mocowanie pasowało do poprzedniego tv! Eh, te standardy amerykańskie! Czasem się przydają. Podpiąłem tak na mniej więcej. Żeby tylko wisiało i dało się grać. Dobry sąsiad nie tylko przytachał tv, ale i skrzynkę piwa! No to jak mogłem go nie ugościć! W tym tygodniu dorwałem za grosze Excite Truck na Wii. Bosze, co się działo! On nigdy w Wii nie grał!

Nawet nie muszę Wam mówić jakie jaja się działy! Órewki się sypały co chwilę. Szybko mu to poszło, cwaniak jeden, o mało co nie przegrałem z nim! Na koniec jednak zabawy było sporo. Zagryźliśmy wszystko pizzą i pośmialiśmy się trochę. Seryjnie, nie ma nic śmieszniejszego niż dwóch starych grubasów grających w Wii. ehh...

Playing Wii

No i teraz trochę skłamałem co kilku. Na kilku blogach powiedziałem że nie gram w wyścigówki. Technicznie nie, ale Mario Kart i Excite Truck wymiatają. Następnym dodatkiem będzie pewnie Burnout na PS3, bo mam tylko jedną grę - MGS4. No a poniżej taka szybka fotka moich konsol w domu. Mały zorganizowany bajzelek i masa kabli. Uwielbiam!

Consoles

***

Wy świntuchy! :P

Stuknęło 8000+ wizyt! Kłaniam się do pasa, bo niżej już nie mogę :]

komentarzy: 50Wtorek, 09 września 2008, 03:36

Road Trip - czyli w szesnaście dni dookoła USA, cz.2

Dobra. Jadę dalej z tym koxem.

Grand Canyon, Flagstaff, Arizona.

Image Hosted by ImageShack.us

Częstuję was kolejnymi fotkami. Jesteśmy na Northern Rim.

Image Hosted by ImageShack.us

Ogrom przestrzeni jest przerażający, mistyczny, a nawet przytłaczający. Cóż ja wam będę opowiadał. Mówiłem że mamy masę fotek i filmików. Obejrzyjcie to razem z nami. Z samego rana jest bardzo zimno i wietrznie:


Podchodząc do krawędzi prezentuję się nam bardziej okazały widok.

Image Hosted by ImageShack.us

Większe zdjęcie TUTAJ 

A tu Vera troskliwie 3ma Ukasza. Fakt, jak spaść to razem, będzie raźniej :P

Image Hosted by ImageShack.us

Być w takim miejscu i nie walnąć pamiętliwej fotki to grzech. Nieprawdaż?

Spacerujemy bardzo powoli. Cieszymy się wszyscy tym widokiem. Wraz ze wschodem słońca stosunkowo szybko zaczyna robić się cieplej. Naszym punktem docelowym jest taras widokowy. Tutaj zbliżamy się do celu...

Image Hosted by ImageShack.us

A naszym oczodołom ukazują się takie oto widoczki. Szczerze, zatyka.

Image Hosted by ImageShack.us

Większe zdjęcie TUTAJ

Plinka zażywa kąpieli słonecznej.

Image Hosted by ImageShack.us

Jakoś wszystkim czas spowolnił. Ładujemy baterie. To wszystko działa na nas jakoś hipnotycznie. Zawsze widzieliśmy takie obrazy tylko w TV. Nic nie jest w stanie opisać co się działo w naszych umysłach. Człowiek nagle stanął twarzą w twarz z milionami lat natury. Ja przynajmniej zdałem sobie sprawę jakim małym i nic nieznaczącym stworzeniem jestem. Z drugiej strony czujesz się wielki. Tak jakby natura chciała Ci to wszystko oddać w jednym wdechu powietrza. Dziwne to wszystko.

Image Hosted by ImageShack.us

Większe zdjęcie TUTAJ

Zrobiliśmy setki zdjęć, których oczywiście nie jestem Wam w stanie włożyć na raz. Mam założone konto na Flickr, a w moje urodziny zafunduję sobie wersję PRO. Wtedy wrzucę większość zdjęć i jak będzie ktoś miał troszkę czasu to se pooglondo.  Na koniec też gdzieś się musiałem wgramolić.

Image Hosted by ImageShack.us

 

Descent.

Następnym celem naszej wycieczki jest niebo na dnie piekła. Jeżeli przyjmiecie że kanion i jego dno to piekło, to następnym razem doznacie szoku wzrokowego, bo żaden z Was (ja zresztą też przed wyprawą) nie zdaje sobie sprawę z tego co się na dole kanionu kryje! Czysta perła! Ale o tym później.

Teraz nadszedł czas w którym kończą się przyjemności bo schodzimy na dno kanionu! Tak! Girami! (UWAGA: TIP! Giry! W jakim regionie polski tak mówią? Wiecie?)

Ok, ok, uprzedzam troszkę fakty. Najpierw musimy dojechać do wyznaczonego miejsca gdzie można zaparkować auto. Autostradą musimy robić kilkaset mil. Ukasz dzięki swojemu dż-pi-esowi stwierdza, że możemy jechać na skróty. 50-60 mil.

Hej! Dobrze brzmi! Dawaj! Wiec jedziemy. No i pojechaliśmy. Tyle tylko, że nagle okazało się że dróg na mapie nie było, GPS cały czas mówił nam recalculating. Recalculating strasznie mnie fqurvyauo! Jednym słowem (dwoma słowami :P) - zgubiliśmy się! Savanna, preria, czy pustynia. zwij to jak chcesz. Nie mamy kompletnie pojęcia gdzie jesteśmy! Wszędzie gdzie rzucisz okiem, pustynia!

Nie wiemy gdzie jedziemy. Droga gdzieś nas musi prowadzić. GPS informuję - zły kierunek. Choroba jasna! Do stu tysięcy worków mąki! Nic nie ma dookoła nas. Są jakieś zagrodzenia, krów wszędzie pełno, ale gdzie okiem sięgnąć nie ma żadnego budynku! Żadnego znaku? W niektórych miejscach musimy wyjść z auta. Droga jest bardzo wyboista. Czasami jest tyle kamieni, że idziemy przed vanem i odrzucamy je na bok, tak aby Baśka spokojnie mogła przejechać. Wszystko to nie wygląda ciekawie. Ukasz jest trochę zły, my też, ale nie na niego. Dobrze chłopak chciał. Przecież nikt z nas tutaj wcześniej nie był. No nic. Jedziemy, przecież ta droga musi gdzieś prowadzić.

Image Hosted by ImageShack.us

Za nami pozostają tylko zadymy kurzu. Po kilku godzinach jazdy wreszcie jakiś znak cywilizacji!

Image Hosted by ImageShack.us

Boquillas Ranch, Arizona. Świetnie, nie. Nie! Wjechaliśmy na prywatny teren łowiecki! Kilka instrukcji na tablicy oraz zeszycie który jest w środku metalowej skrzynki. A tam piszę coś mniej więcej tak:

  • wjeżdżasz na własną odpowiedzialność
  • nie parkuj 1/4 mili od wodopoju
  • nie karm zwierząt
  • wpisz listę osób, pojazd i dane kontaktowe
  • obowiązują prawa stanu Arizona
  • ostrożnie! prawdziwa amunicja!
  • itp, itp.

Czyli jak nam się coś stanie to nikt nam nie pomoże. Najwyżej będą wiedzieli że do polskiej ambasady będzie trzeba dzwonić. Śmiejemy się, ale seryjnie nie jest nam do śmiechu. Grozi nam spóźnienie się do naszego punktu docelowego. Czasem zobaczymy coś na poboczu, o ile można nazwać to poboczem. Tutaj jakieś stare auto. Coś pewnie z lat 70-tych.

Image Hosted by ImageShack.us

Reszta trasy jest jednak zajebiście monotonna. [DO NOT] Exercise your mind! Można dostać kociokwiku!

Image Hosted by ImageShack.us

Serio!

Po wielu trudach wreszcie dojechaliśmy do czegoś co można było nazwać asfaltem. Uff. Kobiecy głos GPS tym razem już nie denerwował. Zaraz obrał odpowiedni kurs! Zgubić się jednak to było coś innego, ciekawego. Planując wycieczkę dobieraliśmy tylko punkty docelowe, a o resztę mieliśmy się martwić na miejscu. Moteli także nie rezerwowaliśmy. Braliśmy to co jest po drodze. To wszystko wrzucone razem w ten kocioł wycieczki ugotowało nam dosyć dobre przeżycia. Wycieczka rozpoczęła się na prawdę interesująco.


Parking. W dól. Przez piekło drogą do nieba.

Parking. 03/08/2008 4:17AM.  47 415mil na liczniku. Jesteśmy w pewnym miejscu w Arizonie. Nie mówię gdzie, abyście nie popsuli sobie apetytu.

Image Hosted by ImageShack.us

Na zdjęciu satelitarnym powyżej widać gdzie parkujemy auto. Czerwona linia to początek naszego 17-kilometrowego marszu w dół tej dziury. Rozglądamy się wokół. Lokalny Indianin informuje nas że rzeczywiście jesteśmy w dobrym miejscu. Auto możemy zaparkować w pierwszym lepszym miejscu. Podobno zejście może trwać od 3 do 6 godzin. Rozglądamy się po okolicy...

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Mały helikopter pracowicie zajmuje się dostarczaniem żywności oraz toj-toji do wioski usadowionej na dnie dziury. Lata co kilkanaście minut. W tę i z powrotem. My natomiast otwieramy dupsko naszego wypchanego po brzegi śmieciami Dodga i segregujemy tobołki. Tam gdzie idziemy spędzimy dwie noce pod namiotami!

Image Hosted by ImageShack.us

Bierzemy ze sobą wszystko to co najbardziej potrzebne: pianino, klocki lego, kołowrotki, bulbulatory i inne przyczepy do tryskawic. Jednym słowem wszystko to co nesesary :D

Podchodzę do brzegu przepaści. Oto co widzę!

Image Hosted by ImageShack.us
Większe zdjęcie TUTAJ (1920x1440 1mb)

Zerkam jeszcze na otaczające nas samochody. Na trzy dni uciekniemy od rzeczywistości. Co nasz czeka? Sami nie wiemy. Widzieliśmy kilka fotek na necie, które wyglądały jakby były zrobione w jakimś programie komputerowym i podkręcane w Photoshopie.

Image Hosted by ImageShack.us

Tą stromą i zawiniętą jak żmija trasą schodzimy w dół.

Image Hosted by ImageShack.us

Dalsze fotki pokazują Wam naszą trasę. Idziemy dnem koryta strumienia. Podczas ulewy można wpaść w niezłe tarapaty. Można - myślę do siebie - ja już wpadłem.

W dół.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Maszerujemy ku niebu! Ale o tym w następnym wpisie, prawdopodobnie w piątek lub sobotę.

Będą fotki z dna kanionu, nasze spocone i przygniecione ciężarem postury, kaktusy, jaszczurka, o kilometrach i jak ujrzeliśmy raj. Bo takie wszyscy mieliśmy wrażenie.


A teraz powracając do poprzedniego wpisu.

1. Co do apelu o sklepsajt. Nic nie wskóramy a oni nic nie usuną. Ok, przecież wszyscy to wiemy. Co mnie cieszy to to, że większość z aktywnych i ciekawych blogerzystów głosowało. To jest ważne. Nawet Akne odpowiedziała w ten sposób:

http://forum.gram.pl/forum_post.asp?tid=35166&pid=860

Była jakaś reakcja. A ja, co mam jej odpowiedzieć? Nic, bo Nasze głosy mówią same za siebie. To mnie cieszy.

Jeżeli jednak uważacie abym dał sobie z tym spokój to napiszcie mi.

2. Coś ciekawego miałem pokazać co pokazałem Kul'owi. A mianowicie to:

Kliknij TUTAJ

Obecnie jestem w posiadaniu MGS4 z autografem Davida Haytera, odpowiedzialnego za głos Snejka. Fotka i link wyżej. Pochwaliłem się również tym na Forum: Kolekcje Gier - Zdjęcia TUTAJ.

3. Komentowanie każdego ciekawego blogu jest dla mnie nie możliwe. Jeżeli można, to dajcie mi znać abym wpadł do Was i zerknął cóż tam u Was za biurkiem piszczy.

4. Mam także fajny rarytas z autografem Hideo Kojima. Już jest na necie, ale jak nie znajdziecie, to będzie oczywiście w następnym wpisie. Co do tego rarytasu, pracuję nad czymś bardzo trudnym do zrealizowania. Mam małe trudności, ale opiszę potem.

5. Sam się muszę wylansować. Sorry nie NISZCZCIE mnie za to, bo robię to chyba po raz drugi. Ci którzy czytają mojego bloga pierwszy raz zapraszam do przeczytaniu wpisu o tym jak poznałem osobiście prezydenta NoA (Nintendo of America), Reggiego TUTAJ

Po chamsku wpierniczam fotkę. Sorry, musiałem. Ale jak chcecie mnie zjechać od góry do dołu to spoko. Nie zginę.

Image Hosted by ImageShack.us

To tyle! Do zobaczenia w następny weekend!

komentarzy: 59Piątek, 05 września 2008, 23:19

Road Trip - czyli w szesnaście dni dookoła USA, cz.1

 

Ta morda powyżej to ja w swojej [nie]okazałości.

Witam!

No to jak? Jedziecie z nami na wycieczkę!? No to w drogę!

Tak! tak! W szesnaście dni w sześć osób (+ minivan) objechaliśmy szesnaście stanów!

Zanim zabiorę się za opowiadanie, dam Wam krótki opis wydarzeń abyście wiedzieli czego będziecie się mogli spodziewać w najbliższych wpisach. Zatem oto dane naszej wyprawy:

  1. Planowana od lat!
  2. 6 osób (Palinka, Vera, Baśka, Ukasz, Łukasz-Łykasz i Ja)
  3. 16 dni
  4. 16 stanów
  5. 1 Dodge Caravan (bardzo niewygodny) $1070,00 USD wynajem
  6. 6055,1mil/9744.7km
  7. 11mil/17km w 4,5godz. spaceru na dno kanionu + 2 noce
  8. +/- 10,000 zdjęć/około 25GB materiału (zdjęcia + filmy)
  9. Lot helikopterem nad Wielkim Kanionem (tylko Ja :{ )
  10. Najniższa temperatura: 4C nad Oceanem Spokojnym, Kalifornia
  11. Zgubiliśmy się na prawdziwej prerii
  12. Najwyższa temperatura: 44C w Las Vegas, Nevada
  13. Najwyższe miejsce: 9968ft/3038,2m nad poziomem morza
  14.  Jedno szybkie Wesele jak w Las Vegas
  15. 0 mandatów, 0 dziurawych opon i 0 wypadków - poważnie!
  16. I jedna duża 'kupa' wrażeń, których za nic na świecie nie zamienimy!

O tych wakacjach marzyłem już od dłuższego czasu. nigdy jednak nie mogłem się do tego jakoś zabrać. Nie było czasu, chętnych albo funduszy. Ale gdy się już wszystko zebrało do kupy, materia uległa tak wielkiemu zagęszczeniu że już ni [..uja] się nie dało, nastąpił wielki wybuch! I nagle wszystko zaczęło pasować do siebie jak klocki lego. Zaczęły się szykunki!

 

Na początku były kanapki! Stare dobre polskie Łukasz-Łukaszowe kanapki! Nic tu nie można dodać, ni ująć Ł-Ł (Łukasz-Łukasz) jest absolutnym autorytetem w dziedzinie kanapkologii odbytnie stosowanej. Chcesz się nażreć dobrą kanapachą? Dzwoń do niego! Zrobił ich chyba ze czterdzieści!

Za łączną sumę $1070 USD (16 dni, mile bez limitu + ubezpieczenie) wynajęliśmy 2007 Dodge Caravan w Enterprise. Wszyscy już byliśmy spakowani i 'kolekcjonowaliśmy' się do auta. Kasuje 'trip meter' a licznik pokazuje 45,621 mil.

01/08/2008 21:45 

Oficjalnie spakowani wyjeżdżamy z Chicago! Ukasz uzbrojony w swoją wierną Toshibkę z załadowanym atlasem DeLorme Earthmate GPS LT-20.

 

Ja natomiast wyposażony również w zaawansowany system kodowania danych! Plus narzędzie służące do wprowadzania owych danych.

 

Też nieźle sobie radziłem!

Stan Illinois należy do regionu USA zwanego mid-west. Jest to ogólnie płaski teren, a okoliczne stany słyną z rolnictwa i przemysłu głownie zlokalizowanego koło wielkich metropolii. 

Widoki na początku są nudne, płaskie i pełne kukurydzy, której i tak nie zjesz, a na której na pewno pojedziesz (Etanol).

 

Mijamy różne 'dziury' o których Pan Bóg zapomniał.

 

 

Tankujemy zawsze tam gdzie to możliwe. Rzadko schodzimy poniżej połowy zbiornika. Kasę na paliwo mamy odłożoną. Nie chcemy ryzykować. Podczas naszej wycieczki po asfaltowych żmijach przecinających ten kraj, mijamy setki ciężarówek i aut campingowych.

 

 

02/08/2008 10:45

Mijamy Oklahoma City, OK a za kilka godzin już przekraczamy granice Texasu. Dokładnie o 16:00! Nasz licznik wskazuje już 46,634 mile.

 

Na zewnątrz jest bardzo gorąco i duszno, ale wszyscy chcemy mieć wszędzie fotki, nawet jeśli jest to głupiutkie. Dla Ukasza i Very jest to ostatnia podróż po US przed powrotem. Wszyscy jednak chcemy chłonąć wrażeń! Ja oczywiście wszystko notuje!

Po jakimś czasie czujemy ból w krzyżach. Wyrażamy się [...ewsko] głośno na temat naszych pleców. Zjeżdżamy na pierwsze lepsze pobocze. Trafia nam się ta opuszczona stacja benzynowa na środku pustyni. Mamy wrażenie jakbyśmy się znaleźli na jakimś opuszczonym poligonie nuklearnym, gdzie ostatnie eksplozje miały miejsce za czasów zimnej wojny.

 

 

Długo oczywiście tutaj nie zabawiamy. Ruszamy dalej w drogę i okazjonalnie zmieniamy kierowcę. Baśka okazuje się nie do zdarcia! Prowadzi vana najdłużej z nas. Nawet nie chce ustąpić kierownicy. Widać że babsko lubi być pod kontrolą. My raczej nie narzekamy, bo przynajmniej jakoś się możemy wyspać. Jednak van jest cholernie niewygodny. W naszej poprzedniej wycieczce do Południowej Dakoty mieliśmy Kia Sedonę. Chociaż nie lubię tej marki, to auto było o niebo lepsze i wygodniejsze. Ogólnie wszyscy jesteśmy zawiedzeni brakiem komfortu w tym aucie. :(

Naszym pierwszym celem podróży jest Grand Canyon (Wielki Kanion) często niepoprawnie zwanym przez Polaków tutaj 'kanionem kolorado'. A dokładnie miejscowość Flagstaff w Arizonie.

 

Dojeżdżamy do budynku/muzeum indiańskiego Hopihouse, AZ.

 

03/08/2008 Jest 2:11 rano! Jest jeszcze czas aby złapać krótką drzemkę i na własne ślepia ujrzeć wschód słońca na Północnym Obrzeżu Kanionu. Przez wielu uważanych za to bardziej malownicze, niż strona południowa. Jesteśmy bardzo zmęczeni, ale zachwyceni! jest warto!

6:00. Budzimy się kilka minut przed, wygramoliliśmy się z auta. Jesteś my świadkami niesamowitego wschodu słońca! Obok nas jest motel, z którego również wygramoliła się pewna część turystów aby obejrzeć to samo.

 

Osobiście zabiera mi dech w piersiach. Nasza paczka poleciała do auta nałożyć coś na siebie, ponieważ jest bardzo zimno. Ja stoję jak wryty i patrzę się na to zjawisko jakbym całe życie był ślepy i dopiero teraz przejrzał. Może po części tak jest...

 

Po naszej lewej stronie jest ten właśnie budynek, z którego wydobywają się zaspani turyści. Wszystko pięknie i ładnie gdy właśnie zdajemy sobie sprawę że na trawie pasie się... jak gdyby nigdy nic! Dla mnie szok!

 

 

Osobiście jestem bardzo wyczulony na naturę. Od małego, zaraz po niedzielnej mszy ojciec brał nas na kilkugodzinny spacer do pobliskiego lasu. Potem oglądaliśmy przeważnie programy przyrodnicze na naszym Rubinie. Tak mi zostało do dzisiaj. Chicago to piękna, jednak nadal tylko asfaltowa dżungla, jeśli mogę się od tego odchamić to jestem pierwszy! No i co? Sami popatrzcie, podchodząc do murku nie wyższego niż metr, ukazał nam się taki właśnie widok:

 

No i co powiesz? Nic! W Polsce byłem kilkakrotnie w Tatrach, które są przepiękne, ale Ten właśnie widok pobił moje wszelkie oczekiwania. Poważnie, stałem kilka minut, nic nie mówiąc. Zmarznięty. Nic nie jest w stanie opisać co ja i reszta naszej paczki poczuła. To rzeczywiście trzeba zobaczyć samemu. Cisza, podmuch wiatru i niesamowity zapach.

 

Po przebudzeniu się z amoku wszyscy maszerujemy obrzeżem skarpy ku tarasie widokowym. Idzie nam to bardzo powoli ponieważ co chwilę zatrzymujemy się aby robić sobie zdjęcia. Każdy z nas prześciga się do coraz to ciekawszych plenerów.

Vera stoi zwycięsko na skarpie.

 

Może tego za bardzo na zdjęciu nie widać, ale czubek skały na którym stoi rzeczywiście wystaje ostro w przepaść. Bała się troszkę, ale jak zobaczyła moje czerwone dupsko (pierwszy się tam wdrapałem) to zaraz dostała motywacji:

Nie no! Mario! Ja też tak chcę!

Wdrapała się. Vera należy do odważnych dziewczyn. Fotka robi swoje.

A tutaj w innej koszulce...

 

Co do koszulek to mam ich od cholery! Przez te dwa lata pracy jako menedżer sklepu z grami wideo, o czym pisałem wcześniej, nagromadziło mi się tego. Nawet myślę o osobnym wpisie aby podzielić się z Wami moimi zainteresowaniami bardziej. Ale to na inny wpis.

 

To tyle na temat wpisu o wycieczce. Za jakiś czas napiszę następną część. Materiału jest takie mnóstwo, że nie wiem czy w dziesięciu wpisach się zmieszczę. W między czasie na pewno coś dodam od siebie nie związanego z wycieczką. Sam ogrom zdjęć (jeszcze ich nie przejrzałem wszystkich) powoduje że proces będzie mozolny.

Canon S5 spisuje się bardzo dobrze. Nawet zacząłem wertować instrukcję obsługi. Dodam że pomimo zakupu w USA, menu jest także w jęz. polskim. Miło ze strony Canona. Zamówiłem do niego również statyw, torbę, oraz zestaw filtrów UV (dzięki Vojtas za poradę). 

Kul z serwisu mgs.gram.pl raczył dodać mojego bloga na swojej głównej stronie, co jest dla mnie wielkim wyróżnieniem! Wszystkich was fanów serii MGS zapraszam do poznania się z jego blogiem, ponieważ jest to człowiek którego nie warto, lecz trzeba poznać. Bardzo skromna osoba, więc nic od niego samo łatwo nie wychodzi. Na dodatek dodał mnie do blogów które warto czytać. Warto? Nie wiem. Wy będziecie tego sędziami.

Dzisiaj (o ile się Kul wyrobi) ma on zaprezentować wam pewną zdobycz związaną z MGS4 w której jestem posiadaniu, ale z racji obietnicy On właśnie będzie pierwszym który Wam to coś pokaże. Nic kosmicznego, takie tam coś.

Ktoś jeszcze poruszył ciekawy temat na swoim blogu, o tym skąd młodzi gimnazjaliści biorą kasę na te wszystkie zabawki. Fakt, będzie się trzeba bardziej przyglądnąć. Ja pracuje, odkładam i mam na to co chcę kupić. Jak Wy to robicie? Kieszonkowe, praca, oszczędzacie, kombinujecie, bogaci rodzice? No jak z tym jest? Pogadamy o tym potem. A na razie tyle!

Dziękuję Wam wszystkim za wizyty i komenty! Pozdrowienia dla Master Matroxa i NuGGeta któremu się chyba trafił banik.

P.S. - nie zapomnijcie przeczytać wpisu o sklepsajcie i zagłosować!

komentarzy: 44Wtorek, 02 września 2008, 04:28

follow me




EMAIL ME

Ostatnio gram w

Tytuł gryPo sieci?Ukończona?

Moje statystyki

Na gram.pl jestem już: 4347 dni

Moich wejść na gram.pl: 11 634 (#542)

Napisanych postów i komentarzy: 2 571 (#462)

Napisanych recenzji: 1 (#46)

Wpisów na blogu: 386 (#21)

Liczba odwiedzin mojego gramsajta: 114 999 (#4)

Archiwum wpisów

Strona prezentuje indywidualną opinię użytkownika. gram.pl nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczone przez użytkowników.
© gram.pl