avatar

NintendoPassion Użytkownik gram.pl (Przewodniczący) ja.gram.pl/NintendoPassion

Ostatnie odwiedziny

Mój blog (Październik 2008)

B2G1F @ GAME STOP + FALLOUT 3 + DIGART

Witam Was,

Dzisiejszy wpis będzie krótki. Mam duży nawał w pracy. Mimo iż w moim dziale przyjęli dodatkowego pracownika, który miał mnie odciążyć abym mógł mieć wolny weekend nadal muszę go przepracować. Długiego wpisu nie będzie w tym tygodniu. Będzie w następnym. A tym czasem...

Fallout 3 pre-order.

Pokazuję Wam tylko kilka fotek. Odwiedzam mój stały sklep Game Stop, zlokalizowany tutaj, aby nabyć kilka gier dla pewnego znajomego gramowicza. Niestety po kilku mailach nie doszło do transakcji. Nic się nie stało, wiecie, rożnie bywa. Mam siedem dni na zwrócenie gier albo 30 dni na wymianę. Wchodząc do sklepu, widzę tego oto pana, ostro pilnującego sklepu. Kierowniczka sklepu zezwala mi zrobić foto fonem. Więc ciach!

 

B2G1F

Buy 2 Get 1 Free / Kup 2 gry otrzymaj 1 gratis. W sklepie do poprzedniej Niedzieli była wyprzedaż na grach używanych. Z racji że pierwszy zakup nie doszedł do skutku, postanowiłem zakupić coś dla siebie.

Zakupiłem trzy tytuły:

- Call of Duty 4 (Xbox 360)

- Silent Hill (PS3)

- Uncharted (PS3)

No i tutaj jest właśnie piękno całej imprezy! Owe trzy gry, nowe kosztują łącznie z podatkiem $203USD. A używane przy użyciu EDGE Card (karta stałego klienta) i promocji B2G1F $89USD. No to się nazywa oszczędność!

Jeżeli Silent Hill mi nie wpadnie w oko, to na stówę będzie Far Cry 2, LBP albo coś tam jeszcze. Oczywiście bez żadnych opłat.

Nie muszę przypominać że gry są w idealnym stanie. Zawsze stronie od kupowania używanych gier, ale takich promocji z czystych powodów ekonomicznych nie można przepuścić. Miałem nie robić zakupów, ale stówa w kieszeni to stówa w banku. Choć posadę mam całkiem przyjemną to jednak pieniędzy nie wydaję na lewo i prawo. Oszczędzam i kupuję tylko po dobrych promocjach, przecenach lub gdy pre-ordery mają jakieś dodatkowe kolekcjonerskie dodatki.

Na zdjęciu widać również taką podstawkę firmy Hori do ładowania kontrolera PS3 z logo Metal Gear Solid. Zakupiłem na eBay z Japonii. W Stanach oczywiście nie dostępne. Więcej fotek tutaj.

Digart.

 

Moja wspaniała koleżanka z Polski namówiła mnie na mały projekt. Założyłem konto na stronie digart.pl i wrzuciłem tam jedną fotkę mostu Golden Gate. Zdjęcie zrobiłem podczas wycieczki, ale nie wkleiłem wcześniej do wpisu. Jeżeli ktoś ma ochotę to może zobaczyć oryginał tutaj.

Nie odwiedzam. Nie komentuję. Chwilowo.

Jestem bardzo zmęczony ostatnio. Bardzo przepraszam Was, ale nadmiar pracy i kolejny zajęty tydzień zmusza mnie do odstąpienia od komputera na kilka dni i zregenerowanie sił. Przez te kilka dni ograniczę się do odwiedzania i komentowania dla prostego powodu. Życie osobiste. Wskoczę może tu i tam. Niczego nie obiecuję!

Jestem zwykłym człowiekiem i potrzebuję kilku dni przerwy.

Dziękuję za wizyty, pozdrawiam Was serdecznie i do następnego, bardziej konkretnego wpisu.

komentarzy: 145Niedziela, 26 października 2008, 01:20

Road Trip - czyli w szesnaście dni dookoła USA, cz.7

 Inglewood, Kalifornia.

 

Wycieczki dzień szósty. Za nami 2411mil wrażeń. Po opuszczeniu Las Vegas kierujemy się w stronę stanu winem i pomarańczą słynącego. Po drodze mijamy Los Angeles. Niestety nie odwiedzamy. Mamy inne plany w głowie. Trzeba się liczyć z faktem że niestety opuścimy kilka miejsc. Zawsze będzie pretekst aby odwiedzić później. W innej bajce.

 

Mijamy Los Angeles. Jesteśmy bardzo zmęczeni tą wielogodzinną taryfą. W mieście będzie ciasno i drogo. Jak już wspominałem w poprzednich wpisach, zaplanowaliśmy wycieczkę. Noclegów nie. Ukasz szuka na swoim laptopie najbliższego miasta z wolnymi miejscami. Wybieramy Inglewood. Tak, tak, to [nie]słynne Inglewood.

Po kilku okrążeniach zatrzymujemy się w takiej podrzędnej, choć w miarę czystej karczmie, Economy Inn. No jak w filmie, sklep alkoholowy na przeciwko, murzyni na ulicy i hindus za okienkiem. Czuję się jak w B-movie.

 

Parkujemy naszym srebrnym trolejbusem w zajeździe. Czas coś zeżreć. Podmyć się. Odpocząć. Co niektórym i po-ten-tego-tam.

Likjer Sztor. Tak nasi polonijni ziomkowie wymawiają angielskie wyraz. Liquor Store = sklep alkoholowy.

Inglewood. Nie ma na co patrzeć. Biedne dzielnice. Biedni ludzie. Biedni my.


 

 

Aparat praktycznie chodzi na okrągło. O to twarz z jednej ze ścian szkoły która mijaliśmy.

 

 

Po odpoczynku wyruszamy do San Francisco.

Manekiny.

W godzinach szczytu w wielu Kalifornijskich autostradach nie wolno jeździć w autach bez pasażerów. Często się zdarza że kierowcy jeżdżą z manekinami w autach. To nie bajka. To Fakty! A tak wygląda jedna z tych tętnic która nieustannie cierpi na wysoki poziom cholesterolu...

 

Wlekliśmy się ponad dwie godziny z prędkością żółwia.

Święte imienniczki.

Po tych naszych rekordach prędkości wreszcie dobijamy do zachodniego wybrzeża tegoż kontynentu. Docieramy do miejscowości Santa Monica, Kalifornia. Te święte patronki chyba coś mają w sobie oprócz krwawej przeszłości hiszpańskich najeźdźców. Kalifornia jest inna. Piękna.

 

Kalifornia to inna inszość. Choć Stanom do europy daleko, to wg nas Kalifornii najbliżej. Wszystko wydaje się nam takie bardziej oswojone, przyjemne, normalne i dziwnie osobiste. Nie wiem jak mogę to Wam wytłumaczyć. Najprościej chyba tak: Jest to bardzo bogaty stan, a w miejscowościach w których jesteśmy jest dużo bogatych osób. Co wiąże się z wysokiej klasy szkołami, nie to co publiczne w Chicago. Młodzież wydaje się nam bardziej tolerancyjna, a ludzie bardziej oswojeni ze światem. Tutaj wieje kulturą. Coś czego mi osobiście bardzo brakuje w Windy City. Wszędzie napotykamy masę malutkich sklepów i butików. Parkujemy blisko Santa Monica Beach i idziemy prosto do wody! Być nad Oceanem Spokojnym i nie zmoczyć zadków to grzech! Zimno. Ciemno. A kij! Wskakujemy do tej nocnej wody. Słona!

 

Zapchane ludźmi molo nocą. Kliknij tutaj i zobaczysz dokładnie gdzie jesteśmy. Właśnie z tego miejsca zrobiłem zdjęcie.

Złożywszy miednicę na wilgotnym piasku wyłączam baterie. Mózg przechodzi standby mode. Oddycham głęboko. Filtrując wszelkie myśli kłębiące się w mojej głowie pozostawiam tylko smak soli. Zgrzyt kwarcu pod stopami i noc. Noc wielka dla nas wszystkich. Pierwsze spotkanie z Pacyfikiem. Bajeczna plaża w Kalifornii. I my. Tacy mali My.

 

Mgieł świateł igra z czeluściami nocy.

Plinka chodziła po plaży w tę i z powrotem. Tak jakby chciała się nacieszyć tym wydarzeniem i zagarnąć wszystkie wrażenia tylko dla siebie. Ukasz i Vera zaraz wpadli do lodowatej wody. Kij że zimno i ciemno. Radocha i banany na mordach dosyć ostro się rysowały. Baśka i Łukasz-Łukasz przykucnęli i w ciszy sami chyba rozważali to wszystko. Tyle czasu, tyle drogi, tyle wrażeń! Nie będę wyolbrzymiał Wam więcej. Na swój sposób układaliśmy sobie tę radochę w naszych zaśniedziałych umysłach. A ja stałem. Cicho. Bez ruchu. Sól.

 

Stopami po piasku.

Palmy! Palma!


Vera okazywała jakąś dziwną fascynację tymi palmami :D

 

Po tych wszystkich doznaniach plażowych przeszliśmy się na molo. Napotykamy masę zgiełku, tańców, wędzisk i kiosków z pamiątkami. Noc bucha życiem. Życie poi się oceanem.


San Francisco.

 

Ściernisko to raczej nie jest. Wręcz przeciwnie. Miasto napchane kulturami z regionów całego świata wyłożone stromymi uliczkami często wręcz niemożliwymi do przejechania.


 

Miasto wita nas dosyć słonecznie. Zimno, ale słonecznie. Przekraczamy most South Bay. Widzimy zatokę zapełnioną stalowymi żurawiami wyciągające swe szyje wysoko w niebo. One też oczekują na swój ładunek.


Powiem wam szczerze, zawsze jestem szczery, że SF wywarło na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Coś siedzi w tym miejscu że aż się che być tutaj i zwiedzać. To miasto jest białe jak marmur i pokręcone jak moja wyobraźnia. Albo i Wasza. Nie będę się sprzeczał.

 

 

 

Przekraczając most wita nas tunel, a na zdjęciu widać jak droga się za nim wije jak żmija.

Sam wjazd jest dosyć przyjemny. Najpierw widzimy masę wody i żurawi. Nasz krajobraz jest przepleciony przęsłami mostu. Potem wkraczamy do miasta przez paszczę. Taki niby nic, ale ja zawsze czegoś się dopatruje. Mój mózg pracuje na bardzo wysokich obrotach. Przez co mam ogromne kłopoty z zasypianiem.

A jaka jest ta metropolia?


 

Busy! Very busy! Nie wiem czy porównałbym moje Chicago. Ale obrazy są wręcz malownicze. Zawiłe uliczki. Okolice aż się proszą o chwilę uwagi. No i trolejbusy! Bosze jakie to genialne. Taki artefakty epoki minionej dodają aromatu temu miejscu. Współczesność koegzystuję z epoką prądu trakcyjnego. Ja uwielbiam starą elektronikę, kasety VHS, Kasprzaki i Unitrę. Zancie narzędzia PRL-owskiej kochanej Polski? Pewnie nie, ale to nic. Ja taki jestem fikuśny. Postawię PS3 obok Nintendo NES i dla mnie to poezja.

Mijamy Urząd Miasta i Gminy San Farancisco. Brzmi!

 

Rozglądając się na lewo i prawo uliczki kuszą aby zboczyć z trasy. Kuszą.

Jak w każdej tętniącej życiem kolonii mrówek, wszytko musi mieć swój cel i zastosowanie. Kierunek i przeznaczenie. Wielki umysł urbanistyczny zadbał o to abyśmy nigdy nie zapomnieli gdzie jesteśmy, co tu robimy i kaj mamy się zebrać. 

Nie. Nie obróciłem zdjęć. Znaki są celowo odwrotne, abyś mógł je przeczytać w lusterkach. Ach ten rząd miejski! Jacy oni są pomysłowi!

No ni kija. San Francisco ma coś w sobie magicznego. Nie umiem tego opisać i wam przedstawić. Jakoś normalnie brakuje PWNu.

No i te palmy, które seryjnie robią wszystko!

 

No i tramwaje. To już poważnie przekracza nasze wszelkie oczekiwania. Każdy taki wagon ma konduktora! Kul, chciałeś? To masz! :D

 

 

Jako ciekawostkę dodam że do dzisiejszego dnia hamulce są wykonywane z drzewa. Co mnie jednak bardziej zaszokowało? Strome ulice! W pewnym momencie ulica okazała się tak stroma, że musieliśmy wyjść z auta, a ja (automatem) podjeżdżałem z nogą na hamulcu i gazie równocześnie! Przecież te samochody muszą tam przechodzić katorgę! Sprowadzasz wózek z USA? Upewnij się że nie jest z San Francisco.

 

 

 

Krążąc po tej asfaltowej dżungli wędrujemy na skrzyżowanie ulic Larkin & Chestnut. A czemu przytaczam dokładnie to właśnie skrzyżowanie? No bo ...

Zaraz za naszymi plecami ALCATRAZ! Nawet z daleka robi [wrażenie]. A że nie wszystko się toczyło po naszej myśli, to żeśmy na wyspę nie popłynęli. Bo godziny wizytacji się skończyły i wszystkie bilety na promy zostały wysprzedane. I wiecie co jest w tym pięknego? Mam wymówkę żeby tam pojechać jeszcze raz! A tak uczynię! Nie podaruję!

 

 

A ulicę obok jedna z najfikuśniejszych uliczek jakie w życiu widziałem. No taki fikuśny zygzaczek. Dosłownie! I bądź tu montry!

 

Lombard Street to jest jeden z wielu punktów miasta, który trzeba zobaczyć na własne oczy, a którego w poradnikach wycieczkowych możecie nie znaleźć. Fikuśne :D Co niektórzy wynajmują takie małe bzyczki z firmy GoCarTours i w towarzystwie przewodnika komputerowego sami zwiedzają zakamarki Ścierniska.

 

 

Nic dziwnego że gromadziło się tam grono turystów. Z nami włącznie.

Z racji naszego nie kończącego się zapotrzebowania na dwutlenek dwupierdzianu smrodu, gazu brzusznego, wysokometanowego, koniecznie musieliśmy zawitać w rafinerii. A że przemysł naftowy w hAmeryce kwitnie, nie trudno było się nam wpakować do najbliższej stacji CPN.

Aaah. CPN. Teraz mogę funkcjonować normalnie :P

W kafejce jest tłok... err,

 

przepraszam. To mój. xD

USA to kraj pełen kontrastów i zaprzeczeń. Życie ciągle nam to o tym przypomina. Patrząc na tego człowieka zdaję sobie sprawę jakim to szczęściarzem jestem. Nie żyje w luksusach, ale niczego mi nie brakuje. A jemu? Cóż jemu pozostało? Tylko to co widzę własnymi oczami? Skin deep?

Nie posłużyłem przykładem. Nie wsypałem mu jeśli o to Wam chodzi. Za młodych lat podczas pobytu w Krakowie doznałem na własnej skórze nieprzyjemnej prawdy o żebrakach. Pewna cyganka ze łzami w oczach błagała mnie i mojego ojca o pieniądze na chleb. Mój ojciec kupił ze straganu obok i podał jej. Ona z nienawiścią wytrąciła bochenek chleba z rąk mojego ojca krzycząc: Qrva, ja pieniądze chciałam, nie chleb! Wiem że jedno zdarzenie nie może przemawiać za tysiące bezdomnych i głodujących. Pochodzę z rodziny gdzie chleb był traktowany jak świętość. Moja babcia NIGDY nie krajała bochenka, tylko łamała go. Owo wydarzenie do dzisiaj mocno tkwi w mojej pamięci. Bardzo trudno jest mi się z niego wyłamać.

Po tej refleksji wracam umysłem do aromatu kawy wiercącej moje nozdrza. Gorąca, słodka przywraca mnie do normalnych obrotów. Organizm jest back on line!

Po zasileniu kofeiną szybko wracam do siebie. Obecnie znajdujemy się na skrzyżowaniu ulic. Dokładnie przed chińską dzielnicą. Pamiętacie film Wielka Draka w Chińskiej Dzielnicy? Jeden z moich ulubionych!

China Town.

Chyba każda większa aglomeracja w Stanach ma własną Chińską Dzielnicę. Moje Chicago również nie pozostaje w tyle, ale W San Francisco wszystko jest tak niesamowicie magiczne! Stoję na skrzyżowaniu, na przeciwko kawiarni. Przede mną nowe zlewa się ze starym.

China Town in San Francisco

Na tle szklanej i zimnej nowoczesności rysuje się ceglana przeszłość minionych lat. Dowód na to że obie kultury mogą ze sobą koegzystować.

China Town in San Francisco

Krążmy wokół kilku sklepów szukając jakiś pamiątek. Nie zapuszczamy się zbyt daleko, ponieważ czas gonią przed nami kolejne miejsca do zwiedzenia.

China Town in San Francisco

China Town in San Francisco

China Town in San Francisco

Napotykam ulicznego grajka. Jinn chyba ma na imię? Nie mogłem go zrozumieć. Uprzejmnie zgodził się na zrobienie fotografii... po urzednim załadowania dolarem jego skarbonki :D

China Town in San Francisco

I zapewne jak w chińskich zapchanych uliczkach, również i tutaj kolory kontrastują a zarazem zlewają się ze sobą.

China Town in San Francisco

Największą przyjemność podczas wycieczek sprawiają mi zdjęcia niepozowane. Moment uchwycony w kadrze. Często z nieoczekiwanymi efektami. Tutaj fotografując Plinkę chwytam motocyklistę pędzącego przed siebie, ale jakimś dziwnych okiem zbiekoliczności zerka na mnie podczas gdy mój palec przyciska migawkę.

China Town in San Francisco

Nie obejdzie się również bez iście chińskiego akcentu przed opuszczeniem tego miejsca. Oto przed waszymi oczyma: The Dragon!

China Town in San Francisco

Golden Gate Bridge.

No i jakże mógłbym Was zostawić na koniec bez owego legendarnego wiszącego jak skrwawiony szkielet mostu na tle kalifornijskiego nieba.

Golden Gate Bridge

Zbliżając się do mosty temperatura nagle spada i robi się niesamowicie wietrznie. Wszyscy są lekko zawiedzeni. Most jest cały zamglony. Chyba tylko ja cieszę się z tego co widzę i dostrzegam piękno tego molocha.

 

Golden Gate Bridge

Golden Gate Bridge

Jako ciekawostkę dodam że most jest obsadzony fortyfikacjami wojskowymi. Kiedyś młoda Ameryka uważała to miejsce za bardzo ważny punkt strategiczny. Warto się tam wdrapać. Fortyfikacje są lekko zaniedbane, jest tam niesamowicie zimno i wietrznie, ale widok mostu zapiera dech w piersiach.

Golden Gate Bridge

Golden Gate Bridge

Z tarasu widokowego robimy sobie zdjęcie grupowe. Rzadko się zdarza podczas naszej wycieczki abyśmy mogli uwiecznić nasze gębiska na jednym kadrze.

Golden Gate Bridge

No i tym akcentem kończę ów wpis. Wiem że jest cholernie długi. Dajcie mi znać w komentarzach, co jest dla was lepiej. Często i krótko czy rzadziej i więcej.

Pozdrawiam Was serdecznie i do następnego wpisu! Teraz idę sobie odpocząć. Pobiegać, pograć, poczytać. Byle z daleka od monitora, bo oczy już bolą.

Wystarczy, nie?

 

 

komentarzy: 119Piątek, 24 października 2008, 12:09

Opóźnienie.

Witam,

Ach, spóźniam się z wpisem, ale nie z mojej winy. Właściwie z żadnej winy. Chyba nadużywam uprzejmości serwisu Gram. Dwa razy zresetowali mi limit zdjęć. Dziękuje! Już jest 10MB, no ale za nic w świecie nie mogę w pełni dokonać wpisu, ani podzielić go na pół. Potrzebuję jeszcze jednego resetu, uprzejmości ze strony Gram. Wtedy opublikuję wpis.

Znacie powiezienie "Goście i ryby po trzech dniach śmierdzą"?

Pozdrawiam.

 

komentarzy: 48Piątek, 17 października 2008, 06:46

Wypociny, weekend, podziękowania, wpis, PSP itp.

 

Wypociny.

Dzięx Wam za komentarze. Zadaliście mi wiele pytań związanych z pracą w Game Stop. Wiem że tylko podrapałem wierzch tego tematu. Nie wszystko da się opisać na raz. Opisałem wszystko w komentarzach poprzedniego wpisu.

* * *

Wolny weekend.

Z racji że Mario ma wolny weekend, zabierze się do następnego wpisu o wycieczce. Kalifornia tym razem. Może sobie ten zwierzak pogra w coś. Wreszcie podpiąłem PS3 do sieci i zrobiłem update.

 * * *

Podziękowania.

Jakoś sobie radzę tutaj w tym kraju. Dziękuje za wszystkie miłe suova ! Nawzajem! I przestańcie mi cholera mówić że mi czegoś zazdrościcie. Nie ma czego! Piszę Wam o dobrych rzeczach, bo tyle jest zuego na tym świecie że nie mam zamiaru mątać wam mózgów! Od tego są inne media. Serio, takie teksty są żenujące i nie lubię ich.

 * * *

Wpis.

Normalne że będzie. Jeszcze wam mój czarno-czerowny avatar uszkodzi siatkówkę w lewym oczodole. Będziecie mnie mieć dość, a czasami i dosyć.

* * *

PSP-3000

Kupiłem. Po świńsku się pochwaliłem. O tu! Nie tam! Tu! O! Tutaj! Widzicie!

 * * *

itp.

Ameryka - to nie jest zły kraj. 300 milionów ludzisk nie rodzi się zuych. A ja wam chcę pokazać coś innego z tego kraju. Dobrego.

A tak na pożegnanie dorzucam wam fotkę. Dorwałem cwaniaka w locie na jednej z plaży nad Pacyfikiem podczas naszej wycieczki. O czym oczywiście będzie mowa w następnych wpisach.

 

 

A teraz marsz mi tu do poprzedniego wpisu i czytać odpowiedzi na wasze pytania! Bom się nieźle napracował! A jak cosik żem ominął to skrobajta. Przeczytam i odpiszę! No już!

No na co czekata!? Do poprzedniego wpisu!

Piątek, 17 października 2008, 03:13

Moja praca w Game Stop

Witryna sklepu Game Stop ulokowanego w jednym z shopping malls.

 

W firmie EB Games, a obecnie Game Stop pracowałem w latach 2003-2005. Jak wspomniałem wcześniej w moim wpisie # 55 zostałem zwerbowany przez mojego późniejszego menadżera Lee. Z racji mojego wcześniejszego doświadczenia w branży handlowej zostałem zatrudniony od razu jako MIT (Manager In Training) z celem rychłego otrzymania własnego sklepu. Zostałem przydzielony do pracy z takim Mike w sklepie EB Games w miejscowości Rolling Meadows. Lokacja tutaj, a sklep obecnie już nieistniejący.

* * *

Zatrudnienie.

Jak to się stało? Prosto. Po złożeniu porządnego Resume (u was chyba CV) poszedłem na interview (rozmowę kwalifikacyjną) z otwartym umysłem na bank że nie dostanę posady. A biorąc takie podejście do sprawy nonszalancko wpakowałem się do biura i dosyć pewnie i logicznie przedstawiłem im siebie. To nie była moja pierwsza rozmowa, więc jakieś doświadczenie już miałem. Rozmowa trwała 2,5 godziny w kawiarni Starbucks. No i co? Nic. Poszedłem do chaty nie licząc na nic. Na drugi dzień otrzymałem telefon:

Hi, this is Sarah. Is this Mario speaking?

Yes, this is. - odpowiedziałem stanowczo.

You've got the job at the rate you've asked for. Welcome aboard. You start in two weeks.

Pracę zacząłem dwa tygodnie później, ponieważ najpierw dałem dwu tygodniowe wymówienie z pracy mojemu poprzedniemu pracodawcy.

* * *

Trening.

W pierwszy dzień pracy poznałem menadżera sklepu Mike, oraz jego zastępcy Toma. Szkolenie trwało bardzo szybko. Dostałem do rąk ogromny Regulamin liczący około 200 stron. Był podzielony na przedziały tygodniowe. Z każdym tygodniem uczyłem się w sklepie, na bieżąco przy Mike'u dziennych odpowiedzialności, wymagań, regulaminu, itp. Obsługa klienta to już był pikuś. Po kilku miesiącach zakończyłem trening i zostałem oceniony przez całą grupę owego sklepu w obecności naszej DM, Sary. (DM = District Manager).

* * *

Własny sklep.

Firma EB Games rozwijała się bardzo szybko. Już kilka miesięcy później otwarła się nowa pozycja w miejscowości Mt. Prospect. Dokładnie tutaj.  Nowego sklepu nie ma, ale jeden z menedżerów przenosi się do innego miasta i natrafia się pozycja. Po ogłoszeniu nowej lokacji w puli menadżerów znalazło się bodajże sześć osób, z których zostałem wybrany. Za co? Za etyczne podejście do pracy, bardzo dobre wyniki sprzedaży oraz idealne dwie inwentaryzacje w sąsiednich sklepach w skrócie. Tak przynajmniej brzmi oficjalna wersja.

* * *

Wywiad.

Jakiś tydzień czasu przed objęciem sklepu dokonuję zwiadu. Przychodzę do sklepu jako klient, rozmawiam, obserwuję i notuję. Bardzo szybko kreuję sobie zarys moich obowiązków i nastawienie do pracy osób, którymi będę zarządzał już niedługo. Później okazuje się to bardzo przydatnym doświadczeniem.

* * *

Pierwszy dzień.

Menadżer jestem z własnym sklepem. Kochają te tytuły. Dostaję gażę roczną. To znaczy że mogę pracować tylko 40 godzin w tygodniu za umówioną stawkę roczną. Nie zarobię ani mniej, ani więcej. Mimo iż straciłem kilka tysięcy rocznie w porównaniu z moją byłą pracą, to nadal zarabiam więcej niż średni menedżer w Game Stop. Przychodzę do pracy w Poniedziałek na 9. Ponownie, w obecności mojej DM zaznaje się z obecną załogą. Otrzymuje moje własne klucze do sklepu, szyfr do sejfu i alarmu. Wszyscy w sklepie są zdziwieni że to ja jestem tym owym "nowym".

* * *

Obowiązki.

Do roboty. Sklep jest w opłakanym stanie. W dystrykcie jest 120 sklepów. Ów sklep plasuje się ciągle na samym dnie. Pomiędzy 100 lokatą i niżej. Tragedia. Chłopaki są ok, ale brakuje im motywacji, twardej ręki i nie widzę w nich zbyt wielkiego zapału do pracy. Sklep jest zaniedbany. Wszystko porozwalane po zapleczu. Kompletny chaos.  Od mojego ojca jestem nauczony dbać o wszystko co mam. Moje czy nie. Po tygodniu pracy i rozeznaniu się z rzeczywistym stanem rzeczy w moim nowym sklepie szkicuję plan i przedstawiam go mojej DM. Zgadza się. W następnym tygodniu zwołuje spotkanie, kupuję pizzę i pepsi (za co oczywiście płaci firma) i po godzinach pracy. Krótka piłka. Jestem spokojnym człowiekiem, nie szkórvisinem więc każdemu przedstawiam gdzie się znajdujemy, gdzie mamy być i jak mamy to osiągnąć. Każdemu wyznaczam dokładne obowiązki. Nigdy jednak od żadnego z nich nie wymagam czegoś czego sam nie potrafiłbym zrobić.

* * *

Rzeczywistość.

Jak tak naprawdę wygląda praca? Codzienne czynności? Przychodzę do pracy o 8:30. Wyłączam alarm, zmieniam kody, sprawdzam czy kamery działają i nagrywają. Zapalam dwa komputery-kasy i czekam na codzienne dyrektywy. Tzn, po włączeniu terminala/kasy loguję się do intranetu i czytam codzienne maile, notatki, informacje, zmiany w regulaminie i tym podobne. Drukuję listę perpetuals i zabieram się do liczenia. Perpetuals to codzienna lista zawierająca inwenturę najdroższych przedmiotów w sklepie oraz nowości. Codziennie należy liczyć wszystkie: systemy, akcesoria, nowości i cokolwiek firma nakaże. Średnio około czterech stron ciasnego druku. Jest to ważne, ponieważ bardzo szybko orientujesz się gdzie co jest, a w razie kradzieży lub jakieś pomyłki podczas transakcji wszystko można znaleźć, śledzić i udokumentować.

W ciągu dnia oprócz tak oczywistych rzeczy jak obsługa klienta zajmuję się, deleguję i obserwuję transfery, trade-ins i shipments trzeba ciągle badać swoich pracowników. Śledzić ich postępy w treningu, umiejętności i braki.

Transfery - paczki o różnorakiej zawartości jakimi wymieniają się miedzy sobą sklepy. Bądź to ktoś potrzebuje więcej gier, lub skończył mu się papier toaletowy w ubikacji.

Trade-ins - gry używane, które klienci odsprzedają sklepowi w formie kredytu w zamian za inne gry w sklepie; nowe bądź używane.

Shimpents - przesyłki z naszej firmy lub innych dystrybutorów zawierających gry, sprzęt i inne materiały promocyjne.

In-store promotions - rożnego rodzaju promocje przeprowadzane przez firmę w sklepach. Często różnią się od promocji internetowych. Rozstawianie banerów, standów, wieszanie plakatów i przyozdabianie witryny.

* * *

Wiedza.

I tutaj prawdopodobnie wszyscy się zdziwicie. Znajomość gier jest trzeciorzędna. Pierwszym i najważniejszym wymaganiem jest wysoki poziom obsługi klienta, znakomite zdolności handlowe i umiejętności wysłuchanie klienta tak, aby jego obawy i sprzeciwy zmienić w pewne decyzje kończące się zakupem. Game Stop to przede wszystkim biznes. Celem każdego publicznego biznesu są zyski udziałowców i wzrost kapitału firmy. Jeżeli całe życie sprzedawałeś lodówki, umiesz obchodzić się z ludźmi to w GS pracę spokojnie znajdziesz. A kilka recenzji do danej gry nie jest sztuką przeczytać. I tak też w większości się zdarzało.

 * * *

 

Direct Depisit. Fajna sprawa. Zamiast czeku, otrzymujesz pay stub i kasiorka jest elektronicznie przelana w każdy piątek rano o siódmej. Jak w zegarku :D

* * *

Promocje.

Często zaglądacie zapewne na ich strony. W sklepach GS promuje cały czas trade-ins ponieważ na nowych grach nikt nie zarabia. GS jak zarówno każdy inny sprzedawca detaliczny posiadający brick'n'mortar store (prawdziwy sklep z cegły i cementu - tak się tutaj mówi) są objęci ogólnym prawem NRF (National Retail Federation). NRF to w uproszczeniu zrzeszenie sprzedawców i producentów którzy ustalają co i za ile będzie sprzedawane w imię uczciwego rynku i konkurencji. Sprzedając produkty poniżej ceny MSRP (Manufacturer Suggested Retail Price - Sugerowana Cena Detaliczna Producenta) narażają się na duże kary oraz utratę rynku lub kontaktów handlowych.

Platyny, a u nas znane ogólnie jako Greatest Hits / Player's Choice kosztują np. $19,99 USD. Z czego sprzedawca zarabia 2, może 3 dolary. Natomiast na grach używanych (pre-owned games) przebitka jest nawet i 80%.

Nowe gry PS3 i Xbox 360 kosztują $59,99 USD + liczcie sobie około 9-10% podatku. Nintendo Wii gry średnio kosztują $49,99.

Buy 2 Get i Free.

Kup 2 (gry) otrzymaj jedną za darmo. To jeden z najmilszych mi chwytów reklamowych. Obowiązuje tylko na grach używanych i filmach DVD. Rzadko stosowane. Przeważnie podczas świąt.

* * *

Anime!

Nie wiem czy wiecie ale Game Stop  obecnie posiada największą bibliotekę używanych filmów anime. I to nie tylko filmów wydanych w USA ale również z Japonii. Firma bardzo szybko zdała sobie sprawę z tego że większość graczy również ogląda filmy anime. Decyzja jest strzałem w dziesiątkę i owocuje im to z nawiązką. Byłem, widziałem, sprzedałem. Wiem.

* * *

Muzyka.

Płyty CD są również skupowane w sklepach GS. Jest to jednak odrębny rynek. Testowany w nielicznych miastach w USA. W przypadku mojego sklepu zawsze Wysłaliśmy nasze płyty CD do Waszyngtonu, gdzie szły jak woda. Pamiętam jak raz przyszła do nas starsza para. Mąż przyniósł ponad tysiąc płyt cd z muzyką klasyczną!Żona kupiła mu bodajże Maca G4 i po przerzuceniu na dysk zmusiła go do sprzedaży, aby w domu zrobić porządek. Biedak dostał marne $360 bodajże za tę kolekcję. Pamiętam jak mu się serce krajało. Nawet próbowałem im to wyperswadować. Bardziej żałuję że nie kupiłem sam.

* * *

Poradniki.

U was jeszcze nie przyjęte, a  u nas już zadomowione. Podczas zakupu gry wraz z poradnikiem dostajesz 20% zniżki z poradnika. Jest to bardzo popularne podczas promocji gier RPG lub MMORPG. Nic ich to nie boli, biorąc pod uwagę fakt że kosztują ich 49% ceny MSRP.

* * *

Nowe gry.

I tutaj poruszę temat wodę. Nowe, ale otwarte gry. W sklepach Game Stop / EB Games wszystkie nowe gry są rozpakowane na półkach. Guts czyli w branży popularnie zwane flaki gier (gra, instrukcja, mapka, itd) są osobno pakowane do plastikowych torebek chowanych za ladą. Firma robi to z prostej przyczyny braku miejsca w sklepie oraz dummy / display boxes (pudełek wystawowych). Powierzchnia sklepowa jest na wagę złota i GS praktykuje to od lat. Cały czas spotykałem się z oburzeniem klientów lub z czystą stratą sprzedaży. Sam rozumiem postępowanie firmy, ale najgorszym przykładem jest kupno gry dla kogoś w prezencie. Co? Podarujesz komuś otwarte pudełko? Nie myślę. Sam osobiście nienawidzę tej praktyki.

* * *

Used vs. pre-owned.

Moda na sukces. Amerykanie uwielbiają nazywać rzeczy czymś czym nie są. Gry używane to normalnie po angielsku used games. Niestety brzmi to zbyt drastycznie i nieprofesjonalnie. Teraz obowiązuje termin taki sam jak w handlu używanymi autami. Mówi się pre-owned games czyli gry uprzednio posiadane. Czy jakoś tam. Poprawcie mnie bo nie jestem lingwistą.

* * *

 

Kadra.

Jeżeli siedem czy osiem osób można nazwać kadrą. Mark, Tom, Matt, Lee i ja. Jestem szczęściarzem! Bardzo szybko się okazało, że pod ręką mam grupkę wybitnych gości z ogromną wiedzą i pasją do gry! Poprzedni menedżer nie wiedział tylko jak to z nich wydobyć! Bardzo szybko zżyliśmy się ze sobą i zaczęliśmy pracować jak komórka!

Lee - fanatyk Xboxa! Sprzedałby lodówkę Eskimosowi. Król FPS!

Mark - spokojny gracz. Znawca PS2. Fan FIFA i Konami PES.

Tom - znawca wszelakich gier sportowych, z których ja jestem dupa.

Matt - geniusz! analityk. Obecnie król CoD4 na XBL.

... no i Ja - fan Nintendo i ogólnie gier przygodowych i RPG.

Dzięki połączeniu naszych pasji i wiedzy staliśmy się jednym z najbardziej prosperujących sklepów w okolicy.  Po kilku miesiącach zamiast być w ostatniej dwudziestce, na stale utrzymywaliśmy się w pierwszej dwudziestce. Pracowaliśmy razem lub osobno dokładnie tak samo. Każdy z nas wiedział czego druga osoba oczekuję i nigdy się nie zawodziliśmy. Pomagaliśmy sobie jak to tylko było możliwe. Dzięki czemu nasz praca sprawiała nam ogromną przyjemność a rezultatem była sprzedaż.Jednym z najmilszych momentów w mojej pracy był fakt, że w poniedziałek rano jechałem do pracy zadowolony i wesoły. Obecnie pracuję w innej branży i lubię to co robię, ale pracę w GS mogę zsumować jako dwa lata płatnych wakacji. Zawszę się śmiali ze mnie:

Ty? Wakacje? Przecież dostałeś wakacje jak cię zatrudnili!

* * *

Refleksje.

1. Czy ponownie wróciłbym do Game Stop? 

 - Tak, ale tylko na pół etatu. Dla czystej przyjemności.

2. Czy obecnie wyżyłbym z pensji menadżera?

- Absolutnie nie! 

3. Czy lubiłem swoją pracę? 

- Tak! Ale nie dla tego że sprzedawałem gry. Dla wspaniałych przyjaciół!

* * *

Godny wspomnienia!

Bobby! Tej osoby nie mogę pominąć! Otóż mieliśmy w naszym sklepie regularnych klientów, ale jeden bardzo rzucał nam się w oczy. Piętnastoletni Bobby często przesiadywał w naszym sklepie po kilka godzin dziennie. Nic nie mówił, tylko cichutko krążył po sklepie. Grał często w Halo na wystawowej konsoli Xbox. Ale jak tylko ktoś podchodził, zaraz zostawiał konsolę i udostępniał im klientom. Był bardzo skromny i cichy. Zainteresowaliśmy się tym chłopakiem szybko, bo aż dziwne było że tak dużo czasu u nas spędzał. Okazało się że to bardzo skryty chłopak, który próbował uciekać od rodzinnych problemów. Zamiast pić i palić z "koleżkami" i wdawać się w kłopoty, wolał spędzić czas na grach u nas. Nie było go stać na konsolę. Nie miał pieniędzy, a jego rodzice wówczas mieli problemy. Na młodego człowieka był bardzo powściągliwy i skromny. Po jakimś czasie stał się naszym nieoficjalnym pracownikiem i spędzał po szkole w naszym sklepie całe dnie. Nawet lekcje odrabiał. My w zamian za to pozwalaliśmy mu grać w cokolwiek chciał. Halo 1 było jego głównym wyborem. Po kilku miesiącach stał się królem gry i kosił wszystkich. I to powtarzam, wszystkich. Nawet wygrał mistrzostwo Illinois (byłem przy tym!). Po jakimś czasie z kumplami z pracy postanowiliśmy mu kupić używanego Klocka i Halo. Nie kosztowało nas to dużo. Ale się chłopak cieszył. Niestety na drugi dzień przyszła jego matka i chciała oddać system. Tom (najstarszy z nas) zaprosił ją na kawę (Starbucks był obok) i wyjaśnił jej całą historię. Od tego czasu nie tylko Bobby miał ogromnego banana na twarzy, ale jakimś dziwnym trafem coraz więcej Mamuś zaczęło wpadać do naszego sklepu z zakupami dla swoich podopiecznych.

No i tutaj muszę się pochwalić bo ja sam wymyśliłem mu GamerTag!!!

Zaadoptowaliśmy Bobbiego i takiego też dałem mu nika: Adoptabobby!

Jak ci ten gostek spierze dupę na XBL to wiesz kim jest!

Ech, było miło. Mówię wam!

* * *

Koniec.

Zakończyłem pracę w momencie przejęcia EB Games przez Game Stop. Dużo pracowników EB straciło pracę, lub obniżono im stawiki. Wiedziałem dokładnie co się święci, więc odszedłem na moich warunkach.

* * *

Wyniosłem?

Przyjaźń! Przez 2+ lata poznałem masę osób. Graczy przede wszystkim! Poznałem prezydenta Sony, Nintendo i Xbox. Byłem na konferencji na Florydzie. Grałem w Halo 2 na miesiąc przed premierą, dostałem masę gier, koszulek i SWAG'u, ale to wszystko nie ma znaczenia! Przez ten czas poznałem i Marka, Matta, Toma, i Lee którzy do dzisiaj są moimi najlepszymi przyjaciółmi. Widujemy się rzadko, ale  jak już dojdzie do spotkania to traktujemy się jak bracia. Kiedyś napisałem o stowarzyszeniu otyłych anonimowych graczach. SOAG To My! No i może już nie tacy otyli.

* * *


P.S. - Niestety nie mogę ujawnić wam gdzie zrobiłem zdjęcia, ponieważ Game Stop ma absolutny zakaz fotografowania, a kumpel mógłby stracić posadę. Sorry.

 

No i co u Mnie?

Dzisiaj będzie krótko. Podpadłem komuś widocznie! Ej, ładnie tak!? GT!

 

Dziękuję Wam za to wyróżnienie. Aż się człowiekowi chce pisać. Przepraszam że tak krótko, ale nie umiem nic innego powiedzieć. Będę nadal pisał, aż wam się ten czarno-czerwony avatar nie znudzi.

* * *

Mój głupi wierszyk dla krwawej Mary:

Chwileczkę, chwileczkę. Ktoś mi zarąbał teczkę!?

Przed chwilką tu stała, a teraz rączka została!

To Mary żeby Ci udowodnić, że twój wiersz nie jest głupi. Jesteś odważna żeby to opublikować.

* * *

W poprzednim wpisie odpowiedziałem na wasze pytania. Proszę, jeżeli chcecie, zerknijcie tam i zobaczcie co Wam odpowiedziałem.

 

komentarzy: 177Sobota, 11 października 2008, 12:29

Road Trip - czyli w szesnaście dni dookoła USA, cz.6

Las Vegas, Nevada.

 

 

I wcale nie "Viva"

W latach pięćdziesiątych ZUO w postaci włoskiej mafii postanowiło zakorzenić się na pustyni. A że szatan nawet z gówna bat ukręci to w przeciągu następnych lat na miejscu gdzie była tylko pustynia, knajpa i droga powstał największy przemysł rozrywkowy z kasynami, barami, striptease'zami i legalną prostytucją włącznie. I nas tam zawiało. A że ta karczma Rzym się nazywa to i my trafiliśmy to swoich rzymów. Dosłownie i w przenośni.

Krótko: Ja, Ukasz i Łukasz-Łukasz wcale nie byliśmy ani zachwyceni ani podnieceni odwiedzeniem tego miasta. Wiem że wielu z Was pewnie się nie zgodzi, ale po całodziennej wizycie w tym mieście tylko bardziej utwierdziłem się w mojej opinii o tym mieście. Po prostu chcieliśmy zaliczyć to miejsce i jechać dalej. Aby mieć to z głowy.

Dziewczyny jednak zareagowały dokładnie odwrotnie niż my. Brokaty, kolorowe światełka, maszyny-bandyci widocznie mieniły się w ich oczach pobudzając w nich najgłębsze i ukryte pomysły. Tak przynajmniej Ja to postrzegałem i jest to tylko i wyłącznie moja opinia (sorry dziewczyny, nie złośćcie się na mnie że tak dosadnie piszę , same wiecie jak było).

 

Do LV wjeżdżamy 06/08/2008 około godziny 17:00. Jest gorąco. Na horyzoncie (fotka powyżej) jak znikąd pojawia się Las Vegas Strip.

W Las Vegas Boga nie ma. Nawet jeżeli nie wierzysz w żadną istotę wyższą, to będąc w tym miejscu jakiekolwiek drobinki wiary zanikają i przepadają w czeluściach wizualnie ułudnego dobrobytu. Kasa, sex i poniżenie mieszają się w smakach drogich koktajlów, piwa i innych dobroci cielesnych.

 

Co kilka minut jesteśmy oblegani przeważnie przez Meksykanów i Meksykanki, którzy noszą przypięte do pleców plakaty półnagich kobiet z lokalnych klubów nocnych. W rękach mają kolorowe wizytówki które trzymają w obu dłoniach i uderzają nimi o siebie przed twoją twarzą. Tak bardzo jak podoba mi się kobiece ciało to tym bardziej czuję się obrzydzony i jakoś poniżony tym świństwem. Jestem w stanie wymyślić milion pomysłów na uwielbienie kobiecych wdzięków, ale ten nie jest jednym z nich. Sam czuję się poniżony. Ja, dorosły mężczyzna muszę zapłacić kobiecie? Tak jakby mnie nie było na nic stać? Fuj!

Serio, nie lubię tego. Czuję się dosyć niezręcznie, chociaż nadmiar tego wszystkiego bardzo szybko znieczula mnie na te widoki.

 

Wieża Stratosphere. Na wysokości prawie 320 metrów znajduję się karuzela. Tak to zielone coś to karuzela która obraca się poza obrębem wieży! O.O

 

Gdziekolwiek nie spojrzeć, cały czas coś się buduję. Mało, mało! Ciągle mało!

 

Seat Cordoba!? Pierwszy raz widzę to auto na własne oczy w USA. U nas tego nie ma. Szczerze, wszyscy jesteśmy bardzo zaskoczeni.

 

Słynna piramida Luxor. Robi wrażenie szerze przyznam. Co jak co, ale architekci prześcigają się w pomysłach.

 

Cały świat zgnieciony w kilka mil kwadratowych. Ach ta hAmeryka.

 

Widok z przejścia dla pieszych nad ulicą.

 

 

Zwiedzamy wiele kasyn. W MGM Grand jest ogromne terrarium z dwoma lwicami. I UWAGA!!!: Gotowi? Ryki lwów co kilka minut można usłyszeć przez głośniki. Problem w tym że żadna z lwic okrzyku nie wydała z siebie. Wszystko pochodzi z nagrania. Nawet szum liści i śpiew ptaków. Och, matka natura - ujarzmiona.

 

Kolejny widok z ulicy. To nie Disneyland.

 

Do Nowego Jorku również nie trzeba jechać. To miasto nas z tego wyręczy.

 

Na jednym z budynków jest umieszczona ogromna reklama Sony PSP. Zgadnijcie o jakim gramowiczu myślałem robiąc tę fotkę?

 

Miasto nabiera jednak aromatu nocą. Wszystko zaczyna się budzić do życia.

 

Cesars Palace wygląda majestatycznie. Wszystkie budynki są pięknie podświetlone. Efekty mienią się w oczach. Nie wiadomo na czym zawiesić oczyska.

 

Wstępujemy do kasyn i próbujemy swoich sił. Kończyło się na próbach. Łukasz-Łukasz jednak wygrał około 160 dolców, po czym stały się one szybciutko własnością Baśki. :P

 

Eiffel Tower. To nic że mniejsza. Ale hAmerykańska! Fajna nie!? ... nadal robi wrażenie.  To co dopiero oryginał? Francja, może kiedyś odwiedzę?

Przyznam że jest jedno miejsce do którego z przyjemnością powróciłbym w Las Vegas. Mianowicie Muzeum Figur Woskowych Madame Tussauds. Dla czego? Bo qurva mać było zamknięte! Ale byłem zuy! Fuj! I tutaj pomyślałem o pewnym oryginalnym gangsterze z gramu który na pewno ucieszyłby się z pewnej fotki. Jakiej? Otóż w owym muzeum jest figura woskowa 2Pac'a oraz Master Chief'a z Halo 3! Myślę że OG byłby miło zaskoczony, a ja sam miałbym przepiękną fotę z panem militarnego wszechświata.

 

A tak, pozostały tylko te tanie zdjęcia. Sorry :(

 

A to jeden z placów. Kurka nie mogę sobie przypomnieć gdzie... Chyba Palazzo.

 

Fantom Opery.

 

Wyspa Skarbów. Przed hotelem są zaparkowane dwa statki, które podpływają do siebie i piraci toczą zacięte walki przed publicznością tuż obok ulicy.

 

 I'm a pirate! Err!

 

Ponownie piramida Luxor. Krawędzie piramidy pulsują światłem w kierunku szczytu. Na fotce nie widać, ale w nocy na samym szczycie jest potężna wiązka światła bijąca prosto w niebo, widoczna z odległości wielu mil od miasta. Takie: Elo! Tutaj jestem!

 

Słynny sufit w hotelu Bellagio pokryty kolorowymi żyrandolami w kształcie kwiatów. W rzeczywistości wygląda piękniej.

 

Hotel Palazzo przepięknie oświetlony. Jakby oblany złotem.

 

Tańczące fontanny przy hotelu Bellagio. Co piętnaście minut fontanny tańczą w rytm muzyki klasycznej. Tysiące turystów jak sople soli stoi w bez ruchu i przypatruję się owemu zjawisku. Ja również. Piękne.

 

Powyżej mała dygresja. Zdjęcie ciężarówki KenWorth na trasie do Las Vegas. Pewien gramowicz poprosił mnie abym wkleił od czasu do czasu fotkę tych eighteen wheelers (osiemnasto kołowców) ponieważ jego ojciec sam jest kierowcą tirów w Polsce i lubi takie maszyny. Brachu, mówisz i masz! A będzie więcej! I pozdrów ojca!

Nie umiem podsumować wizyty w Las Vegas pozytywnie. Dużo rzeczy się stało pomiędzy nami. To miejsce wydobyło z nas wiele złego. Wyjechaliśmy jednak bogatsi w wiedzę o naszych czarnych stronach charakterów i bardziej umocnieni w naszej przyjaźni. Powiedzmy że wszyscy zjedliśmy beczkę soli i okazało się że nawet w biedzie przyjaźń zwyciężyła lekkie potknięcia. Czyli nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. I tak przyszło nam pożegnać się z tym miastem i ruszyć w dalszą drogę. Opuszczamy Las Vegas 07/08/2008 około godziny 3:20 rano. Jesteśmy zmęczeni. 

Macie szansę tam pojechać? Zróbcie to! Przekonajcie się sami! A jak będziecie o mnie jeszcze kiedyś pamiętać, dajcie mi znać o Waszych wrażeniach.

Las Vegas. Moralne błoto.

Pozdrawiam. W następnym wpisie z serii wycieczki: Kalifornia.

 

Wasze komentarze w poprzednim wpisie okazały się bardzo rzeczowe. Szczere. Tak jak chciałem. Doceniam to.

Dla tych którzy nadal mówią do mnie NP - jestem Mario.

Już od dawna chciałem poruszyć temat etykiety i funkcji gramsajtów. Ale http://ja.gram.pl/Cascad mnie ubiegł. Koniecznie przeczytajcie jego wpis. Wiem że już nie jeden z Was się o tym wypowiadał. Wayzin miał super wpis. Cascad zrobił to tak dobrze, że z przyjemnością skopiowałbym jego wpis u siebie. Przeczytajcie. Nalegam.

* * *

Punkt.

 

Jedną rzeczą, która coraz bardziej zaczyna się powtarzać na różnych gramsajtach (patrz: Cascad) to robienie osobnych wpisów o nowym lejku i ankiecie czy się podoba? Czy to potrzebne? Zacząłem się nad tym lekko zastanawiać i ostatnio natrafiłem na kilka takich wpisów. Skomentowałem tak:

"Wygląd jest, teraz kolej na treść"

Nie ważnie jak interesująco wygląda twoja strona. Jeżeli nie masz nic do powiedzenia to nic to kompletnie nie zmieni. Nic. Kolejna ładnie wyglądająca stronka. I nie pisze tego żeby Was krytykować. Piszę aby Was zmotywować. Każdy ma coś dobrego do powiedzenia. Nie powielajcie tylko setek innych stronek. Stać was na więcej. Prawda?

* * *

Przykuwa.

 

Moją uwagę to co Was bezpośrednio dotyczy. Odwiedzając Wasze blogi bardziej interesują mnie osobiste spostrzeżenia blogera niż wielokrotne powielania informacji ogólnie dostępnych. Większą przyjemność sprawia mi komentowanie waszych myśli niż któreś setna kopia parametrów gry Crisys.

* * *

Szkic. 

 

W wolnym czasie szkicuję. Reperuję stary, zaniedbany [bez]talent. Mad Mario - mojego autorstwa. 16/10/2005, ołówek, PhotoShop.

* * *

Ankieta.

Trwa i ma cel. Mam plan. W Was siła!

* * *

Bezsensowne foty gier?

Nie wiem jak to ludzie postrzegają. Jest coś w nas że chcemy się czymś pochwalić od czasu do czasu. Nie widzę w tym nic złego tak długo jak użytkownik robi to spokojnie. Wpisy poświęcone tylko i wyłącznie nowemu nabytkowi są raczej zbędne i bezcelowe. Każdy z Was ma coś czego nie ma ktoś inny. Rozumie się. Ale wpisy typu: O! O! O! Patrz, patrz co ja mam i za ile dałem! kompletnie nic nie osiągają.

Mam więcej szacunku do gracza, który ma kilka gier, które zdobył za ciężko zarobione/zdobyte pieniądze i który szanuje to co ma niż do osób które namiętnie kupują co chwilkę jakąś śmieszną gierkę po to aby mieć gier 500 a nie 50 i chwalą się tym gdzie tylko się da.

Co do mojej osoby się tyczy, zobaczycie tutaj masę rzeczy które nie są grami, ale które z nimi mają dużo wspólnego. Zdaję sobie z tego sprawę że wiele rzeczy w Polsce jest niedostępnych lub ludzie o nich nic kompletnie nie wiedzą. Po ponad 15+ latach gromadzenia coś tam piszczy w pudełkach. Mam tylko nadzieję że i mi nie odbije i nie będę się bezsensownie obnosił po www jak paw. A jak się zapomnę zawsze możecie mnie lekko zj...ć., err, poprawić.

 

Polski Wiesiek w USA. Ciesze się z tego jak dzieciak. Wersja w USA wydana przez Atari jest ocenzurowana, okrojona, nie polska i nie wszystkie obyczajówki da się na angielski przetłumaczyć. 

* * *

Ojczysty.

Język polski w moim wydaniu ma dużo do życzenia. Błędy ortopedyczne są moim najmniejszym bólem. Tragiczna stylistyka i częste powtarzanie się. Bardzo cierpię z tego powodu. Kul kilkakrotnie mnie poprawiał, ale doszedłem do wniosku że nie chcę. Sam muszę się zdobyć na podciągnięcie mojego niskiego w porównaniu z innymi standardu polszczyzny. Nie robię tego celowo. Po prostu angielski jest teraz moim głównym językiem i często wale babole, bo myślę po ingliszu a piszę po poliszu. Dumny z tego nie jestem.

* * *

Czas.

Właściwie jego brak. Budo w poprzednich komentarzach zapytał się skąd ja na to wszystko biorę czas. Prawda - nie mam czasu. Humanista wielofunkcyjny. Śpię średnio cztery godziny na dobę. Wstaje rano o czwartej. 43km do pracy w jedną stronę na szóstą. kończę o trzeciej przeważnie. W domu 16:00. Zajmowanie się Allegro. Wieczorem biegam: 2 dni, 1 dzień przerwy. Wygospodarowuję około godziny na PS3 MGS4, FF XI Online lub BF2142. W międzyczasie gromadzę pomysły na nowy wpis. Czytanie Waszych blogów zajmuje mi średnio ponad godzinę. Często w pracy to co wpadnie mina myśl notuję i mailuję sobie to co uważam za stosowne. Wiele rzeczy nie trafia do wpisów. Przyjaciele. Odwiedzam rzadko ostatnio. Jestem pustelnikiem. Kontakty międzyludzkie są ograniczone. Obecnie jestem w stanie chęci odcięcia się od otaczającego mnie świata. Jestem takim oto sobie człekiem, dziwnym zwierzęciem.

Super Power? 

Zmęczenie mnie dopada średnio raz na miesiąc. Ostatniej soboty po powrocie do domu spałem praktycznie do niedzieli rano. Ostatnio pobiłem rekord. Wypiłem 17 rozpuszczalnych kaw w ciągu jednego dnia, po czym spokojnie poszedłem spać. Ciekawe kiedy serce przestanie pikać?

* * *

Kolekcja.

 

Coś malutkiego. Podczas premiery gry Resident Evil 4 na niedocenianą, a jakże kochaną przeze mnie Gejm Qubówkę podczas pre-order'u otrzymywało się Leona i Adę. Małe a cieszy. W mojej serii "kolekcja" znajdziecie wiele rzeczy. Od lajtu do drobnostek. Każda równie mnie cieszy i każda sprawia równą przyjemność posiadania.

Sony PocketStation SCPH-4000 White

 

Gdzieś tam jeszcze wyszperałem tę kieszonkową stacyjkę. Takie śmiszne cusik to w KKW wypuścili i tam też zostało. A jak kogoś interesuje co to takiego to można zerknąć tutaj. Kolejna taka mała ciekawostka.

* * *

Halloween.

 

Lokalne miasta przystrajają ulice w dynie. Tutaj akurat lubię to ich święto. Wolnego od pracy nie ma, ale dynie dzięki swoim kolorom dodają weselszego uroku ulicom. Dzieciaki już niedługo będę biegać od domu do domu przebrane za różne duszki-pierduszki i zbierać słodycze. Trick or treat!? Zdjęcie zrobione mniej więcej tutaj.

* * *

Muzyka.

 

On Board - Friendly Fires. Muzyka z reklamy Wii Fit w USA. Lekkie, miłe i podnoszące na duchu. Osobiście? 10+

* * *

GameStop.

 

Będzie osobny wpis. Będą zdjęcia. Wszystko opiszę.

* * *

Nic nie znaczące faktoidy:

10 000+ wizyt. Znaczy się że ktoś czyta. Znaczy się, trza pisać.

150 000 mil. Taki oto numerek mój ośmiocylindrowy staruszek pokazał dzisiaj o godzinie 7:32 podczas jazdy do pracy. To jakieś 241 401km! Yey! Tak, byłem dzisiaj w pracy. Pff, nawet nie pytajcie.

 

Everything is in the eye of the Beholder


komentarzy: 85Poniedziałek, 06 października 2008, 04:26

"U Mario"

Witam was Wszystkich serdecznie,

Dziękuję Wam za wizyty, miłe komentarze , krytykę, sugestie i porady. O tym całym blogu spraw kilka. Miło jest czytać Wasze komentarze, ale jeszcze przyjemniej jest Was odwiedzać i poznawać wasze zainteresowania, poglądy i opinie.

* * *

Znajomi.

Istnieje małe prawdopodobieństwo że kiedykolwiek zobaczymy się w życiu rzeczywistym, więc traktuje Was wszystkich jako moich internetowych przyjaciół z za klawiatury. W związku z tym akceptuje zawsze Wasze zaproszenia do znajomych, bo jest to miły sygnał że jednak kogoś z Was interesuje co tutaj się dzieje. I tutaj narzuca się nowy punkt ...

* * *

Pokemony!

Mario zbiera pokemony! Zanim kiedykolwiek oskarżysz mnie o takie zachowanie, poradziłbym Ci, mój Drogi Czytelniku o prosty kontakt ze mną. Email jest na mojej stronie i zawsze służę odpowiedzią. Tak, kolekcjonuję pokemony i praktycznie mam wszystkie edycje na GB, GBA i DS. Bo lubię! Jest to jedna z najprostszych gierek łącząca elementy puzzle i rpg i najbardziej satysfakcjonujących..

Aha! Nie o to Wam chodzi!? Że niby Mario kolekcjonuje zaproszenia i znajomych jak pokemony? Oj jak płytkie i nie przemyślane jest to oskarżenie. Za każdym Gramsajtem i jego Nikiem kryje się osoba. Żywa, myśląca, pełna pomysłów. Za każdym razem gdy klikam "akceptuj" odsyłam tej osobie automatycznie proste przesłanie - Dziękuję. Dziękuję Wam za to że pomimo mojej różnicy wiekowej jestem w stanie dzielić się z Wami moimi przeżyciami związanymi z grami, graniem i ogólnie skromnym moim życiem i przemyśleniami. Ot taki Mario sobie mieszka w Chicago ...

Zanim kogokolwiek oskarżysz o po-ke-monię zadaj sobie tylko jedno pytanie:

Czy Ty też nie jesteś już jakimś pokemonem w czyjeś kolekcji?

Czy Ty sam nie jesteś kolekcjonerem? Where's your poke-ball?

* * *

Komentarze.

Odwiedzanie mojego gramsajta ma być dla Was przyjemnością, czymś co Was ciekawi. NIGDY OBOWIĄZKIEM! Nie przepraszajcie mnie za to że się spóźniliście z komentarzem, że nie mieliście czasu przeczytać. Nie o to tutaj chodzi. Zdaję sobie sprawę że często nie można się na jakiś temat wypowiedzieć z prostej przyczyny braku jego znajomość, lub też po prostu zainteresowania. Nie oczekuję od Was niczego co w jakikolwiek sposób miało Was zmusić do akcji. Odwiedzajcie i piszcie w miarę waszych możliwości. Ja dokładnie tak samo staram się podchodzić do waszych blogów. Nie przejmujcie się, nigdy nikogo nie "kasuję" bo nie komentuje.

* * *

Poklask.

Po co ten blog istnieje? A po co Twój blog istnieje? Bo oboje mamy swój świat i poglądy i spostrzegamy wszystko inaczej. Piszemy bo chcemy światu przekazać coś o sobie. Podzielić się czymś, prawda? Chcę abyście zawsze byli szczerzy w swoich wypowiedziach. Jeżeli się Wam coś nie podoba, lub nie możecie zrozumieć pewnych punktów widzenia, to po prostu zapytajcie. Najgorsza jest ignorancja. Resztę da się wyleczyć lub wytłumaczyć.

* * *

Recenzje.

To blog o grach, czemu nie piszesz Mario recenzji? Oj, nie znajdziecie ich tutaj. Może dla tego że nie jestem najlepszy w ich pisaniu. Wielu z Was, czy to 332 czy też Master Matrox, robi to wiele lepiej ode mnie. Poza tym, Wy wszystko postrzegacie inaczej ode mnie. Ja już mam troszkę lat na karku, widziałem nie jedną grę, konsolę czy magazyn. Jak to jeden z Was opisał mnie na swoim gramsajcie Mario jest stonowany. Możliwe. Wiem co lubię, wiem czego nie lubię. Przekażę wam co nie co, ale nigdy nie narzucę. Nigdy nie krytykuję za coś czego sam nie znam. Przykładem mogą być gry typu NFS, Burnout czy F1. To są wspaniałe gry, mnie jednak nie jarają, nie jestem w nich dobry i jakoś nie potrafiłem nigdy się tym zainteresować. Co doceniam w graczach to zapał, upartość i nieustanne dążenie do celu. Nie tylko w tych grach ale i we wszystkich innych.

 * * *

Nintendo.

Tego raczej mało kto zrozumie. Po upadku Atari, firma Nintendo praktycznie uratowała cały przemysł gier wideo w USA dzięki małej konsoli NES. Przyjechałem do USA w '93 roku i natychmiast wpadłem w wir gier. Już w Polsce miałem niemiecką wersję NES w systemie PAL (oj napracowałeś się ojczulku na d nią, napracowałeś - dzięki wielkie!) i byłem już mocno zżyty z konsolą, firmą i ich dobytkiem. Pobyt w USA mi tylko ułatwił resztę. Ale nie mam nad Wami żadnej przewagi, oprócz tego że się tutaj znalazłem. Nie warze się tutaj nie wspomnieć o firmie Sega i konsoli Genesis (u was MegaDrive) i TurboGraFX. Dostrzegam i doceniam to co dobre. Nintendo jednak potrafiło mnie przykuć najbardziej.

 * * *

Nintendo Power i inne miesięczniki.

Bardzo lubię w Was fakt, że nadal kupujecie prawdziwe, namacalne miesięczniki. Papier ma w sobie ogromny czar. Słowo, które jest ciężkie. Opinie które gną wasze półki. W erze cyfrowej papier ma nadal swój czar, zapach i magię. Nintendo Power abonament założyłem zaraz po przyjeździe, a poprzednie miesięczniki zakupiłem na eBay. Obecnie mam każdy numer od momentu powstania. Czytam je z ogromnym zapałem. Ktoś się mnie zapytał czy sięgam wstecz do starych egzemplarz?

ARE YOU KIDDING ME!?

Oczywiście że tak! Jest to właśnie jedna z najprzyjemniejszych rzeczy! Wygrzebać stary egzemplarz i przeżyć stare chwile ponownie. Uwielbiam!

* * *

Konsole i gry.

Tutaj obecnie sprawy mają się tak. W domu mam to co obecnie gram:

  • Nintendo NES
  • Nintendo Game Cube
  • Nintendo Wii
  • Xbox 360 Halo 3 Edition
  • PS3 80GB Metal Gear Solid 4 Edition 
  • PC

Resztę musiałem spakować i przewieźć do magazynu. Taka kolej rzeczy niestety. A czy mam DS i PSP? DS miałem, oddałem młodszej siostrze bo zgubiła w szkole swojego (szok! po cóż biedactwo brało). GBA SP dałem młodszemu bratu. PSP jeszcze nie mam, znaczy się miałem ale przehandlowałem. A czy zamierzam się z ponownym kupnem? Oczywiście że tak, tylko nie wiem na jaką wersję chcę się dziabnąć. Poczekam. DSi też będzie w planie. Mus! Oto kilka gier które mi przychodzą do głowy, które obecnie mam w domu:

  • PC Final Fantasy XI Online
  • BF 2142
  • Wiedźmin ER
  • Halo 3 (360)
  • Orange Box (360)
  • Bioshcock (360)
  • MGS4 (PS3)
  • GTA IV LE (PS3)
  • Super Mario Galaxy (Wii)
  • Excite Truck (Wii)
  • Metroid Prime Corruption (Wii)
  • Zelda (Wii)
  • Wii Sports
  • Super Mario Sunshine
  • Metroid Prime
  • Metroid Prime 2
  • Zelda Wind Waker
  • Resident Evil 4
  • Resident Evil 0

I coś tam jeszcze ominąłem. Ale to raczej mało już ważne. Ważne jest to że wreszcie wygospodarowałem dzień tak aby pograć chociaż jedną godzinę. Wy macie szkołę, ja mam pracę. Trzeba to jednak wszystko pogodzić.

Wiedźmin.

Zauważyliście powyżej!? Wiedźmin Edycja Rozszerzona, ta Polska Wersja, prosto z Polski! Jej! Nawet sobie nie zdajecie sprawy z tego jak się cieszę że mój Ukasz na moje urodzinki kupił mi Wiedźmina i podał przez znajomego, który leciał do USA. 

Eh, niby nic specjalnego powiecie, każdy w Polsce go już ma. Żadna nowość. Oj nie dla mnie! Zawsze chciałem polską edycję, bo wersja Atari wydana w USA została obcięta, ocenzurowana i jakoś nie do końca dokładnie przetłumaczona. Nie wszystko da się na angielski przetłumaczyć. Już się nie mogę doczekać moich pierwszych kroków! Oh boy!

* * *

Kolekcje.

Właściwie to ja nigdy nic nie kolekcjonowałem. Po prostu nigdy nie sprzedawałem gier, bo zbyt ciężko na nie pracowałem, aby sprzedać je za marne grosze. No a po 15 latach zbierania coś tam już mam. A czy uważam się za kolekcjonera? Hmm, nie wiem. Mam dużo rzeczy, które są warte grubej kasy albo mają autograf (myślę o panu Kojima), albo są ogólnie niedostępne. Widziałem w życiu kilka osób jednak przy których jestem maluteńki jak ziarnko pisaku, więc powiedzmy że coś tam mam. Ale o kolekcjonerstwie będzie jeszcze kiedyś wpis. Co do gier i rzeczy z nimi związanymi, w każdym wpisie postaram się włożyć kilka fotek. Master Matrox zapytał się mnie czy dumnie prezentuje swoją kolekcję. Powiem że już nie, bo mam taki nadmiar że nie mieści się to w domu. Pwiem wam że mam setki gier, miesięczników, poradników, figurek, modeli i innych rzeczy że jest to fizycznie nie możliwe. Istnieje do tego inny projekt internetowy, który prowadzę od 2004 roku, ale o tym innym razem.

* * *

O kurcze, nie wrzuciłem ani jednej fotki!? Szok! Nic, będzie w następnym wpisie.

Jak zwykle, pozdrawiam serdecznie! Do następnego razu!

komentarzy: 60Niedziela, 05 października 2008, 07:15

follow me




EMAIL ME

Ostatnio gram w

Tytuł gryPo sieci?Ukończona?

Moje statystyki

Na gram.pl jestem już: 4409 dni

Moich wejść na gram.pl: 11 634 (#543)

Napisanych postów i komentarzy: 2 571 (#462)

Napisanych recenzji: 1 (#46)

Wpisów na blogu: 386 (#21)

Liczba odwiedzin mojego gramsajta: 115 757 (#4)

Archiwum wpisów

Strona prezentuje indywidualną opinię użytkownika. gram.pl nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczone przez użytkowników.
© gram.pl