avatar

Feanil Użytkownik gram.pl (Obywatel) ja.gram.pl/Feanil

Mój blog (Wrzesień 2010)

próba

Przez kilka następnych dni nie miał nic innego do roboty, więc prawie cały czas poświęcił na trening. Ale to nie pomagało, wciąż rozmyślał o ostatniej rozmowie z Triss. Do „Księżniczki”, jak ją nazywał w myślach, dzwonił przynajmniej raz w ciągu dnia, tylko po to by ją usłyszeć. Ale tego dnia, gdy właśnie biegł ścieżką, przez dawnych uczniów tego miejsca zwaną Mordownią, Wyczuł maga przechodzącego przez rzekę. Ktoś nowy. Dolinę znał jak własną kieszeń, więc nawet się nie zastanawiając nad tym, teleportował się w dobrze ukryte miejsce z widokiem na skałę blokującą przejście. Dwójka nastolatków, najmłodsza z aktorów, chociaż już siedemnastoletnia dziewczyna i chłopak mniej więcej w jej wieku. Z pewnością miał on talent magiczny, ale teraz był wyczerpany. Zatrzymali się kilka metrów od skały, gdy dziewczyna spytała niewinnie:

- Co myślisz o tej skale?

- skała, jak skała. Nic w niej ciekawego – odpowiedział

- A jeżeli Ci powiem, że jest magiczna?

- magiczna?

- to taka zasłona, żeby nikt nie przechodziła dalej.

- iluzja... - podszedł bliżej zaciekawiony, ale nie dotknął głazu, zatrzymał się o krok przed nim – a jak się podejdzie otwiera portal... jakoś nie mam ochoty w niego wchodzić

- podobno prowadzi w jakieś niebezpieczne miejsce. Ale Ty z pewnością potrafisz go zamknąć

- wątpię – chłopak zaśmiał się krotko – skoro ktoś tak się postarał, żeby nikt tą drogą nie chodził to lepiej tego nie robić.

- ale tam są tylko jakieś stare ruiny – powiedziała proszącym tonem – chciałam je sobie tylko obejrzeć i tak sobie pomyślałam, że Justin Bieber mi w tym pomoże.

- Nie ukrywa się ruin bez powodu Seleno. - jego ton, mimo chłopięcego głosu, stał się nagle twardy i poważny – nie zamierzam pakować się w to miejsce, choćby nie wiem jakie cuda tam były.

- tchórzysz? - tym razem w jej głosie była kpina

- Nie. Nawet jeśli bym chciał, nie wiem nic o portalach i wątpię czy udało by mi się go zamknąć, a poza tym jestem zbyt osłabiony by używać takiej magii.

- osłabiony? To tylko drzwi które trzeba zamknąć, wielka mi filozofia

- to może spróbujesz? - widać było, że Justin ledwo nad sobą panował ze zdenerwowania

- nie ma Mocy jakbyś tak nie wiedział. Myślisz, że po co cię ściągnęłam?- ledwo to powiedziała, zakryła sobie usta obiema dłońmi ze strachem w oczach. Ale on tylko uśmiechnął się i powiedział:

- nareszcie jesteś ze mną szczera. Jak masz mnie tylko wykorzystywać do swoich zachcianek, to lepiej już więcej do mnie nie dzwoń.

- Godna podziwu postawa. - Przy rzece stał Steave – i Seleno, on mówi prawdę. To zbyt stara i zbyt potężna magia by mógł sobie z nią poradzić nawet w pełni sił magicznych. Ale to tak zwane „rozładowywanie” nie jest konieczne. Wystarczy popracować nad kontrolą.

- a jeżeli się pan myli? Jeżeli by mu się udało?

- Musiałby jeszcze pokonać Strażnika.

- nikt go nie widział od kilku dni...

- Ponieważ do tej pory miałem spokój i nie musiałem stamtąd wychodzić. - Maciek stał kilka kroków za jej plecami – a co do kontroli, to Steave ma rację. Nauka telepatyczna sprawę ułatwi.

- w jaki sposób? - młodzieniec stanął bokiem do Strażnika

- tak jak Neo uczył się po wyjściu z Matrixa, tyle że bez wtyczek, a zamiast komputera mój umysł.

- A jeśli odmówię?

- to twoja sprawa, ale za parę tygodni znowu będziesz musiał się „rozładować” żeby odzyskać kontrolę nad Mocą

- I nie będzie pan czytał moich myśli?

- nie. Nie interesują mnie one.

- To co mam zrobić?

- wystarczy Twoje pozwolenie i że będziesz patrzył mi w oczy. Możemy zaczynać?

- Tak.

Połączenie trwało zaledwie minutę, a „nauczyciel” stwierdził, że za wzorową postawę należy się chłopcu nagroda, więc nauczył go nie tylko kontroli, a jeszcze teleportacji, sennego łącza, Starszej Mowy i walki wręcz. Gdy skończyli, Justin wyszeptał tylko „dziękuję” i ruszył w stronę zamku.

- Co z nią zrobisz? - spytał aktor tonem filmowego złoczyńcy

- Nic. Nie jest głupia i w portal włazić nie będzie, a bez silnego Maga go nie zamknie.

- a jeśli ktoś taki się pojawi i mu się uda?

- wtedy, jak zauważyłeś, będzie miał ze mną do czynienia. I z Triss. Duch czarodziejki może nie jest tak potężny jak była za życia, ale wciąż potrafi być niebezpieczna.

- Duch? - w oczach dziewczyny był autentyczny strach – one istnieją?

- Owszem – obok niej pojawiła się półprzeźroczysta postać czarodziejki

- ale nic mi nie zrobi? - Selena zaczęła drżeć

- nie, póki jesteś po tej stronie skały – odpowiedziała zjawa uprzejmym tonem. Młoda aktorka powoli odwróciła się i ruszyła w stronę zamku przyspieszając z każdym krokiem.

- Witaj Triss – Steave uśmiechał się do niej

- Wtajemniczony Steaven. Milo znów Cię widzieć. Może ty zdołasz go przekonać?

- Wtajemniczony? - Maciek był co najmniej lekko zaskoczony

- Ktoś, kto był w twierdzy, kto może tam wchodzić i ma obowiązek wspierać Strażnika, nawet jeżeli pożyje dłużej niż ten, co go wtajemniczał.

- Swietłana...

- tak. Musiała komuś powiedzieć, dzięki temu łatwiej było jej samej

- ja nie muszę...

- sam nie wierzysz w swoje słowa. - Aktor przyglądał mu się uważnie – raczej boisz się komuś powiedzieć.

- nie wiem komu mógłbym tak zaufać...

- Tobie ludzie ufają, jeszcze na długo zanim Cię wybrałam, powierzali Ci swoje sekrety i ani jednego nie zdradziłeś.

- moi kumple, po prostu czasem potrzebowali wyrzucić coś z siebie i jakoś tak przychodzili do mnie.

- każdy potrzebuje kogoś takiego – patrzyła mu prosto w oczy

- mnie wystarczał zeszyt...

- Ale o tym nie pisałeś, bo jednak ktoś może to przeczytać, więc może pora komuś zaufać?

- może... zastanowię się nad tym – po tych słowach przeszedł przez skałę. Czarodziejka, chciała jeszcze coś powiedzieć, ale Seave powstrzymał ją gestem i pokręcił głową. Westchnęła znikając tak jak się pojawiła.

 

komentarzy: 0Wtorek, 14 września 2010, 21:18

filmowcy

W dolinie stało pełno samochodów, kilka przyczep i kontenery biurowe. Skierował sie do młodego faceta wyjmującego jakieś pudła z busa, ale zatrzymał go głos wołający po angielsku:

- przepraszam pana, mogę prosić o przepustkę? - szybkim krokiem podszedł do niego barczysty ochroniarz

- przepustkę? Nie sądziłem, że jakaś jest mi potrzebna. - odpowiedział z uśmiechem

- Niestety, jest. Na zamku będą film kręcić, więc skoro nie posiada pan przepustki...

- gdzie można dostać przepustkę? - spytał uprzejmie

- to nie tak... - ochroniarz był trochę zmieszany

- pan wybaczy, mój paszport – powiedział podając facetowi dokument – jestem tylko turystą, który chciał obejrzeć sobie zamek. Ale jeśli to przeszkadza filmowcom

- w czym przeszkadza? - podszedł do nich gość w ciemnym garniturze i z pokaźnym brzuchem

- w ich pracy. Może w czasie przerwy na lunch mógłbym obejrzeć choć kilka komnat?

Grubas zmierzył go od stóp do głów, zastanawiał się przez chwilę, po czym odpowiedział:

- czemu nie. Może pan nawet teraz, tylko proszę się trzymać z dala od ekipy

- oczywiście. Dziękuję panu bardzo – odebrał paszport i wolnym krokiem ruszył w stronę zamczyska. Jego twarz przebrała wyraz zaciekawionego turysty, gdy rozglądał się uważnie dokoła, jednocześnie pomagając sobie umiejętnością wyczuwania Mocy. Ale jak dotąd trafił na samych niemagicznych.

Czuł jedynie obecność ducha czarodziejki, choć nie odezwała się ani słowem. Wciąż była na niego obrażona.

Zwiedzał właśnie salę rycerską, gdy usłyszał energiczne kroki za sobą. Odwrócił się. Aktorka szla prosto na niego. Była wściekła. Uśmiechnął się uprzejmie, ale tylko skrzywiła się i przyspieszyła kroku. W biegu zrobiła pełny obrót i uderzyła go pięścią w szczękę. Ale cios nie osiągnął celu. Maciek złapał ją za nadgarstek, i jednocześnie wykręcając jej rękę odepchnął ją od siebie najdelikatniej jak pozwalała na to sytuacja. Przeszła dalej w obrocie, by kopnąć, ale tylko machnęła obcasem przed jego nosem. Bawił się nią unikając lub blokując każdy jej atak, a sam nie uderzył ani razu. W końcu ostatnim chwytem przyparł ją do kolumny, plecami do siebie i powiedział cicho tuż przy jej uchu:

- Ładnie to tak atakować turystów bez powodu?

- turystów? - zaśmiała się – turyści nie mają tu wstępu. Puszczaj

- temu panu pozwolono obejrzeć zamek – na środku sali pojawił się grubas, a gdy tylko to powiedział, Maciek odsunął się od aktorki na przepisową odległość trzech kroków. To ją zaskoczyło, ale po chwili obdarzyła „turystę” gorącym uśmiechem mówiąc:

- w takim razie przepraszam za ten atak. Nieźle walczysz. Jaki to styl?

- nie mam pojęcia. Raczej wszystkiego po trochu. Nauczyłem się ruchów które widziałem u innych.

- samouk, ciekawe. Więc pewnie masz spore doświadczenie w walkach, skoro tak dobrze Ci szło.

- nie zupełnie. Ostatni raz biłem się z kimś jakieś pięć lat temu i był ot mój szósty, czy siódmy raz w życiu.

- i pokonał mnie ktoś taki? Nie wierzę

- ale to możliwe – zbliżył się do nich aktor o nieodgadnionym wyrazie twarzy – nie ilość walk jest ważna, a umiejętności wojowników

-Wystarczająco już mi dzisiaj napsułeś krwi Steave – odparła odchodząc – a pana turystę zapraszam na drinka.

- Matthias, ale może być Mati. Pani wybaczy, ale jak dla mnie jeszcze za wcześnie na alkohol

- nie musisz pić, wystarczy że przyjdziesz – odpowiedziała będąc już w drzwiach

- Cała Angelina, nie przyjmuje odmowy. - Steave ruszył w stronę wyjścia

- Więc coś mi się zdaje, że dzisiaj jeszcze raz się zdenerwuje. - Mati szedł obok niego. Rozmawiał grzecznie z aktorem, a jednocześnie nie spuszczał z oka jednego z operatorów kamer. Chłopak miał talent magiczny, niewielki, ale zawsze. Poszedł za nią tylko po to by powiedzieć, że jest mu przykro, ale powinien już wracać. Wściekać zaczęła się dopiero, gdy zniknął za zakrętem drogi prowadzącej na plan. Wrócił nad rzekę okrężną drogą i ukrył się w lesie. Po jakiejś godzinie pojawił się starszy mężczyzna o postawie żołnierza i gładko ogolonej głowie w towarzystwie kamerzysty z talentem. Byli za daleko by słyszał słowa, ale widać było nawet z daleka, że obaj są zdenerwowani. Od chłopaka biła niepewność i strach, a od łysego zniecierpliwienie. Maciek wykonał znak dłonią. Zmienił się jego ubiór na czarny bezrękawnik z golfem zasłaniającym usta i nos i tego samego koloru spodnie bojówki, a na jego plecach pojawił się miecz. Idący zbliżali się do iluzji ukrywającej przejście do twierdzy. Zatrzymali się zanim magiczne zabezpieczenie otwarło portal prowadzący w przypadkowe miejsce, byle daleko i niebezpiecznie. Maciek podszedł na tyle blisko by słyszeć rozmowę.

- ...mówię Ci przecież, że tu nic nie ma. To tylko skała i tyle.

- te zdjęcia mówią coś innego. Tu powinna być droga którą tir może przejechać.

- no to popatrz sobie... co widzisz? - chłopak sprawiał wrażenie jakby chciał uciec, ale coś go trzymało w miejscu

- zdjęcia z najlepszego satelity jakim dysponuje ten świat pokazują, że tej skały nie powinno tu być. To musi być magia. Chcę tylko byś użył na niej swojego talentu żeby się przekonać.

- jeżeli masz rację, to ta magia może zabić nas obu.

- raczej to tylko zasłona, ale chcę mieć pewność. Jeśli to zwykła skala, to możesz ją dla mnie po prostu zniszczyć... chyba że nie zależy ci już na tej żółtej szmacie...

Przez twarz młodzieńca przebiegło przerażenie. Zamknął oczy i uniósł ręce kierując dłonie na skałę.

- Nie radzę. - Maciek siedział na głazie przy rzece za ich plecami. Łysy wyciągnął pistolet, a młodzik zaczął się ostrożnie oddalać.

- jeżeli podejdziesz za blisko, otworzysz portal do jakiegoś niebezpiecznego miejsca. Nie wiem gdzie, ale wiem że długo byś tam nie przeżył. A pan niech opuści broń.

- A niby dlaczego? - zapytał odbezpieczając pistolet. Nie potrzebnie mrugnął. To wystarczyło by Strażnik pojawił się za nim przystawiając mu ostrze do gardła.

- kolejny raz nie poproszę. Zabezpiecz to spowrotem i rzuć na ziemię. - facet bardzo powoli wykonał polecenie. Zanim pistolet dotknął trawy, Maciek położył dłoń na plecach mężczyzny i posłał krótki impuls Mocy odrzucając go na drugą stronę rzeki. Ledwo tamten padł twarzą w trawę, między nimi stanęła bariera.

- on blefuje – zwrócił się do kamerzysty – przekazano mi, że twoja narzeczona użyła talentu do ucieczki. Zadzwoń na komórkę jej przyjaciółki.

Gdy chłopak wykonał polecenie, Strażnik odnalazł dzięki połączeniu umysł dziewczyny, nauczył ją teleportacji i podał lokalizację. Narzeczony przez chwilę wpatrywał się zdumiony w telefon, a potem w ziemię obok siebie. W magicznym kręgu pojawiły się dwie dziewczyny. Ta z lewej upuściła telefon i rzuciła się na szyję ukochanego ze łzami w oczach. Zbliżał się do nich gruby szef ochrony, jego trzech ludzi i jeszcze paru ludzi. Strażnik posłał promień światła w barierę, tamci zatrzymali się tuż przed nią.

- Paine Bries ten człowiek to przestępca – kamerzysta przeszedł wraz z dziewczynami przez opuszczoną na tę chwilę tarczę. - porwał moją narzeczoną, z powodu jakiś głupich zdjęć

- nie są głupie. - odparł tamten podnosząc się – to ty jesteś głupi. Ruiny skrywają tajemnicę, która mogłaby na zawsze zmienić świat.

- Nie widzę tu żadnych ruin – odparł spokojnie szef ochrony – kim pan jest?

- chłopak ma rację. - odpowiedź nadeszła z drugiego brzegu rzeki – ten człowiek jest znany jako Biały Wąż. Jeden z czołowych działaczy Białego Fortu, powstałego ze zgliszczy trzech K.

- za tą skałą są ruiny Kaer Morhen. Ukryto tam narzędzie, dzięki któremu moglibyśmy przywrócić porządek na świecie.

- tak jasne, zabrać go – Bries podszedł do tarczy, a jego ludzie od razu zajęli się łysym – dziękuję, że pomogłeś temu chłopcu. Tak czułem, że nie jesteś zwykłym turystą.

Na te słowa wszyscy odwrócili się do Maćka

- pilnuję by tajemnice Kaer Morhen nie trafiły w niepowołane ręce.

- ale twoja obecność nie jest do tego konieczna.

- zwykły człowiek i tak próbę przejścia najprawdopodobniej przypłaci życiem. To magiczni stanowią zagrożenie

- nie zmierzam zbliżać się do tej skały, a nie sądzę żeby ktoś jeszcze z ekipy miał talent magiczny – kamerzysta uśmiechnął się i wraz z narzeczoną odszedł w kierunku samochodów.

- tak też myślałem – Steave podszedł bliżej – to oznacza, że Swietłana nie żyje.

- Kto? - najmłodsza wśród aktorów była obok niego

- Poprzedni Strażnik Kaer Morhen. Spotkałem ją dawno temu. W walce nie miała sobie równych, a tak się przypadkiem złożyło, że mi zaufała. I lepiej żeby nic co tam jest nie opuszczało twierdzy. Pozdrów ode mnie Triss. - mówiąc to odszedł do swojej przyczepy, a reszta poszła za jego przykładem i wróciła do swoich zajęć. Maciek odczekał jeszcze chwilę, zanim zdjął barierę i przeszedł przez skałę jakby jej tam nie było.

 

Strażnik zamknął telefon, ale zamiast go zgnieść w dłoni, choć miał na to ochotę, jedynie zaklął pod nosem.

- Co się tak wściekasz? - Usłyszał telepatyczny głos czarodziejki

- Na siebie. Zresztą co cię to obchodzi, idź drażnić kogo innego - Odparł jadowicie

- To znaczy?

- Kur... poznałem sztuki walki, potrafię posługiwać się każdą białą bronią i wiem jak zabić każde monstrum. Znam kilkanaście języków, sporo eliksirów i chyba wszystkie trucizny i antidota. A nie potrafię takiej prostej rzeczy...

- nie wiem o czym mówisz

- właśnie o tym. Rozmawiam teraz z tobą, mogę rozmawiać z każdym w znanych mi językach, z pewnością temat by się znalazł... ale nie z nią. Tylko pisać, bo wystarczy, że słyszę jej głos i w głowie jedna wielka cholerna pustka i prawie się nie odzywam. Osoba na której zależy mi najbardziej, a ja nie wiem czemu, ale jakby mnie coś blokowało i... - Cholera jasna rzucił telefonem z całej siły przez pokój trafiając w poduszkę i usiadł ciężko na podłodze - dlaczego tak jest?

- Może brak ci wiary w siebie? Może przy niej to tracisz?

- Może, tylko cholera dlaczego?

- Tego nie wiem, ale powinieneś to zwalczyć jakoś, przemóc się

- Taa jasne... Łatwo Ci mówić. A to wcale nie takie proste

- Nikt nie mówi, że będzie łatwo, ale odrobina wysiłku...

- odrobina to była przed chwilą, ze skutkiem marnym. Znowu większość czasu milczałem jak ostatni dureń.

- Teraz to wogóle nie nadajesz się do rozmowy Po tych słowach czarodziejka zniknęła, A on. Nawet ucieszyło go, że sobie poszła. Nie chciał, żeby go ktokolwiek widział.

komentarzy: 0Niedziela, 12 września 2010, 21:26

Sen

Śniło mu się, że jest znów w dolinie, gdzie obudził się po Koniunkcji. Znów poszedł dobrze ukrytą ścieżką, by dotrzeć do wpół zniszczonej twierdzy. Ale coś mu nie pasowało. Jakby to nie był zwykły sen.

- Witaj strażniku – na głównym dziedzińcu przywitała go kobieta o miedzianych lokach w szmaragdowej sukni

- Triss. To nie jest zwykły sen prawda? - zapytał trochę niepewnie

- to coś pomiędzy snem a jawą. Już śpisz, ale jesteś w pełni świadom i z pewnością zapamiętasz to wszystko. - odpowiedziała z uśmiechem

- wnioskuję, że wezwałaś mnie tu w jakimś konkretnym celu, o co chodzi?

- przypominasz mi kogoś. Też nie owijał w bawełnę... a może zwyczajnie chciałam pogadać.

- tylu jest magów po Koniunkcji, a chcesz gadać właśnie ze mną?

- dobrze wiesz, że nie powinni wiedzieć o Siedliszu

- Mam ochotę je zniszczyć wraz ze wszystkim, co ukrywa – odparł z westchnieniem.

- Ale zgodziłeś się to chronić. Trochę za późno żeby się wycofać.

- Wiem. Ale istnieje ryzyko, że kolejny strażnik zdradzi.

- nie będzie następnego Strażnika Tajemnic Kaer Morhen, póki żyjesz.

- a jeżeli to ja zdradzę?

- nie zrobisz tego. Mówiłam Ci już, że magia chroniąca to miejsce wybiera najodpowiedniejszych ludzi do tego zadania

- magia wiążąca Twojego ducha z tym miejscem. Nie nuży Cię to? Nie masz dość?

- Nie. Zresztą to był mój wybór. A poza tym jestem pod wrażeniem Twoich umiejętności.

- Co masz na myśli?

- Tylko raz użyto na Tobie telepatycznej nauki w podświadomość, a już sam potrafisz to wykorzystać. I uczyłeś ją tylko tego co konieczne. Nadal nie wie o tym miejscu, nie zna wiedźmińskich sztuka walki, nawet jednej receptury, a z pewnością pomyli Cmentara z Ghulem. A mogłeś ją nauczyć czegoś więcej.

- jakoś tak brak mi zaufania do ludzi. Nawet jak mam dostęp do ich umysłów

- ale jest ktoś komu ufasz.

- mojej rodziny wolę w to nie mieszać.

- nie mówię o rodzinie – na ustach czarodziejki zagościł chytry uśmieszek

- jej tym bardziej wolę nie mówić o Kaer Morhen. Nie będę jej narażał, zresztą co Ci do tego?

- Dziwnie jest między wami...

- skończ pierdolić Merigold i gadaj o co chodzi – ta rozmowa zaczęła mu działać na nerwy

- Na zamku w pobliżu doliny pojawiła się spora grupa ludzi, ktoś powinien mieć na nich oko. I nauczyłeś się dzięki tej rozmowie jak łączyć się z innymi w snach. - odparła gniewnie i po chwili zniknęła wraz z twierdzą, pozostawiając go w pustce półsnu. Zaklął cicho i przewrócił na bok zasypiając. Obudził się o świcie i zaraz po śniadaniu teleportował się w miejsce skąd widać było zamek wybudowany wiele lat po tym jak ostatni wiedźmin opuścił Siedliszcze ścieżką ukrytą przez magię Strażników.

komentarzy: 0Piątek, 10 września 2010, 23:18

...

Beata siedziała w kącie łóżka przyciskając do siebie poduszkę, gdy podłoga na środku pokoju zaczęła świecić delikatnym zielonym światłem znaków magicznego kręgu teleportacji. Pojawiła się w nim jej siostra, jakiś facet i dziewczyna. Ostatnich dwoje patrzyło sobie w oczy. Po chwili facet podszedł, usiadł na skraju łóżka i powiedział łagodnie:

- witaj. Jestem Maciek. Twoja siostra powiedziała, że masz Moc, ale nie potrafisz nad nią zapanować. Chcę Ci pomóc.

- jak? - spytała jeszcze bardziej wciskając się w kąt

- pokazując jak ja nauczyłem się panować nad Mocą – oparł wyciągając rękę – wystarczy, że podasz mi dłoń i zamkniesz oczy. Pokarzę Ci moje wspomnienia.

- wspomnienia? Jak czytanie w myślach?

- nie, nie do końca tak. Owszem możliwe, że zobaczę coś, czego nie chcesz pokazywać, ale masz moje słowo, że nikomu nawet o tym nie wspomnę

- i myślisz, że ci uwierzę? - spytała z drwiną w glosie

- nie musisz. Mogę nic nie robić a wtedy twoja Moc cię zabije niszcząc przy okazji sporą część budynku raniąc przy okazji innych

- nie możliwe

- nie? - odparł znacząco rozglądając się po pokoju, wszystko tutaj było zniszczone, zmiażdżone lub nadpalone – nie panujesz nad tym już teraz, a będzie coraz gorzej. Mag jest jak bomba zegarowa, w chwili jego śmierci, Moc uwalnia się w eksplozji. Tak się składa przypadkiem, że potrafię określić wielkość Mocy innych. Dzięki tobie ten budynek może przestać istnieć. A przynajmniej większość.

- skąd to możesz wiedzieć?

- sama możesz się o tym przekonać – powiedział wstając powoli i podchodząc do dziewczyn przyglądających się rozmowie. - wystarczy poczekać

- obiecujesz? - zapytała ze strachem w glosie – obiecujesz, że nikomu nie powiesz?

- nikomu – odparł wracając na poprzednie miejsce – ani słowa.

Dotknęła nieśmiało jego dłoni i zamknęła oczy. Pokazał jej jak ujarzmić Moc. A kiedy było prawie po wszystkim, jej myśl spytała: kim jest ta dziewczyna?

- kimś ważnym – odpowiedział. Mieszanina emocji jaka towarzyszyła tym dwóm słowom uświadomiła jej, że chodzi mu o to kim dla niego jest.

- wie o tym? - spytała znów

- nie chcę o tym gadać - odparł i zabrał dłoń. Jego sposób nauki był niezwykły. Ledwo pokazał jej jak i robiła wszystko jak trzeba nawet o tym nie myśląc. Podziękowała mu uśmiechem i zerknęła na tamtą dziewczynę. „Ona wie” - pomyślała - „ale coś tu nie gra”. Już miała zapytać, o to, gdy jej „nauczyciel” wstał i podchodząc do tamtej powiedział:

- powinniśmy wracać do szkoły. - zanim ktokolwiek zdołał zaprotestować, pojawił się krąg teleportacji i zniknęli tak jak się pojawili. Beata wstała i podeszła do zniszczonej przez jej własną magię szafy. Miała ogromną ochotę wyjść na spacer.

komentarzy: 0Piątek, 10 września 2010, 22:30

ogień

- Lepiej tu przyjdź. Jakiś uczeń podgrzewa atmosferę pomiędzy budynkami, dosłownie – Po tych słowach, nauczyciel patrzący przez okno rozłączył się.

Kilka sekund później, bliżej tylnej bramy na teren szkoły, na asfalcie pojawił się magiczny krąg, a w jego środku jakiś facet. Wyglądał na osiemnaście lat, w bluzie z kapturem, bojówkach w „kamuflaż miejski” i czarnych adidasach. Chłopak stojący na środku podwórka, odwrócił głowę z szerokim uśmiechem

- chcesz się zabawić? - nad dłonią ucznia pojawił się płomień

Ale przybysz tylko wyciągnął rękę na wprost siebie, układając dłoń jakby właśnie złapał piłkę tenisową. Ten z płomieniem poczuł jakby go wciągał wielki odkurzacz, a jednocześnie stał w miejscu. Gdy tamten opuścił rękę, poczuł się strasznie slaby, usiadł tam gdzie stał.

- wybacz, ale musiałem pozbawić Cię energii magicznej – głos obcego był drażniąco spokojny

- po co? - brzmiało kpiące pytanie

- żebyś nie zrobił sobie krzywdy – odparł tamten podchodząc i przykucając przy nim – za kilka dni znowu będziesz mógł się bawić ogniem. A energię zabrałem Ci, żeby na spokojnie porozmawiać

- Niby o czym?

- zdajesz sobie sprawę, że mogłeś kogoś zranić? Albo nawet zabić? Jak myślisz co by się potem stało?

- nic nie mogą mi zrobić?

- tak? Jesteś pewien?

- tak

- a co z inkwizycją? Chcesz powtórki? Żeby polowali na takich jak my i nas zabijali? - dzieciaka zamurowało. Nie wiedział, co odpowiedzieć, więc tylko spuścił głowę, a obcy mówił dalej – A ilu zostanie niesłusznie oskarżonych, skazanych i zgładzonych? Pomyślałeś o tym? O ludziach, którzy jak ty otrzymali dar magii i chcieliby go wykorzystać, nie dla siebie, ale by innym pomagać? Po kilku stuleciach magia powraca do naszego świata w jakiś dziwny sposób, ale niestety są ludzie którzy będą chcieli wykorzystać ją dla własnego dobra, by mieć wreszcie władzę i bogactwo, pozwolisz im na to? Tylu jest niemagicznych na tym świecie, którym z naszą mocą możemy pomóc, a ty się bawisz strasząc innych.

- oni zawsze się ze mnie śmiali – dzieciak miał łzy w oczach – wymyślali mi coraz to gorsze ksywki i inne takie... a tu nagle mogę przywołać ogień i robić z nim co chcę, to pomyślałem, że dam im nauczkę.

- w ten sposób stajesz się podobny do nich. Wiesz o tym.

- tak, ale, wiesz... - uczeń popatrzył w oczy rozmówcy

- wiem. Miałem tak samo, ale wiesz co, uważam, że nie warto zniżać się di ich poziomu. Przeciwnie. Wykorzystam swój dar by pomagać innym, nawet jeżeli to będzie ktoś kto mi dokuczał kiedyś. Bo tak trzeba, przynajmniej moim zdaniem.

- ale i tak chętnie bym ich troszeczkę przypiekł

- wystarczy, że wiedzą, że możesz to zrobić – facet uśmiechnął się – wątpię żeby nadal byli dla ciebie nieprzyjemni. Raczej będą się ciebie bać. A że ty zapanowałeś nad swoim darem, możesz pomóc w tym innym, którzy mają z tym problemy. Nauczyć ich kontrolować moc. Jeżeli będziemy pomagać ludziom zamiast ich ranić, to w końcu, po jakimś czasie docenią nasz wysiłek i powolutku przestaną się bać.

- skąd się tu wziąłeś?

- mój szwagier uczy w tej szkole. Zadzwonił do mnie.

- a ty tylko zrobiłeś coś żebym przestał szleć, żeby porozmawiać?

- dokładnie

- a jeżeli cię nie posłucham i nadal będę się bawił mocą i terroryzował niemagicznych?

- inkwizycja nie zdąży powstać nawet, sam osobiście cię zabiję.

- czyli albo będę grzeczny, albo zgon?

- nie. To znaczy rób co chcesz, twoja wola, ale jeżeli ktoś na tym ucierpi, albo co gorsza zginie, będziesz miał ze mną do czynienia.

Muszę to przemyśleć – dzieciak wstał z trudem, nadal był osłabiony i ruszył w kierunku wejścia do szkoły. Przybysz patrzył za nim, gdy podeszła do niego uczennica

- proszę pana – zagadała nieśmiało – może mógłby pan pomóc... mojej siostrze...

- co się stało? - spytał uprzejmym tonem

- ona nad tym nie panuje...

- prowadź – powiedział kładąc dloń na jej ramieniu – pomyśl o miejscu, w którym ona jest.

Pod nimi pojawił się magiczny krąg. Ktoś złapał go za drugi rękaw. Gdy się odwrócił, zobaczył oczy, za którymi tak bardzo tęsknił. Nie widział ich od kilku tygodni.

komentarzy: 0Poniedziałek, 06 września 2010, 22:46

next

kolejna historyjka zaczęła mi się układać:) sam jestem ciekaw co z tego będzie:)

komentarzy: 0Poniedziałek, 06 września 2010, 22:45

epilog

Anna obudziła się o świcie. Leżała pod drzewem w jakimś ogrodzie. Potrzebowała chwili, żeby przypomnieć sobie gdzie jest. Wtedy z domu wyszła dziewczyna mniej więcej w jej wieku. Obca uśmiechała się do niej, a potem skinęła głową patrząc gdzieś w bok. Adrienne podeszła do niej, więc kapłanka również wstała. Odwróciły się twarzą na wschód by przywitać nowy dzień modlitwą.

Akurat gdy skończyły, z domu wyszła kobieta około trzydziestki, a za nią dziewczyna parę lat młodsza od kapłanek. Nakryły na ogrodowym stole, po czym starsza powiedziała z uśmiechem:

- podano do stołu.

Po posiłku ojciec Kumiko spojrzał wymownie na Feanila. Ten westchnął i zaczął opowieść:

- Nazywam się Feanil Payne. Urodziłem się i wychowałem w Sigil, mieście pomiędzy sferami. Skąd podobno można dostać się do każdej ze sfer i każdego świata. Trzeba jedynie znaleźć odpowiedni portal i wiedzieć jak go otworzyć. Moja Matka, gdy nie mogła nauczyć mnie już niczego, oddała mnie na termin do swojego starego znajomego, skrytobójcy Czarnego Tulipana. Pół roku po jego zniknięciu, przez przypadkowy portal trafiłem do Soul Society i osiadłem w Zachodnim Rukongai. Zaprzyjaźniłem się z Shunigami pomagając im w różnych zadaniach. Brałem nawet udział w ich turnieju, podczas którego dowiedziałem się od posłańca, że jestem hrabią de Wett. Po ponad roku Pani Bólu przysłała po mnie. Zadanie wydawało się proste. Miałem zlikwidować sługę jakiejś potężnej istoty. Ale to zlecenie było jedynie początkiem misji, którą wczoraj ukończyliśmy...

 

@page { size: 21cm 29.7cm; margin: 2cm } P { margin-bottom: 0.21cm } -->

Feanil westchnął z ulgą patrząc na bramę po drugiej stronie placu. Złożył relację z zadania przed kapitanami, mógł wreszcie wrócić do swojej chatki i trochę odpocząć, tak mu się wydawało dopóki nie usłyszał swojego imienia. Odwrócił się i własnym oczom nie dowierzał.

- Nie wyjaśniłeś jeszcze jednej sprawy – mówiła ostrym tonem – dlaczego twój ojciec odwiedził mnie we śnie... mówiąc, że za mną tęsknisz

- ponieważ to była prawda – odpowiedział z nieśmiałym uśmiechem rumieniąc się. Zniknęła pojawiając się za jego plecami

- co masz na myśli – spytała cicho

- od kiedy pierwszy raz Cię zobaczyłem, wielokrotnie chciałem się z Tobą spotkać i o tym porozmawiać, ale jakoś nie mogłem wykrztusić z siebie słowa gdy byłaś w pobliżu.

- a teraz? Co się zmieniło?

- sam tego nie wiem, może boję się, jeżeli nie teraz, to już nie będzie okazji.

- nabijasz się ze mnie – odskoczyła dobywając broni.

- Nie śmiał bym. - odpowiedział nie zmieniając pozycji. W ostatniej chwili powstrzymała swój atak. Niewiele brakowało, a zabiłaby go. Nawet nie drgnął.

- o czym chciałeś rozmawiać? - spytała opuszczając miecz

- o niczym konkretnym. Chciałem umówić się z Tobą, bliżej Cię poznać i miałem, nadal zresztą mam nadzieję, że coś z tego będzie.

„jak on śmie” - przemknęło jej przez głowę, ale powstrzymała się. Nie uderzyła go, a po chwili uśmiechnęła już miała coś powiedzieć, gdy pojawił się jej porucznik. Grubas z tym swoim „Pani Kapitan”. Powstrzymała tłuściocha krótkim gestem dłoni. Dopiero gdy ten przestał skomleć powiedziała:

- proponuję zakład

- ooo zakład – porucznik był zachwycony, ale oboje go zignorowali

- jaki?

- przyjdziesz jutro do mojej dywizji. Walka sparingowa. Jeśli wygrasz, spełnię twoją prośbę

- a jeśli nie?

- jeśli przegrasz, cały następny dzień, do zachodu słońca będziesz moim sługą. Wykonasz KAŻDE moje polecenie bez zbędnych pytań.

- czy w czasie sparingu, możesz nie zmieniać formy swego miecza?

- boisz się – grubas się uśmiechał jadowicie, ale dla nich równie dobrze mogło go tam nie być

- zgoda. Jutro o świcie – powiedziała odwracając się by odejść

- do zobaczenia rano – Feanil także odwrócił się i ruszył w kierunku Rukongai. Soifon prawie natychmiast zniknęła, a wiatr jedynie widział delikatny uśmiech na jej twarzy, który nie zniknął nawet gdy wreszcie zasnęła gdzieś koło północy.

 

Gdy wyszła na plac przed głównym budynkiem dywizji, Payne już tam był. Podeszła zatrzymując się trzy kroki od niego.

- zapowiada się piękny dzień – powiedział uśmiechając się do niej

- Chciałam się z Tobą zmierzyć od Twojej walki z Vashem Uchiha w turnieju – usprawiedliwiała się przed nim, nie do końca wiedząc czemu

- wtedy to nie była walka – cały czas się uśmiechał

- nie?

- Vash jest moim przyjacielem. Nie raz walczyliśmy ramię w ramię. Ktoś nawet powiedział, że wtedy jakbyśmy czytali sobie w myślach. Na turniej to był pokaz nie walka. I dobrze się obaj przy tym bawiliśmy.

- i zakończyliście go remisem – uśmiechnęła się nieśmiało

- tak, ponieważ naszym celem było dać niezły show, a nie zwycięstwo.

- tym razem postaraj się raczej wygrać, nie chcę pokonać Cię zbyt łatwo. - mówią to dobyła miecza z głośnym sykiem

- nie sądziłem, że Bramę można skierować od innych światów, niż ten gdzie urodził się Kurosaki.

- nie można. Ten posłaniec – skrzywiła się na wspomnienie dziwnej istoty – coś upuścił, a Hitsugaya to zabrał.

- Nie mniej byłem zaskoczony widząc go w Nowym Yorku

- Sądziłam, że Pani Bólu nie może opuszczać swego miasta

- jak widać może. Odwiedziła mnie dziś we śnie, do tej pory tylko ojciec tak robił. Powiedziała, że sama rozpuściła tę plotkę, żeby kapłani, jeżeli jacyś się w mieście pojawią, mieli się na baczności.

- tak jak wtedy gdy powiedział mi, że...

- owszem... wieści szybko rozchodzą się po Seretei – dodał patrząc gdzieś w bok. Stał tam Shunsui Kyōraku jak zwykle uśmiechnięty i w tym durnym kapeluszu.

Zaatakowała standardowym cięciem, lecz on jakby od niechcenia, złapał ją za nadgarstek, obrócił wokół własnej osi i puścił jej rękę posyłając ją na drugi koniec placu.

- Zapowiada się ciekawie – obok miejsca, gdzie wylądowała stał kapitan dziesiątej dywizji. Nagle pojawiła się za przeciwnikiem. Błyskawicznie wyskoczył i w obrocie złapał ją kostkami za szyję stawiając ręce na ziemi. Szarpnął, ale puścił ją w połowie rzutu, tak że znów poszybowała pod mur.

- Ten jego „rzut na matę” to całkiem ciekawa technika – skomentował stojący niedaleko porucznik szóstej dywizji. Coraz więcej ludzi się im przyglądało. Zaatakowała pchnięciem pod żebra. Tym razem miał już w prawej dłoni ten swój śmieszny mieczyk, a w drugiej sztylet. Krzyżując swoje ostrza, odbił jej klingę w bok. Półobrotem znalazł się za nią przystawiając jej stal do krtani. Shunpo wystarczyło by się uwolnić. Ale wiedział gdzie się pojawi i od razu posłał w jej stronę dwie igły. Wystarczyło odbić jedną z nich, a druga przeleciała obok. Gdy tylko dotknął dwoma palcami ziemi, ponownie zniknęła, a kryształowy kolec „przechodził” przez miejsce gdzie przed chwilą był jej nos. Widziała, że rysuje za sobą kółko palcem. Ustawił tę swoją kolczastą pułapkę, musiała zapamiętać to miejsce, wiedziała, że wystarczy się nad nim pojawić, by przebiły ją długie kolce.

Była w jednym miejscu o moment za długo. Pojawił się za nią uderzając pięścią w podstawę czaszki. Ludzie od takiego ciosu tracili przytomność, ale ją tylko na chwilę zamroczyło, choć i tak siła uderzenia wyrzuciła ją parę metrów w górę. Pojawił się tuż przy niej, objął krępując ruchy i skierował głową w dół. Ale nie „wbił” jej w ziemię. Oczy miała na wysokości jego kolan i gdy staną na ziemi, po prostu ją puścił. Cięła poziomo w kostki.

- strata czasu – usłyszał Renji obok siebie, po czym jego kapitan zniknął

- wygląda to ciekawie – powiedział wciąż przyglądając się pojedynkowi

- owszem, ciekawie – Vash stał po drugiej stronie porucznika – ale raczej się nie rozstrzygnie.

- Jak to?

- Chyba że pani kapitan użyje Shi Kai, albo Feanil Semeiten – Uchiha też zamierzał odejść

- tej techniki z punktami witalnymi? Przecież rzuca te swoje igły

- ale nie celuje dokładnie – rozmówca uśmiechał się – jeżeli w ogóle celuje.

- skąd możesz to wiedzieć

- podczas turnieju było tak samo. Rzuca, ale jakby od niechcenia, przywołuje te długie kolce, chyba Naru Carag nazywała się ta technika, ale nie patrząc nawet w kierunku przeciwnika i łatwiej ich uniknąć

- kolejny pokaz? – zapytał stojący obok Kira

- nie. Tym razem po prostu nie chce jej zabić. Zawsze tak robi na sparingach

- Nie sądziłem, że ktoś może dorównać jej w takiej walce – blondyn zerknął na walczących

- Sam Feanil też się tego nie spodziewał – Vash zniknął ledwie wypowiedział ostatnie słowo.

Widzowie, znudzeni przedłużającym się pojedynkiem, wracali do swoich obowiązków. Wkrótce zrobiło się cicho, co na moment zdezorientowało Soifon i Feanila. Rozejrzeli się dokoła, byli sami i tak samo zmęczeni. Dochodziło południe.

- Niezły jesteś – powiedziała z uśmiechem

- Nie sądziłem, że wytrwam tak długo – stał bokiem gotów odeprzeć kolejny atak

- co powiesz na remis? - dodała po krótkiej chwili

- może być tylko co z zakładem?

- a co ma być?

- obiecałaś mi randkę – uśmiechną się

- przecież nie wygrałeś

- ale też nie przegrałem...

- jeszcze Ci mało?

- masz rację – usiadł, a raczej zwalił się na ziemię – wystarczy na dzisiaj

- wpadnij jutro wieczorem – odwróciła się w stronę budynku, ale wciąż patrząc na niego – wtedy porozmawiamy

- z przyjemnością – położył się na ziemi – ale muszę chwilę odetchnąć

Nie odpowiedziała, uśmiechnęła się tylko, a gdy była już w drzwiach powiedziała bardzo cicho, tak, żeby nie usłyszał:

- Ciekawa jestem co z tego wyniknie.

komentarzy: 0Niedziela, 05 września 2010, 07:59

po drugiej stronie bramy

Przyglądała się wymarszowi zza firanki bawiąc się w dłoni niewielkim zwykłym kamieniem. Nie zdziwiła się widząc jak Baatezu wracają zdezorientowani. Dopiero wtedy odsunęła się od okna. Po raz pierwszy od kilku lat zdjęła bransolety tłumiące jej Moc i położyła je na niewielkim stoliku. Zacisnęła palce na kamieniu i wypowiedziała zaklęcie. Nic już jej tu nie trzymało.

 

Przed odnowioną rezydencją pojawiła się Drowka w ciemnozielonej sukni. Mężczyzna wyglądający jak lokaj wyszedł jej na spotkanie. Zamienili tylko kilka słów. Ledwie miesiąc temu zakończono odbudowę dworu, a teraz ona zamierzała tu zamieszkać. W kraju zwanym Ziemią Niczyją gdzie wszystkie rasy mieszkały obok siebie, gdzie nie było króli czy rządów, a każdy sam był sobie panem. W kraju wyrzutków, banitów i przestępców uciekających przed wyrokiem.

Lokaj oprowadził ją po posiadłości streszczając ostatnie wydarzenia. Nie pytał o nic. Po zakończeniu prac budowlanych został tu tylko on, ogrodnik i pokojówka, których ona tu przysłała.

Wieczorem wezwała do swoich komnat ogrodnika. Potwierdził jej przypuszczenia, teren do niej należący idealnie nadawał się na winnicę. Jemu pozostawiła znalezienie sobie pomocników do przygotowania upraw.

Z samego rana wzięła powóz. Pojechała do najbliższego miasta, do najgorszej speluny. Intuicja jej nie zawiodła. Wystarczyło rozejrzeć się po sali by zauważyć wśród „rzezimieszków” ludzi jakich potrzebowała. Półelf w kącie po lewej przyglądał się przez chwilę jej skromnemu naszyjnikowi, lecz nie jak złodziej, a raczej oceniając jego wartość, zwracając uwagę na metal, szkliwo kamieni i wykończenie. Była pewna, że kiedyś był on złotnikiem. Krasnolud naprzeciw niego, jako jedyny tutaj, trzymał końcami palców za nóżkę kieliszka z czerwonym płynem, a zanim wziął niewielki łyk napoju, przesunął naczynie pod swym nosem krzywiąc się nieznacznie. Przy barze z kolei siedział niziołek bardziej zwracający uwagę na jej suknię, niż nią samą.

Usiadła na ławie obok krasnoluda mówiąc:

- Wydaje mi się, iż panowie do tegoż towarzystwa nie pasują.

- Tak jak i pani – odpowiedział półelf beznamiętnie – ale kogo to obchodzi

- a jeśli powiem, że mogę mieć dla panów pracę?

- raczej nie uśmiecha mi się opuszczać te ziemie – krasnolud skrzywił się po kolejnym łyku

- tutejsze trunki, raczej wam nie odpowiadają

- można się przyzwyczaić

- a jeśli zaproponuję wam powrót do dawnych zajęć. Będziecie dla mnie robić to z czym musieliście się pożegnać przyjeżdżając tu

- nie bądź śmieszna paniusiu. Kto przy zdrowych zmysłach wpuści krasnoluda do winnicy?

- Ja – odpowiedziała patrząc mu w oczy – dam ci strawę, dach nad głową i pensję. W zamian zapełnisz moje piwnice pierwszorzędnym winem. Ogrodnicy już rozpoczęli swoją pracę.

Krasnolud gapił się na nią dłuższą chwilę wytrzeszczając oczy ze zdumienia. Do rzeczywistości przywróciły go słowa półelfa:

- a jaką pani rolę dla mnie wymyśliła?

- Będziesz moim osobistym złotnikiem – odwróciła się do pytającego – dostaniesz wszystko czego ci trzeba do pracy. Mam tylko jeden warunek. Żadnego Dwimerytu, ten metal nie wchodzi w grę.

- Będziesz Pani też krawca potrzebować – niziołek ukłonił się nisko. Nie zauważyli kiedy do nich podszedł

- także kucharza, stajennego, kowala i kogoś, kto rachunkami się zajmie – odrzekła z uśmiechem, a reprezentanci tych zawodów powstawali ze swoich miejsc i podchodzili do niej

- kiedy byśmy zacząć mogli – spytał goblin, który podszedł jako ostatni

- od zaraz jeśli taka wola. Powinniście zmieścić się w powozie.

- a ty pani, jak wrócisz do swego domu? - zapytał człowiek, jej nowy kucharz

- mam swoje sposoby

- czarodziejka – powiedział półelf

- owszem. Jeżeli nie macie nic przeciwko pracowaniu dla wiedźmy i byłej dziwki zarazem – podniosła rękawy pokazując ślady po bransoletach – proszę abyście wyruszyli jak najprędzej. Pół dnia jazdy stąd. Woźnica poda szczegóły tym z was, którzy się zdecydują, a nie mogą z różnych powodów wyruszyć od razu. Do widzenia waszmościom.

Zniknęła ledwie wypowiedziała ostatnie słowo. Powóz nadal czekał przed karczmą.

komentarzy: 0Niedziela, 05 września 2010, 07:56

Portal

Od wyruszenia z portu nikt nie powiedział ani słowa. Sylwia stała za sterem łodzi, co jakiś czas zerkając na GPS. Dopiero gdy Adrienne westchnęła. Feanil przerwał milczenie:

- znajome uczucie. Przywołuje wspomnienia. Jakby powietrze się zatrzęsło. Charakterystyczne gdy ktoś ustawia wokół ciebie barierę, albo ją przekraczasz.

- Więc teraz moja kolej - François wstał z miejsca i po chwili skupienia wypowiedział zaklęcie.

- Dzięki temu nas nie zobaczą – wskazał głową wyspę widoczną na horyzoncie. Pozostali także się podnieśli. Ląd rósł w oczach. Mogli już zobaczyć zarysy budynków, gdy na brzegu pojawił się nagle obłok białego dymu i coś ruszyło w ich stronę z dużą prędkością. Ktoś krzyknął „Do wody!” i ledwo zdążyli wykonać polecenie, zanim łódź eksplodowała. Marc wypluł wodę i rzucił z sarkazmem:

- twoja magia nie działa na elektronikę

- nie spodziewałem się radarów i rakiet naprowadzanych na ciepło.

Wojownik chciał odpowiedzieć, ale Feanil był szybszy:

- jeżeli możesz zrobić mnie niewidzialnym dla oczu to się pośpiesz. - wpatrywał się w motorówkę, która właśnie odbiła od wciąż dalekiego brzegu. Kolejne westchnienie jednej z kobiet powiedziało mu, że jest jak chciał. Od razu ukrył swoje reiatsu i podciągnął się na rękach. Nawet w Seretei niewielu wiedziało, że dzięki wysokiej kontroli reiatsu może chodzić po wodzie. Ruszył biegiem. Spotkali się w połowie drogi. Szybkim cięciem poderżnął gardło kierującemu, odwrócił się i rzucił dwie kryształowe igły w uzbrojonych i teraz zdezorientowanych ludzi. Pierwszy z nich dostał w mostek, drugi w serce. Igły Feanila, po trafieniu w cel, jakby rozszczepiały się w połówkę kolczastej kuli z czerwonego kryształu. Podszedł do łódki, wyrzucił z niej ciała do wody i pchał przed sobą póki nie dotarł do reszty.

- Możesz zdjąć zaklęcie.

- Chodzisz po wodzie? - Gaspard był zdumiony

- dzięki pełnej kontroli nad moim reiatsu. Wsiadać, nie ma czasu na pogaduchy.

- Co to reiatsu? - spytała Renee już w łodzi

- energia życiowa, Chi, czakra, ma wiele nazw – odpowiedziała przewodniczka odpalając silnik

Skrytobójca biegł obok łodzi. Drużyna wezwała swoją broń, a łowcy zdjęli strażników na brzegu, gdy tylko znaleźli się w zasięgu ich łuków. Wyspa wyglądała na opuszczoną. Budynki, choć sprzed kilku epok, sprawiały wrażenie, jakby mieszkańcy opuścili je dopiero wczoraj. Nastrój psuły nowoczesne wieżyczki rozstawione wzdłuż brzegu. Tylko Sylwia nie wyszła na ląd. Nawet się nie pożegnała, tylko odbiła od brzegu i odpłynęła samotnie. Stali tak przez chwilę, gdy Payne zaczął mówić z zamkniętymi oczami, jakby prowadził rozmowę telefoniczną:

- Ojcze... jesteśmy na miejscu... zawiadom Ciri... Możemy potrzebować jej pomocy... mam nadzieję, że to bujda... Postaraj się... jakoś wcześniej nie miałeś problemów z przekonywaniem kobiet... uważam, że tylko ona potrafi zamknąć spowrotem portal i zlikwidować anomalię... czas na nas.

Otworzył oczy tuż po tym jak poczuli „trzęsące się powietrze” ale jakby w drugą stronę.

- Otwarto portal i bariera opadła. - dodał ruszając przodem.

 

W centrum wyspy był plac z niewielkim budynkiem na planie okręgu w środku. Stamtąd wychodziły różne stwory, a było ich coraz więcej.

- Abiszai, Kornugony, Trelony, Nupperibo i jeszcze jacyś których nazwy nie znam. - Ogon Fenila przeczył jego spokojnemu tonowi – Dziwne jest już to, że Abiszai różnych kolorów tak spokojnie stoją obok siebie.

- znasz te istoty? - Adrienne stała tuż obok

- Spotkałem tylko tych skrzydlatych, co mają więcej kolców. Kolor łuski pełni rolę czegoś w rodzaju różnych tytułów jak baron, czy hrabia. Raczej nie spotkasz dwóch Abiszai w różnym kolorze rozmawiających jak my teraz.

- Ale ci są kontrolowani – Renee wskazała pierścienie umieszczone na rogach, takie same jakie mieli wyznawcy Vhailora, tyle że większe

- tak to by tłumaczyło tę zgodność,

- a reszta? - Gaspard trzymał łuk gotowy do strzału

- Oni wszyscy są Baatezu, biesy, które można zranić jedynie magią. Na szczęście wasza broń jest magiczna.

- więc do dzieła – Mac opuścił obosieczny topór i trzymając go za sobą pod kątem 45 stopni ostrzem ku ziemi ruszył biegiem. Ledwie znalazł się przy biesach, ciął najbliższego od dołu. Siła ciosu uniosła zaatakowanego parę metrów w górę. Za wojownikiem poleciał piorun kulisty, a wraz z nim wystrzeliwane z dwóch łuków raz za razem strzały. O jedno mrugnięcie oka później cała drużyna walczyła zaciekle z hordą biesów. Bardzo powoli zbliżali się do budynku na środku placu. Nikt nie musiał nic mówić, jakby czytali sobie w myślach, niczym jedno ciało. Lecz Baatezu wciąż przybywało, aż zdołali zatrzymać drużynę w połowie drogi. Wydawało się, że szala przechyla się na korzyść wroga, lecz biesy nagle wycofały się. Przyjaciele nie ścigali ich, pozostali w zwartym okręgu bacznie obserwując otoczenie. Wróg cofał się, dopóki nie odsłonił wejścia do budowli.

Stał tam wysoki mężczyzna uśmiechając się szyderczo. Jego strój przywodził na myśl szlachciców z końca średniowiecza. Niezwykłe były jedynie jego oczy, czerwone niczym krew o pionowych źrenicach. Za nim stało kilku ludzi w długich czarnych szatach.

- Cóż za miła niespodzianka – czerwonooki wciąż się uśmiechał – marnowaliśmy czas na szukanie Herosa, a on sam wyszedł nam na spotkanie. Sprawiłeś nam wiele kłopotu, ale tu zakończysz swój marny żywot.

- Odejdź skąd przyszedłeś – Adrienne stała na wprost drzwi, mając Feanila po lewej ręce. Z jej drugiej strony Gaspard trzymał miał łuk gotowy do strzału.

Przybysz warknął i pocisk energii pomkną w stronę dziewczyny, lecz w ostatniej chwili rozbił się o magiczną barierę.

- Jestem Vhailor, przyszły pan tego marnego świata. Oddaj mi pokłon a wybaczę Ci, że odezwałaś się nie pytana niewiasto – w tym głosie był gniew – może wtedy daruję życie twoim kompanom.

- Jestem Adrienne Brissot, rycerz w służbie Wszechojca, a świat ten do niego należy i tak pozostanie – głos paladynki przepełniała moc – to ty jesteś winien pokłon Panu naszemu.

Gdy mówiła Feanil schował broń. Coś mu mówiło, że tym razem nie musi dotykać ziemi, wystarczy odpowiedni ruch. Wyprostował dłonie i oboma rękami uderzył końcami palców w powietrze na wysokości pasa, jakby było tam coś twardego. Zakreślił dłońmi okrąg wokół pasa, tak, że ponownie zetknęły się za jego plecami w tej samej chwili gdy dziewczyna wypowiedziała ostatnie słowo. Z ziemi wystrzelił okrąg kolców czerwonego kryształu, które przebiły gardła najbliższych biesów i rosły nadal, póki nie ukazała się lita kryształowa ściana mająca 2,5 metra wysokości, gdzie zaczynały się kolce, które załatwily pierwszy szereg armii biesów, były może nieco dłuższe. W środku kręgu oprócz Vhailora i drużyny pozostał jedynie jeden czerwony Abiszai, lecz ten tylko stał z boku.

- Ładna sztuczka Herosie

- odetchnijcie przyjaciele – powiedziała Adrienne patrząc w oczy wroga – to diabelstwo jest moim przeciwnikiem.

Nikt nie odpowiedział. Wystarczyło, że gdy zrobiła krok naprzód, przeszli z okręgu w szereg i patrzyli na jej plecy. Idąc szeptała pod nosem, coś czego nie dosłyszeli. Zatrzymała się w połowie drogi i natychmiast pojawiły się za nią płomienie które utworzyły krąg wokół niej i przeciwnika. Stanęła bokiem do niego celując końcem miecza w jego czoło. Abiszai ruszył na nią, lecz niskie dotąd płomienie wystrzeliły w górę spalając go w mgnieniu oka.

- Krąg Wiecznego Ognia – powiedział Feanil nie kierując słów do nikogo

- To znaczy – Marc był pod wrażeniem płomieni

- Specjalna zdolność paladynów, że tak powiem. Gdy paladyn ma stoczyć jakiś znaczący pojedynek wzywa taki ognisty krąg, którego nikt nie może przekroczyć, póki walka się nie zakończy.

Po usłyszeniu wyjaśnienia, Vhailor znów uderzył energią i ponownie rozbiła się ona o tarczę. Lecz tym razem w chwili uderzenia ukazała się świetlista tarcza rycerska o gładkiej powierzchni. Dziewczyna zaatakowała z półobrotu znad prawego ramienia. Klinga jej miecza jarzyła się jasną poświatą nie dającą światła. Ledwo zdążył sparować atak swym mieczem o czarnym ostrzu. Kolejne cięcie nadeszło z lewej w poziomie na wysokości pępka, wykonała pełny obrót i cięła w krtań samym końcem klingi. Jej ataki były tak szybkie, że ledwie można było je zobaczyć, lecz nie zdołała go nawet zadrasnąć. Przeszedł z kolejnego bloku w pchnięcie. Uniknęła go z gracją baletnicy, lecz teraz on przeszedł do ofensywy. Atakował znacznie szybciej, lecz ona bez wysiłku parowała każdy cios. Walka przedłużała się, ona wciąż delikatnie się uśmiechała, on coraz bardziej denerwował nie mogąc jej zranić. Czekała cierpliwie, aż w końcu stracił panowanie. Ciął z wyskoku znad głowy, zablokowała ustawiając miecz poziomo opierając lewą dłoń na płazie klingi obracając się wokół dłoni odsunęła się w lewo, a gdy ostrza zrównały się pchnęła przebijając oko i czaszkę przeciwnika. Czarny miecz pękł w połowie upuszczony na bruk. Silnym szarpnięciem wyjęła ostrze z ciała i w pełnym obrocie odcięła mu głowę. Dopiero wtedy płomienie zgasły.

Poświata z jej miecza przeszła przez jej ciało i zatrzymała się u stóp pokrywając całą powierzchnię w kręgu z czerwonego kryształu.

- Wracajcie skąd przyszliście, jeśli nie chcecie do niego dołączyć – Adrienne patrzyła na budynek. Zdezorientowane biesy stały przez chwilę w miejscu, by w końcu wejść do budynku i przejść przez portal. Dopiero gdy ostatni z nich wszedł do środka Feanil „odwołał” kryształ zmieniając go w drobny pył. Razem weszli do środka. Pod ścianą siedziała dziewczyna zaciskając dłoń tuż za nadgarstkiem drugiej ręki. Feanil podszedł do niej szepcząc – wybacz mi Panie.

Kucnął przy niej i uśmiechnął się kładąc dłoń na jej czole

- na chwałę Wszechojca, imię Twoje Anna.

Tą samą dłonią dotknął jej wolnej dłoni. Instynktownie cofnęła rękę. Spojrzała na swoje żyły – po ranie jaką jej zadano została tylko cienka linia blizny.

- Dobra robota – usłyszał znajomy głos, ale nie odwrócił się – już dawno nie widziałam takiej walki. Jestem pod wrażeniem.

- Więc jednak możesz opuszczać Klatkę – odpowiedział wstając. W środku pomieszczenia stała kobieta o włosach w kolorze słomy i z paskudną blizną na obliczu.

- Ale nie na długo – uśmiechnęła się do niego – to chyba jedyne miasto pozbawione świątyń, kapliczek i takich tam.

- Wiesz już zapewne, że chcemy prosić byś ponownie zamknęła portal

- Ale trójkąt bermudzki też raczej nie jest tu mile widziany. - dodał czarodziej

- a co z wyspą - spytała

- niech zostanie, jest piękna – Renee również się uśmiechała

- ale lepiej żeby nikt nie znalazł portalu – dodała Kumiko

- Macie spore wymagania – kobieta odpowiedziała po krótkim zastanowieniu – klucz nie musi być potężny, ale powinien być złożony.

- poprzednio była nim krew – przypomniał Marc

Przez dłuższą chwilę panowało milczenie, póki złodziejka nie spostrzegła niewielkiej glinianej misy. Poszła po naczynie mówiąc:

- i teraz też może nim być, ale koniecznie oddana z własnej woli

Podała naczynie Kobiecie u ukuła się sztyletem w palec upuszczając kilka kropel krwi

- drużyny takiej jak nasza – powiedział Gaspard dodając swoją krew

- dokładnie takiej samej – wydawało się, że paladynka będzie ostatnia, ale Feanil odebrał jej ostrze i powtarzając ich czyn powiedział – chociaż nie muszą być koniecznie francuzami. - jak myślisz Ciri?

- to powinno wystarczyć – odpowiedziała i zamknęła oczy. Mówiła coś bezgłośnie, gdy portal rozbłysnął na ułamek sekundy mocnym światłem i zaraz potem zniknął. Stała tak jeszcze przez kilka minut. Otwierając oczy podała naczynie Adrienne uśmiechając się. Dziewczyna już miała zapytać gdzie podziała się krew, którą ofiarowali, ale Ciri już nie było.

- wróciła do siebie i na nas też już czas. Ciekawe która teraz będzie godzina w Japonii – powiedział Feanil wychodząc. Na zewnątrz Anna spytała gdzie podział się domek z którego właśnie wyszli? Ale nie otrzymała odpowiedzi, a po chwili wyspa zmieniła się w przedmieścia Namimori. Tutaj był środek nocy, więc postanowili odpocząć w ogrodzie na tyłach domu czekając, aż jego mieszkańcy sami ich znajdą.

komentarzy: 0Niedziela, 05 września 2010, 07:54

...

Feanil od razu podszedł do drzwi i energicznie zapukał. Nie znali języka w którym rozmawiał ze służącym, ale ten po chwili wpuścił ich do środka. Payne od razu skierował się do biblioteki, gdzie w wygodnych fotelach siedziało troje ludzi.

- Dzień Dobry Mistrzu Julianie – skrytobójca mówił po francusku – przepraszamy za nagle najście, lecz pilnie jest nam potrzebna pewna informacja

- Jak śmiesz – odpowiedział młodszy mężczyzna – przychodzić tu, po tym co zrobiłeś

- Co z zadaniem – spytał starszy facet przypalając cygaro

- Dotarliśmy do wszystkich poszukiwanych dziewcząt. Niestety spóźniliśmy się w jednym przypadku. Tylko dziewczyna z Neapolu nie ma jeszcze imienia.

- Dlaczego nie pojawiłeś się we francuskiej kryjówce? - Kobieta starała się mówić spokojne, ale głos jej drżał.

- To dobre pytanie – palący cygaro widział, że jego dzieci są ignorowane, ale tę odpowiedź sam chciał usłyszeć.

- We francuskiej komórce Kształtujących Sfery doszło do zdrady. Wasz tamtejszy tropiciel był sługą naszego wroga.

- Tropiciel? - Oczy kobiety rozszerzyły się

- Pierre de Launay, syn mojego ojczyma – Kumiko nużyła ta rozmowa. - zginął od trucizny, ratując w ten sposób resztki swego honoru.

Kobieta zakryła dłonią usta i po chwili wybiegła z pokoju.

- To wyjaśnia, dlaczego od dłuższego czasu nie mieliśmy z nim kontaktu. - Julian sięgnął po kieliszek i butelkę koniaku. Nalewając dodał – był narzeczonym Sylwii.

- Przykro mi z powodu jej straty, ale nie mamy zbyt wiele czasu. - Feanil mówił wciąż tym samym spokojny tonem – Ostatnia z poszukiwanych jest już pewnie w drodze do portalu. Dlatego musimy wiedzieć, gdzie go ukryto.

- Tylko Cienie wiedzą gdzie to jest – przez głos młodzieńca przebrzmiewała olbrzymia duma.

- Jednego waszego zdrajcę już zabiłem – Payne odwrócił się do niego – chcesz na własnej skórze się przekonać, jak to zrobiłem?

- Ty... - młodzieniec zerwał się z miejsca, ale ojciec powstrzymał go jednym słowem – Dość!!

Ciszę, jaka zapadła, przerwał François ze wzrokiem utkwionym w książkach:

- Ciekawa kolekcja. Wiedza Tajemna, Magia, Alchemia, Okultyzm... Zastanawiam się tylko co tu robi cała masa książek poświęconych tematowi Trójkąta Bermudzkiego.

Odwrócił się do pozostałych, ale nikt mu nie odpowiedział. Skrytobójca podszedł do regału. Zdjął z najwyższej półki jakąś książkę. Czarodziej usiłował przeczytać coś ponad jego ramieniem, ale tych znaków nie znał.

- Przypomniałeś mi o czymś – usłyszał od przeglądającego książkę – i coś mi się wydaje, że jestem jedną z dwóch osób w tym pokoju znających ten język

Podał książkę Paladynce, a ona przeczytała na głos:

- Jednym z fatalnych skutków zamknięcia i ukrycia portali, jest miejsce w odległym świecie Sfer Zewnętrznych, znane jako Trójkąt Bermudzki. Mag, który zamknął portal łączący światy za pomocą silnego Klucza, nie zdawał sobie pewnie sprawy, że jednocześnie, w tym miejscu, utworzył chaotyczny i nie stabilny portal o powierzchni odpowiadającej terenowi, jaki starał się ukryć.

Podniosła głowę znad książki. Nie musiała zadawać pytania

- Chaotyczne portale prowadzą raz w jedno miejsce, a raz w inne i w sumie nie wiadomo dokąd. Nie są też aktywne przez cały czas, raczej uruchamiają się w nieregularnych odstępach czasu i raczej nie na długo. Czytałem tę książkę jakiś czas temu, w bibliotece Seretei. A ten język nazywany jest Językiem Pradawnych. Obecnie znany jest jedynie Paladynom, kapłanom władającym mocą, bogom i takim jak ja. Przetłumaczyłem i przepisałem tę książkę wtedy na prośbę Kapitana Dziesiątej Dywizji.

- Ktoś chciał ukryć tak wielki obszar? - Renee była co najmniej zdziwiona

- Całą wyspę i sporo wody, jako utrudnienie, dla szukających tego miejsca.

- i było to na tyle dawno, że stało się legendą – Marc już wiedział o jakie miejsce chodzi. I nie on jeden. Adrienne przez chwilę śledziła tekst książki, aż znalazła właściwe słowo. Uśmiechnęła się ze zrozumieniem. Ale to Gaspard wypowiedział nazwę:

- Atlantyda. Więc to nie gniew bogów czy co tam legenda mówi, a Mag spowodował jej zniknięcie. Jeden człowiek.

- Ówczesny tutejszy Arcymistrz Cieni. Dlatego teoretycznie tylko oni mogą tam trafić.

- Bez nas nic nie zdziałacie – syn gospodarza kipiał złością.

- Drogi Grzesiu – odpowiedział Feanil łagodnie – Tak się składa, że nie potrzebujemy nic od was poza współrzędnymi, żeby nie tracić czasu na błądzenie po Atlantyku. Nic więcej.

- Nie rozśmieszaj mnie.

- On mówi prawdę – Sylwia opierała się o framugę – wystarczy, że skontaktuje się z Żelazną Katriną albo nawet samą Panią Bólu, która zleciła mu to zadanie.

Wszyscy odwrócili się w jej stronę, a przy ostatnich słowach skierowali wzrok na skrytobójcę.

Uśmiechał się.

- Dla Pani wystarczyła by nazwa miejsca, jednak nie powinna opuszczać miasta. Pewnie od razu zaczęły by tam rosnąć świątynie, a to by się jej nie spodobało. Krista natomiast jest w Sigil, ponieważ w jej świecie pozbyto się Cieni. Tylko ona przeżyła pogrom przechodząc w ostatniej chwili przez portal. Widać tamten Mag był zbyt silny, by dała mu radę. W swoim świecie była Arcymistrzem.

- a co to ma do rzeczy? - Grzegorz wciąż był wściekły

- dla Yennefer, dziewczyny której pilnował, narzeczony twojej siostry, miał na imię Diego. Ale to przecież też nie istotne. Pytanie brzmi, czy zaprowadzicie nas na Atlantydę, czy mam poprosić Arcymistrzynię o pomoc?

Po tych słowach znów zrobiło się cicho. Po kilku minutach dziewczyna w drzwiach powiedziała:

- Zabiorę cię tam pod jednym warunkiem.

- Jakim? - spytał uprzejmie

- Nigdy więcej nie wrócisz nie tylko do tego kraju. Może zdradził, a może nie. Mógł być szpiegiem w ich szeregach... niestety tego się już nie dowiemy. Mimo to, przysięgam ci Feanilu Payne de Wett gdy spotkamy się następnym razem, zabiję cię.

- Umowa stoi – odpowiedział po krótkim zastanowieniu uśmiechając się jadowicie – lepiej nie traćmy więcej czasu.

Podszedł do niej, a za nim reszta drużyny przygotowując się do Skoku

- Skąd będzie najbliżej? - spytał kładąc dłoń na jej ramieniu

- Hiszpania... - Ledwie to powiedziała a już stali w niewielkim porcie nad oceanem. Renee ruszyła pierwsza. Szła środkiem pomostu oglądając łodzie. W końcu wskoczyła na niewielki jacht i uruchomiła silnik. Marc wszedł na pokład ostatni, rzucając cumę.

komentarzy: 0Niedziela, 05 września 2010, 07:43

Triss i Solmi

Biegł przez miasto najszybciej jak potrafił. Miał cichą nadzieję, że w ten sposób natknie się jakoś na ślad, tych, których szukał. W końcu zrozumiał, że to nie ma sensu i zatrzymał się. Nie bardzo wiedział gdzie jest, ale w okolicy byli tylko ludzie o bardzo ciemnej skórze. Nie musiał czekać długo, kilku z nich podeszło, a jeden zapytał:

- czego tu szukasz białasie?

- pewnej niezwykłej dziewczyny – brzmiała odpowiedź

- czemu tutaj? Wszyscy nienormalni są czarni?

- nie wiem jaki kolor ma jej skóra i nie obchodzi mnie to. Wiem o niej tylko tyle, że nie ma imienia, a co do nie normalnych – kończąc „poprawił” spodnie by wyjąć na zewnątrz ogon i dodał:

- ilu znasz białasów z ogonem?

Zapytany stanął jak wryty, po czym zaczął się śmiać. Gdy trochę się uspokoił powiedział:

- ziomuś to wygląda jak od gigantycznego szczura, a rusza się jak u kota

- i jak u kota pomaga utrzymać równowagę w sprincie lub na płocie. Znasz może dziewczynę bez imienia?

Chłopakowi zrzedła mina, ale odpowiedział

- taa... tam mieszkała – wskazał jedną z ruder – ale jakiś czas temu jedna taka ją stąd zabrała do jakiegoś hotelu, czy gdzieś...

Murzyn drapał się przez chwilę po głowie, jakby chciał o coś zapytać, ale nie wiedział jak.

- coś jeszcze? - Feanil zachęcał go uprzejmym tonem

- był taki smarkacz... Pytał o kolesia z ogonem...

- jak wyglądał?

- mały białasek w garniturze. Włosy miał białe jak moja babcia, strasznie się mądrzył.

- Tōshirō, jest dla mnie jak brat. Mógł zadzwonić, coś masz przekazać jakby co?

- taa, powiedział, że w Hotel Plaza będzie.

- dzięki – Feanil odwrócił się i zniknął by pojawić się na tyłach wymienionego hotelu. Nawet nie musiał pytać na recepcji, moc przyjaciela była zbyt dobrze wyczuwalna nawet z ostatniego piętra. Ale przed drzwiami apartamentu zauważył coś dziwnego. Czuł delikatny zapach kobiecych perfum. Zza drzwi słyszał dwa głosy rozmawiające z kapitanem dziesiątej dywizji, ale nie czuł ich obecności. Zamiast nad tym rozmyślać, wolał sprawdzić, więc zapukał. Za drzwiami na chwilę zrobiło się cicho, lecz po chwili usłyszał drobne kroki. Otworzyła mu nastolatka.

- Dzień Dobry, czy zastałem Kapitana Hitsugaya? - spytał

- wreszcie – odpowiedział męski głos z głębi pokoju.

Dziewczyna otworzyła szerzej drzwi, żeby mógł przejść. Kobieta siedząca naprzeciw kapitana miała taką samą cienką opaskę na czole jak ta druga. Dotknął metalu na czole stojącej obok dziewczyny i wtedy miał pewność.

- Znalazłem je przedwczoraj, mogę widzieć co robiłeś w tym czasie? - w głosie Hitsugaya'i było lekkie zirytowanie

- Ciebie też miło widzieć – odpowiedział - zajmowałem się innymi bezimiennymi. A teraz wiem dlaczego „zniknęły”

- jak to?

- ojciec i inni nie mogli nawet ich zlokalizować przez te opaski – wskazał czoło dziewczyny.

- te ozdoby? - Tōshirō wydawał się zaciekawiony

- wykonane z bardzo rzadkiego metalu. Dwimeryt blokuje wszelkie „niezwykłe” zdolności. Magię, telepatię i jak widać może cię ukryć przed bóstwami. Dlatego sam musiałem je znaleźć, ale dopiero dziś przybyłem do miasta.

- Co zamierzasz?

- nadałeś im imiona?

- nie

- więc kiedy to zrobię, mam umówione spotkanie. Czy możecie to zdjąć?

Jego pytanie przeraziło młodszą z kobiet. Feanil podszedł do starszej

- Żebym mógł nadać Ci imię powinnaś to zdjąć. Powiedział.

Posłusznie zdjęła opaskę i położyła ją na stoliku. Kapitan wziął do ręki przedmiot, by mu się przyjrzeć, a Payne położył dłoń na głowie kobiety mówiąc:

- na chwałę Thora, imię Twoje Triss.

Odwrócił się do nastolatki z uśmiechem. Podszedł do niej i przemówił najmilej jak potrafił:

- to nic strasznego.

Dziewczyna sięgnęła do skroni, ale zawahała się. Coś mu tu nie pasowało. Ale nie chciał tworzyć kapłanek Wszechojca. Bał się Go, a coś mu mówiło, że temu Bogu to się bardzo nie spodoba. Miał tylko jedno wyjście. Dziewczyna miała jeszcze w ręce opaskę, którą dopiero co zdjęła, gdy położył dłoń na jej czole i powiedział:

- na chwałę boga o zapomnianym imieniu, opiekuna Gildii Złodziei w Ravstock pośród Szepczących Pustkowi, imię Twoje Solmi.

Dziewczyna osunęła się na podłogę. Z jej gardła dobył się głęboki męski głos:

- Jesteś wredny mój chłopcze, ale to i tak nic nie da.

Błyskawicznie otworzyła oczy, były czerwone z pionowymi źrenicami. Rzuciła się na niego, ale coś ją odepchnęło. Dopiero wtedy poczuł obecność silnej istoty, ale tylko przez chwilę. Wiedział, że ojciec wyrwał demona z ciała dziewczyny i zaniesie go daleko. Złapał nieprzytomną i kapitana, a jego uczepiła się Triss.

W ułamku sekundy byli w Neapolu.

- Marc zwołaj resztę – rzucił do mijającego ich młodzieńca. Po chwili na miejscu była cała drużyna. I kapłanki. Wyjaśnił najszybciej jak mógł, co się stało. Nie musiał o nic prosić

- Módlmy się – powiedziała Paladynka – każde do swojego boga, gdyż pomoc mu w tej bitwie potrzebna.

To mówiąc uklękła wśród przyjaciół i zaintonowała Modlitwę Pańską. Feanil przyłączył się do nich z opóźnieniem o jedno słowo. Po tej modlitwie dziewczyna powiedziała wprost nie zmieniając pozycji:

- Prosimy Cię Panie o pomoc, dla Twego sługi daleko stąd z demonem walczącego. On w imię Twoje na pomoc światu naszemu swego syna przysłał, a pomagając mu sam potrzebującym się stał. Prosimy Panie daj siłę jego mięśniom i wiatr skrzydłom i wesprzyj moc jego. Ojcze nasz...

Ponownie odmówiła tę samą modlitwę i kilka innych. W trakcie ostatniej, w miejsce strachu o ojca (co było dla niego nowym uczuciem) Feanil poczuł ulgę. Inni również, lecz dziewczyna dokończyła rozpoczętą modlitwę, a zaraz po niej odmówiła dziękczynną. Dopiero tedy wstali z kolan.

- Widzę, że Ci się udało - Adrienne miała smutny uśmiech – nam niestety się nie udało jak dotąd.

- pewnie ma na czole opaskę z dwimerytu, dlatego nie ma przy niej bogów. To blokuje wszelką niezwykłość

- jak to wygląda? - Gaspard chyba coś wiedział. Triss wyjęła swoją opaskę z kieszeni. Gdy się jej przyjrzał dodał – nie ma wątpliwości. Ona miała taką samą

- co?

- rozdzieliliśmy się, żeby większy obszar przeszukać – zwrócił się do Feanila – szukaliśmy już jakieś trzy godziny gdy zauważyłem dziewczynę z dokładnie taką samą opaską na czole. Nie było w tym nic niezwykłego, gdyby nie to, że gdybym na nią nie patrzył, to pewnie bym się z nią zderzył. Jakby nie istniała. Wsiadała do samochodu z parą dorosłych. I Wtedy nas wezwaliście.

Feanil zaklął szpetnie po krasnoludzku. Chodził przez chwilę w kółko ciągle klnąc by w końcu powiedzieć po francusku:

- Spóźniliśmy się, ale jeszcze jest szansa...

- Tym razem idziemy z Tobą – słowa Renee zatrzymały go w półkroku.

- dobra, ale ja dowodzę

- to dokąd teraz? - spytał czarodziej

- do Polski.

- gdzie? - Gaspard był zdumiony

- Muszę z kimś porozmawiać – odpowiedział wyciągając do nich ręce. Chwilę później już ich nie było. Każda z kapłanek odwróciła się w inną stronę i odeszła wolnym krokiem.

Siedmioro przyjaciół pojawiło się nagle przed frontowym wejściem do niewielkiego dworku.

komentarzy: 0Piątek, 03 września 2010, 19:31

Aribeth

Feanil był na miejscu o świcie. Teleport zaprowadził go do niewielkiej grupy drzew niedaleko wielkiego i nowoczesnego szpitala psychiatrycznego. Zatrzymał się na chwilę, po czym usiadł pod drzewem i przymknął oczy.

- co ty wyprawiasz? - spytał wiatr, ta bezcielesna forma była ulubioną jego ojca a tylko nieliczni mogli wtedy zrozumieć jego słowa

- czekam na porę odwiedzin.

- że co?

- sądzę, że tym razem nie warto robić zamieszania.

- co masz na myśli?

- raczej wątpię, żeby trafiła tam, bo „bogowie” doprowadzili ją do szału. Tak powinno się stać, gdyby ją „przekonywali”, a jak dla mnie dręczyli. Tymczasem Yen jest całkiem normalna.

- To wina Lokiego. - „wiatr” uśmiechnął się

- twojego rywala dowcipnisia? Robi się ciekawie.

- Ona była by najstarsza z nich. - bezimienny niechętnie o tym mówił, ale opowiadał – to było dwadzieścia lat temu. W Chinach była taka dziewczynka. Loki był zachwycony. On i kilku innych przemawiali do niej i zsyłali wizje odkąd skończyła dziesięć lat. Byli głusi na jej prośby, a nawet obracali je przeciwko niej. „wybierz jedno z nas, a reszta spokój Ci da” i dalej się przekrzykiwali. Wytrzymała dwa miesiące. Rzuciła się pod pędzący pociąg, a bóstwa były za słabe, żeby interweniować. Zginęła na miejscu. Jeden z Archaniołów, lepiej żebyś nie wiedział który, pojawił się tam natychmiast. Był wściekły i beształ wszystkich równo. Nawet mi się dostało, bo nic nie zrobiłem by ich powstrzymać. Mimo iż wiedział, że nie chciałem ulec tak silnej pokusie dołączenia do tej tyrady. Bałem się, że dojdzie do walki z Lokim, a to zawsze źle się kończy. Wtedy postanowiono, że pierwsze bóstwo, które znajdzie takie dziecko, będzie jego duchem opiekuńczym do czasu chrztu, dlatego przy Yen był Apollo.

- a ta tutaj?

- Ares. Zawsze lubił tę wyspę i był na miejscu.

- dobra, jak trafiła do psychiatryka?

- w zeszłym roku postawiła się nauczycielowi – opowiadającemu wrócił humor – coś tam przeskrobała, a jak ten prawił jej kazanie wypaliła, że przecież dla niego taki numer to żenada. Facet zdębiał. W czasach szkolnych był nie lada nicponiem, a Ares szeptał dziewczynie do ucha, co ciekawsze jego wybryki. Oczywiście dziewczyna wykorzystała to. Nie opowiadała, a zręcznie przypominała mu nazwiska, miejsca, albo czas, albo wszystko po kolei. Kiedy kazał się jej zamknąć wypowiedziała na głos słowa swego przyjaciela: „Afrodyta mogłaby jeszcze dorzucić kilka pikantnych szczegółów.” Psorek zadzwonił do brata interesującego się parapsychologią i trafiła tutaj.

- czyli?

- no dobra. To nie jest psychiatryk. To szpital wywiadu, a ona jest na obserwacji na oddziale, gdzie agenci obserwują takie niezwykłe dzieci. Większość z nich jest normalna, ale mają niezwykłe zdolności.

- więc tym bardziej musisz mi załatwić wejściówkę. - Feanil wstał i ruszył w stronę budynku.

 

Dziewczynka była w świetlicy. Siedziała sama, twarzą zwrócona do okna. Czekała na niego, wszyscy czekali. Dwóch chłopców stanęło przy drzwiach, gdy tylko ich minął.

- Witaj Hrabio – miała przyjemny głos – czekaliśmy na Ciebie

- witaj panienko – odpowiedział grzecznie, choć nie przepadał za takimi „oficjalnymi” rozmowami, pełnymi tytułów i grzeczności

- piękny mamy dzień, prawda?

- owszem, lecz jeżeli Panienka pozwoli wolałbym przejść do sedna. Czas nagli.

- jeszcze chwilę temu się Panu nie śpieszyło, skąd teraz ten pośpiech.

- damy nie powinno odwiedzać się bladym świtem, tym bardziej w jej komnacie

- ale teraz mamy już południe. Mógł pan przyjść wcześniej

- zaciekawiła mnie pewna historia, którą mi opowiedziano

- więc wiesz dlaczego tu jestem – odpowiedziała po chwili – a jeżeli Panu odmówię, ponieważ podoba mi się tak, jak jest obecnie

- będziesz Pani w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Obawiam się, że wywiad i te mury nie zapewnią Panience dostatecznej ochrony.

- a Pan mi ją zapewnisz? - spytała odwracając się do niego

- nie ja, tylko twoje imię.

- które ty wybierzesz

- może to zrobić każdy w tej sali, ale twój przyjaciel pewnie woli żebym ja to zrobił – odpowiedziało mu milczenie, więc dodał – lepiej mieć kapłana niż zwykłego wyznawcę, prawda Aresie?

Dziewczyna wstała energicznie i szybkim krokiem przeszła do pustego kąta sali kłócąc się z bożkiem.

Feanil Policzył w myślach do stu, po czym wolnym krokiem podszedł do dziewczyny, położył dłoń na jej głowie i powiedział cicho:

- na chwałę Isztar, Twoje imię Aribeth

- powinieneś dostać w pysk – odpowiedziała po chwili nie odwracając się. Zrzuciła jego dłoń uderzeniem i wróciła do okna.

- powinieneś wracać do Paryża.

- dlaczego?

- natychmiast.

Payne podszedł do niej, złapał ją za łokieć i po chwili byli w znanym mu magazynie. Podszedł do drzwi biura, ale nie otworzył ich od razu. Powstrzymał go dźwięk jaki wydaje mocne uderzanie w twarz otwartą dłonią. Zaraz potem usłyszał głos Kumiko:

- a teraz, po kolei, opowiedz, co się stało.

Ktoś pociągnął nosem, ale odpowiedział:

- jak zwykle w niedzielę ojciec zabrał nas na mszę do Notre Dame – to był głos Adrienne – wiecie, że bardzo to lubi. Wszystko było jak zawsze. Tylko jak zaczęła się msza poczułam coś dziwnego. Taki lekki nie przyjemny zapach. A potem poszłam do komunii... Kielich, a raczej to co było w środku tak ładnie pachniało... czułam, jakby to było coś dla czego warto żyć i za co warto umrzeć. Ale był też ten drugi zapach, okropny, ledwo dało się wytrzymać... Jak ksiądz wziął hostię do ręki, jej zapach się zmienił... zaczęła paskudnie śmierdzieć, ale przyjęłam ją... ale tylko trzymałam na języku... wtedy na jego dłoni zauważyłam ślad po pierścieniu. Prawie wybiegłam z Katedry i wszystko wyplułam. Coś mi mówiło, że to jest jakoś zatrute Złem. I podszedł ten drugi ksiądz, taki młody. Zaproponował spacer. A jak byliśmy sami, poczułam takie dziwne, jakby powietrze się zatrzęsło a on spytał „Gdzie on jest?”... Chodziło mu o Feanila. Jego oczy się zmieniły, były całe czerwone z pionowymi źrenicami. Powiedziałam, że nie wiem i on rzucił się na mnie... Miecz sam się pojawił w mojej ręce... to stało się tak szybko...

Zapadło milczenie na dłuższą chwilę. Gdy znów przemówiła, Feanil cichutko wszedł do środka.

- zabiłam go... jestem podła...

- nie jesteś – dopiero teraz go zauważyli – broniłaś się

- ale...

- czy jestem jedynym który czytał rozdział z przepowiedniami – wskazał głową Księgę Zasad wciąż leżącą na stoliku

- a co to ma do rzeczy – Spytał Marc

- bardzo wiele.

- Co ty bredzisz? - Kumiko nie kryła zdenerwowania.

- O tej dotyczącej bramy, Paladyn zgładzi wroga

- nadal nie rozumiem

- może ja im to wyjaśnię – spytało powietrze

- jak chcesz, ale tym razem w swoim ciele – odpowiedział ojcu na głos – wiem, że masz w tym świecie dość mocy by to zrobić.

Wśród nich pojawił się mężczyzna bliźniaczo podobny do Feanila. Tyle, że ten miał czarne skrzydła złożone na plecach.

- jesteś jedynym Paladynem w tym świecie – przeszedł od razu do sedna – Vhailor boi się ciebie i chciał wykorzystać okazję, żeby się Ciebie pozbyć. Dowiedzieliśmy się też, że kapłanek nie trzeba ukrywać. Chcą dorwać mojego syna.

- ale...

- to nie był ksiądz, tylko jego ciało – kiedy przejmujesz czyjeś ciało, będzie ono miało twoje oczy. Walczyłaś z samym Vhailorem i wygrałaś

- a ten ksiądz? - dziewczynie głos wciąż drgał, ale była już spokojniejsza – co z nim?

- Nie był księdzem. Był sługą. Inaczej nie zawładnął by jego ciałem z taką łatwością. Z twoich słów wynika, że jest tam jeszcze jeden.

- powinniście opuścić Paryż – tym razem odezwał się Feanil – obawiam się, że oni będą Was szukać

- nas? - François sprawiał wrażenie zdziwionego

- jesteście drużyną, czy nie?

- tak ale...

- potrzebujemy waszej pomocy. - Skrzydlaty mówił spokojnie, ale nerwowe ruchy ogona mówiły co innego – Ostatnie trzy dziewczyny.

- co masz na myśli? - Feanil spojrzał na ojca

- nie wiemy gdzie są

- jak to?

- zniknęły jakiś czas temu, nie wiemy jak to możliwe. Wiemy tylko gdzie przebywały zanim to się stało.

- mów jaśniej. - Payne tracił cierpliwość

- najpierw zniknęła najstarsza. Ma 22 lata, jakiś rok temu podczas wycieczki do Rzymu. Trzy miesiące później to samo w tym samy miejscu z najmłodszą mieszkającą w Neapolu. A wczoraj zniknęła w ten sposób interesująca nas dziewczyna w Nowym Yorku.

- Najstarsza skąd jest?

- Z Grecji.

Po krótkim zastanowieniu Feanil zadecydował:

- jadę do Neapolu. Coś mi się zdaje, że oni działają przede wszystkim w Europie. A drużynę poprosimy o udanie się do Ameryki

- nie ma mowy, sam sobie tam jedź. - Czarodziej splótł ręce na piersi

- we Włoszech z pewnością natkniecie się na jego ludzi

- właśnie na to liczymy – odpowiedział Marc – jesteśmy drużyną

- a oni chcieli dopaść jedno z nas – Kumiko stanęła między chłopakami – pomożemy Ci, a jeżeli będzie szansa się odegrać, to chętnie skorzystamy

- nie wiecie o czym mówicie – głos Paladynki był cichy

- dobrze wiedzą – odpowiedział Feanil – wiedzą też do czego może ich zmusić sytuacja, dzięki Tobie i są na to gotowi. Zapomnieć, że wychowano ich w poszanowaniu do ludzkiego życia, albo próbować pogodzić to z sytuacją.

- Tak. Jesteśmy na to gotowi. - Marc był bardzo pewny siebie

- Nie jesteście – Feanil starał się zachować spokój – nikt nie jest.

- Mylisz się.

- Tak – Payne w ułamku sekundy był przy nim opierając ostrze sztyletu na krtani chłopaka. Nawet nie dostrzegli jak dobywa broni

- wiesz, co trzeba zrobić, żeby zostać skrytobójcą? Tak, trzeba zabić. Tyle że instynktownie, bez żadnych wyuczonych sztuczek, bez przygotowania, bez szkolenia, które wam zapewniły karty postaci. - odsunął się od wojownika i dodał – ja miałem wtedy osiem lat, teraz mam 25, od roku prawie mieszkam w Rukongai. Ul jest niebezpieczną dzielnicą Sigil, można wyzionąć ducha dla kilku miedziaków. Was nikt nie poddał „próbie” przed przemianą, bo sami to zrobiliście. I nikt wtedy nie zginął.

Kucnął b pogłaskać kotka

- skąd wiesz? - Kumiko gapiła się na niego

- ojciec mi opowiedział – odrzekł nie podnosząc głowy – wiem, że miałaś doskonałą okazję, lecz zamiast poddać się instynktowi, zawahałaś się. W przeciwnym razie też byłabyś skrytobójcą.

Cisza się przeciągała. W końcu wstał i nie patrząc na nich powiedział:

- niech wam, będzie. Jadę do Nowego Yorku. Spotkamy się tutaj

- a co ze mną? - jakby dopiero teraz zauważyli dziewczynę, która z nim przyszła

- rób co chcesz. Tobie nic nie grozi, no chyba, że nas pokonają i Vhailor opanuje ten świat. Ale nie pozwolimy mu na to. - wyszedł, a szóstka przyjaciół za nim. Nie zwracali uwagi na kapłankę. Czuł, że nie musi im pomagać i nie pomylił się. Gdy tylko utworzyli krąg trzymając się za ręce, drużyna zniknęła. Przynajmniej jedno z nich było Skoczkiem. Chwilę później on także zniknął. Pojawił się w zaułku w pobliżu miejsca, gdzie jedenaście lat temu stały dwie smukłe wieże.

komentarzy: 0Piątek, 03 września 2010, 19:18

Drużyna

Gdy się obudziła było już późne popołudnie. Na fotelu, zamiast Feanila był wąż. Leżała jeszcze przez dłuższą chwilę zastanawiając się, co zrobić. W końcu wstała bardzo ostrożnie i podeszła bliżej. Gad nawet nie drgnął gdy delikatnie, jednym palcem pogłaskała go po głowie. Był zimny, a potem zauważyła, że w ogóle się nie porusza, jakby nie oddychał. Pomyślała, że stworzonko nie żyje, ale on jakby w odpowiedzi podniósł powoli głowę, patrzył przez chwilę na drzwi i wrócił do poprzedniej pozycji. Z zamyślenia wyrwał ją śmiech i kilka głosów. Drzwi otwarły się w tym samym momencie gdy na nie spojrzała. Do środka weszło pięciu nastolatków rozmawiających wesoło po francusku. Jedna z dziewczyn miała na ręku małego kotka, a po chwili dobiegła jeszcze jedna z kartonem mleka. Wysoki chłopak z kijem w ręce zapytał ostro:

- co tu robisz?

- musiałam gdzieś przenocować – powiedziała cicho zastanawiając się ile języków teraz zna – zaraz sobie pójdę.

Podniosła się powoli i ruszyła w ich stronę. Była w połowie drogi gdy odezwała się najniższa z nich, ta z mlekiem:

- oh, to głupie. Możesz zostać jeśli chcesz. Jestem Kumiko. - miała dziwny akcent i obce rysy.

- Yennefer – odpowiedziała cicho z nieśmiałym uśmiechem. Wszyscy się rozluźnili. Ta z kotkiem wesołym krokiem przeszła obok i usiadła na wysłużonej kanapie

- Ja jestem Renee. Ten duży to Marc, ten chudy François, obol niego stoi Adrienne, a ten z tyłu to Gaspard.

Kumiko sięgnęła do szafki, postawiła miseczkę na ziemi i nalała mleka. Renee postawiła przy niej kotka. Był tak wystraszony, że natychmiast uciekł do kąta.

- Więc co tutaj robisz? - spytał Marc siadając w fotelu, gdzie jeszcze przed chwilą leżał wąż. Zastanawiała się co może im powiedzieć, gdy usłyszała głos Feanila, on też znał francuski:

- Pomogłem jej uciec od ludzi Vhailora. - wszyscy odwrócili się do niego jak na komendę, a on spokojnie dokończył – jestem Feanil, a ona była kluczem, a mnie wysłano by nadać jej imię, teraz muszę znaleźć jaj jakiś dom i ruszam dalej. Jest jeszcze kilka „kluczy do bramy światów”

- Myślisz, że ci uwierzymy? - chudzielec oparł się o okno

- nie liczę na to, chcemy tylko spędzić tu kilka dni, zanim jej czegoś nie znajdę

- a kim jest ten Vhailor? - Adrienne bawiła się trzymanym w ręku kijem

- Synem ludzkiej kobiety i demona, nie ich władcy, ale równie groźnego, tego, którego imię budzi strach we wszystkich sercach.

- w takim razie czas jest tym, czego nie masz. Powinieneś ją zostawić i szukać innych. - dziewczyna wciąż miła karton z mlekiem w ręce.

- nie mogę – zwrócił się do niej – znasz kodeks. Doprowadzać wszystko do końca. I mam małą przewagę nad przeciwnikiem.

- jaką?

- Nie musi ich szukać. Gdy Yennefer będzie bezpieczna od razu dowie się gdzie jest następna. - odwrócili się jak na komendę. Kotek siedział na środku pokoju i po chwili znów przemówił: - wasz kotek jest bezpieczny, uspokoiłem go i teraz śpi, dlatego mogłem skorzystać z jego ciała. Jestem jego ojcem – odpowiedział na nie zadane pytanie wskazują Feanila łapką

- to znaczy... - Adrienne była w lekkim szoku

- on jest półbogiem, takim jak Herakles – Yennefer mówiła cicho, ale tak by wszyscy słyszeli – a ja kapłanką Wielkiej Melitele, ale wciąż czegoś nie rozumiem.

- twój „opiekun” trochę się tu rozejrzał – odpowiedział Gaspard sięgając do szafki by podać jej książkę. Na okładce widniał napis „Ragnarock Księga Zasad”

- strona 48 – dodał po chwili.

Rozdział był zatytułowany „Brama Światów” na jego początku była legenda o jakimś potężnym magu, który zamknął bramę prowadzącą do innego świata używając jako klucza krwi dziewczyny jaką ona sama była jeszcze wczoraj. Tylko z pomocą takiej krwi można bramę otworzyć. Była tam nawet informacja, że jeżeli heros nadaje imię, to tak jakby tworzy kapłana mówiącego wszystkimi językami i posiadającym całą wiedzę na temat tego, czym jego kapłani i zakonnicy się zajmowali. Feanil dowiedział się o tym dopiero gdy rozmawiała z nim w Starszej Mowie. Pisało tam również, że obecnie tylko „Kształtujący Sfery” nazywający siebie Cieniami znają położenie bramy. Obok był rysunek węża oplatającego sztylet. Podpis pod nim mówił, że jest to tatuaż po którym Cienie można rozpoznać. Brakowało jeszcze jednego elementu układanki. Spytała jakby od niechcenia:

- skąd to macie?

- zwinęłam synowi mojego ojczyma – Kumiko patrzyła na swoje stopy – obaj mają taki tatuaż, ale Pierre zniknął jakiś czas temu. Ta książka nigdy nie trafiła do sklepów

- kiedy ostatni raz go widziałaś – spytał kotek

- jakieś pół roku temu.

- zauważyłaś coś dziwnego?

- Nie cierpiał biżuterii, mówił, że to dla bab, a ostatnim razem miał na palcu pierścień, do tego brzydki, srebrny, z czaszką z rogami.

- Pierre, jak on wyglądał? - Feanilowi zrobiło się gorąco, ale musiał zapytać

- Wysoki blondyn, niebieskie oczy. Bardzo przystojny.

Feanil odpiął swój sztylet i krótki miecz, rzucił je pod nogi chudzielca i powiedział:

- nosił dwa miecze, jeden srebrny.

- skąd... - dziewczyna patrzyła na niego ze zdumieniem, a reszta jakby się domyślając, odsunęła się od nich.

- Pierre zdradził Cienie. Pierścień jest symbolem sług Vhailora, był świetnym tropicielem.

- był?... - dziewczyna zaczynała rozumieć co się dzieje, ale i tak spytała cicho – co masz na myśli?

- to on pilnował Yen. Wyszedł mi na spotkanie. Użyłem jednego z moich węży. Mogę je tworzyć czy przywołać, sam nie wiem do końca, ale są jak roboty podłączone do twojego mózgu. Widzisz i czujesz to co one. Mogą poruszać się w murach, albo pod ziemią i mogą wchodzić w ciała. Wtedy mogę zdobywać potrzebne informacje. Dzięki temu nie biegałem po całej posiadłości, a od razu poszedłem do jej pokoju. Gdy dowiedziałem się wszystkiego, co potrzebowałem, kazałem wężowi zniknąć, ale w ciele innych będąc one nie znikają, a zmieniają się w silną truciznę. Pierre wytrzymał 8 sekund zanim toksyna go zabiła.

Po krótkiej chwili milczenia, dziewczyna westchnęła i powiedziała:

- nigdy go nie lubiłam, ale dziękuję Ci. Dzięki tobie zachował resztki honoru. 8 sekund bólu. Ale Cienie zabiliby go jak zdrajcę plamiąc honor rodziny, a ty go ocaliłeś... i za to Ci dziękuję. - spróbowała się uśmiechnąć, by dodać po chwili – wspomniałeś wcześniej coś o kodeksie, a ja chyba mam rozwiązanie twojego problemu.

Podeszła do szafki i wyjęła jakieś kartki. Oderwała po kawałku z każdej i podała Feanilowi. To były karty postaci rodem z gier RPG. Oderwane fragmenty dotyczyły imion i ras. Bez słowa rozłożył karty przed kotem.

- To nie będzie łatwe – powiedział futrzak – ale jak na razie nie mamy innej opcji

- o czym wy mówicie? - Yennefer się zaniepokoiła

- złodziejskie prawo, wyświadczą nam przysługę ale oczekują tego samego w zamian – Payne'owi się to trochą nie podobało

- chcą umiejętności swoich ulubionych postaci do gry. Będę potrzebował pomocy – ostatnie słowa kotek mówił patrząc na gołębia na parapecie. Ten zaś odpowiedział głosem kobiety:

- mnie prawo złodziei nie dotyczy.

- To twoja kapłanka. - kotek nie ustępował. Po dłuższej chwili gołębica sfrunęła na podłogę, przyjrzała się kartom i odpowiedziała:

- Wojownik, Paladynka, złodziejka, czarodziej i dwóch łowców. Będziemy potrzebować sporej mocy

Feanil stanął obok kapłanki. Ptak zajął miejsce po drugiej stronie i wciąż z niechęcią w głosie powiedział do François:

- ten sztylet się przyda. Niech każdy siądzie przy swojej karcie.

Gdy wykonał polecenie odezwał się kot po drugiej stronie Feanila:

- Każde z was niech upuści kroplę swojej krwi z palca na swoją kartę.

- Ale nie wolno wam jej mieszać, ostrze za każdym razem ma być czyste – dodało drugie bóstwo

Gdy ostatnia kropla dotknęła papieru, kapłanka, dwa bóstwa i heros rozpoczęli modlitwę w starożytnym języku. Przez jakiś czas nic się nie działo, ale kontynuowali. Aż karty zaczęły świecić. Światło poruszyło się i niczym sześć węży weszło do nosów nastolatków by tam zniknąć. Gdy tylko rozpoczęło swój ruch, modlący się, przestali prosić, a zaczęli odmawiać modlitwę dziękczynną.

Gdy ostatni promień niezwykłego światła zniknął karty zmieniły się. Przed każdym leżała broń odpowiadająca profesji.

Kumiko wzięła do ręki leżący przed nią krótki miecz, nie miał żadnych ozdób, ale i tak ucieszył ją ten widok.

- To nie jest zwykła broń – powiedział bożek w kocie – jeśli nie jest ci potrzebny, wystarczy pomyśleć, aby zniknął udając się do bezpiecznego miejsca, a w razie potrzeby zawsze możesz go wezwać.

Adrienne odesłała swój miecz, a po chwili reszta poszła za jej przykładem. Gdy skończyli powiedziała patrząc na koleżankę:

- teraz nasza kolej.

- o ile się nie mylę jesteś skoczkiem – złodziejka wstała mówiąc od Feanila – mój tato po rozwodzie wrócił do Japonii. Jestem pewna, że nam pomoże

- Gdzie dokładnie? - spytał również wstając

- Namimori, wschodnie przedmieścia

- weźcie się za ręce.

Gdy tylko to zrobili, pokój w którym byli zniknął. Stali na chodniku osiedla niewielkich domów. Dziewczyna nie czekała, aż zapytają, a od razu ruszyła przed siebie. Do ojca rzadko przyjeżdżała, ale wiedziała dokładnie gdzie jest. W końcu przeszła przez furtkę i zadzwoniła do drzwi. Zostali na ulicy, więc nie słyszeli jej krótkiej rozmowy z kobietą. Gdy ta zniknęła, Kumiko machnęła krótko ręką żeby podeszli. Przywitała się z mężczyzną po japońsku. Feanil uśmiechnął się słysząc język, którym posługiwał się na co dzień przed misją. Mimo to na pytanie „kim oni są” odpowiedział po francusku. Wiedział, że człowiek zna ten język:

- Ci tutaj to przyjaciele pańskiej córki. Muszę wyjechać z Francji, a nie mam z kim zostawić podopiecznej. - wskazał dłonią kapłankę. - Kumiko powiedziała, że pan nam pomoże

- Dlaczego akurat ja? - zapytał tamten ze złością, więc Payne przeszedł na japoński:

- bo córka bardziej Ci ufa niż nowej rodzinie matki i wierzy w ciebie i twoją dobroć. Twój dom jest wystarczająco daleko od sekty która chce mojej śmierci, ponieważ zabrałem im coś cennego. Zamierzam stawić im czoła, ale nie chcę narażać dzieciaków.

Mężczyzna spuścił wzrok na córkę. Po chwili zaczął powoli:

- Pierre mógłby wam pomóc, jakby to powiedzieć, on jest...

- On był, tatusiu, nie jest. Był zdrajcą, przyłączył się do sekty o której mówił Feanil-san. Miał szczęście, że zginął zanim jego dawni towarzysze go znaleźli. Ocalił w ten sposób resztki swojego honoru.

- Nie żyje? Jak to?

- obozowałem w lesie, spłoszył moją tresowaną kobrę stojącą na warcie, trucizna zrobiła swoje niestety mój pupil przypłacił to życiem.

- Wąż? Jak można coś tak niebezpiecznego...

- może trudno w to uwierzyć ale ja potrafię z nimi rozmawiać i słuchają się mnie.

- To brzmi jak jakieś tandetne opowiadanie w stylu Pottera. - Mężczyzna uśmiechnął się krzywo – ale powiedzmy, że Ci wierzę, co wtedy?

- proszę o udzielenie schronienia Yennefer na jakiś czas. Podróż ze mną jest zbyt niebezpieczna.

- a reszta?

- zanim wyruszę, odstawię ich do domów, upewniając się, że nic im nie grozi. I oczywiście przyślę pieniądze na jej utrzymanie. - wskazał głową kapłankę.

Ojciec Kumiko zastanawiał się przez dłuższą chwilę. Nie podobało mu się nagłe przybycie córki, ale nie bardziej niż to, że wpadła tylko na chwilę.

- ufam moim dzieciom, a Kumiko wam wierzy, to mi wystarczy. Yennefer może zostać tak długo jak to będzie konieczne ale pod jednym warunkiem. Kiedy to się skończy przyjedziesz opowiedzieć mi o wszystkim. Choćby nie wiem jak bardzo nieprawdopodobne się to wydawało.

- Zgoda. Dziękuję Panu

- Yusske. Będziemy czekać. Do widzenia – Przytulił córkę na pożegnanie by po chwili zamknąć drzwi za Yennefer.

- Poszło łatwiej niż myślałam – słowa złodziejki rozległy się po magazynie, z którego wyruszyli – jak Ci się to udało? I znasz japoński.

- Może to przez mój ogon – Skrytobójca cofnął się kilka kroków z uśmiechem – a może dlatego, że czuć jeszcze ode mnie zapach zachodniego Rukongai gdzie mieszkam.

Ledwo wypowiedział te słowa zniknął. Nie zdążyli zapytać o o nic więcej, a tyle tego było...

Adrienne, paladynka Wszechojca, wiedziała już, że to jedno z określeń chrześcijańskiego Boga i coś jej mówiło, że ci inni bogowie, tak po prawdzie to jego słudzy. To ludzie uważają ich za bogów, ale prawdziwy jest tylko jeden. Rozmyślając o tego typu sprawach ruszyła w kierunku wyjścia mówiąc:

- on wróci. My też wysłuchamy jego opowieści.

Nikt jej nie odpowiedział. Wiedzieli, że ma rację. Rozeszli się do domów w milczeniu. Wystarczy przecież cierpliwie poczekać.

Feanil pojawił się w miejscu z którego wyruszył. Znał tak dobrze reiatsu ojca, że mógłby go rozpoznać w tłumie innych bóstw. Zapach dochodził od kruka siedzącego na niskiej gałęzi.

- Dokąd teraz? - spytał nie odwracając się.

- Londyn. Zakład psychiatryczny 3 mile od miasta. - brzmiała odpowiedź

komentarzy: 0Piątek, 03 września 2010, 19:13

Yennefer

Mimo pięknej pogody tego dnia dziewczyna została w swoim pokoju. Jak dotąd nie zastanawiała się, jakim cudem jeszcze nie zwariowała. Mimo iż słyszała głosy i miewała fantastyczne wizje tak realistyczne, że można ich prawie było dotknąć była prawie normalną dziewczyną. To prawie, wbrew pozorom znaczyło wiele, było przyczyną obecności głosów. Nie miała imienia. Nie można powierzyć bękarta Allahowi. Była dzieckiem jednej z żon lubiącego tradycję bogacza i kamerdynera. Dla islamskiej kobiety z takiej rodziny posiadanie kochanka było karane śmiercią. Ale jej matkę okrutniej potraktowano. Mąż zorientował się, że zaszła w ciążę, gdy nie było go przez dłuższy czas w domu. Nie chciała wyjawić imienia kochanka. Zdradzony pozwolił jej urodzić, ale gdy tylko dziecko przyszło na świat kazał zostawić matkę tak, jak była. Wykrwawiła się na śmierć. Dziewczynkę chował jak córkę do szóstego roku życia, dbając o to by wypełniono jego rozkaz i nie nazywano jej imieniem. Po tych latach kazał porzucić ją pod bramą przytułku. Wtedy po raz pierwszy usłyszała głosy. Mówiły jej same miłe rzeczy, jeden przez drugiego. Nazywali siebie bogami i obiecywali spełnić każde jej życzenie jeżeli dołączy do ich wyznawców. Zsyłali jej sny pełne pięknych wizji przyszłości. W środku nocy dziewczynka krzyknęła „Dość!!” i wizje się urwały, a głosy zamilkły. Powiedziała im, że chętnie spełni tę prośbę, ale nie wie jak, więc niech jej nie dręczą. Mogą zostać jej niewidzialnymi przyjaciółmi, nawet jeżeli kiedyś zostanie jednemu z nich zostanie powierzona, będzie wierzyć w nich wszystkich i o nich nie zapomni, bo tylko tak może im się odwdzięczyć.

Trzy miesiące temu do przytułku przyszła kobieta. Powiedziała, że szukała jej i wie jak dziewczynie pomóc. Zrobi to z przyjemnością w wieczór po jej szesnastych urodzinach, ponieważ tego dnia poprosi ją o małą przysługę. Głosy zaczęły ją ostrzegać, mówiły żeby nie szła z tą kobietą, bo ona ją skrzywdzi, ale nie chcieli powiedzieć nic więcej, więc nie posłuchała. Przyjechali tutaj, do pięknej posiadłości ukrytej w lesie sześć kilometrów na południe od Paryża. Urodziny miała za dwanaście dni. Trzy dni przed nimi mieli wyjechać, ale nie wiedziała dokąd.

Jej rozmyślania przerwał śmiech, a raczej głośny uśmiech zadowolenia Apolla.

- Co Cię tak bawi? - spytała

- będziemy mieli gościa.

- gościa.

- kogoś kto chce nadać ci imię maleńka i nie chce niczego w zamian.

- nie nazywaj mnie tak – nie cierpiała gdy tak do niej mówił – każdy czegoś chce

- i dostanie ale nie od Ciebie, to jego misja, że tak powiem

- a kto niby miałby wyznaczać taką misję, żeby nadać imię obcej dziewczynie?

- ktoś komu nie podoba się, to co się tutaj dzieje. Przysłali człowieka z ogonem.

- z ogonem? - zaśmiała się – ludzie nie mają ogonów.

- ten ma. I nie lekceważ go. Będzie tu za niedługo.

- ale dlaczego?

- oberwie mi się – grecki bóg westchnął – ale co tam. Ci tutaj chcą Twojej krwi. Jest im potrzebna do otwarcia magicznej bramy, a ty jesteś dla nich tylko pojemnikiem.

- ale... jak to... przecież... - dziewczyna była w szoku

- wspomniano Ci o pewnej przysłudze. Niewidzialność bywa przydatna.

Rozmowę przerwało charakterystyczne pukanie do drzwi. Jak zwykle nie czekał na odpowiedź. Mężczyzna, który wszedł do pokoju był jedną z dwóch osób które ją odwiedzały. Wysoki blondyn o czujnym spojrzeniu niebieskich oczu i niskim głosie imieniem Diego. Rozejrzał się tylko i wyszedł bez słowa. Spojrzała na zegar i zaklęła w duchu. O tej porze przynoszono lunch, służąca musiała podsłuchać, co mówiła do niewidzialnego przyjaciela.

 

Diego zatrzymał się w połowie korytarza i nawet nie odwracając głowy do strażników wydał rozkaz:

- podwoić straże. Pełna gotowość. Niech Tsuna i George czekają na mnie na dole.

Gdy schodził trzy minuty później miał zasłoniętą twarz, a na plecach swoje dwa miecze. Ruszyli w las szybkim krokiem. Był tropicielem, potrafił wyczuć każdego, zwłaszcza człowieka z odległości jednej mili, a ogon ułatwiał sprawę.

 

Feanil wysiadł z samochodu tuż za ostatnimi zabudowaniami Paryża. Przywołał piętnaście węży i ukrył swoje reiatsu tak, by było na poziomie kolejnego gada. Wysłał je przodem w nieregularnych odstępach czasu i pozornie w różnych kierunkach. Niezwykle ciche bieganie umożliwiał uwolniony wreszcie na zewnątrz ogon. Pokonał zaledwie jedną trzecią odległości od celu, gdy pierwszy wąż natknął się na trzech ludzi z zamaskowanymi twarzami. Znalazł odpowiednie drzewo i ukrył się wśród liści. Drugi wąż dostrzegł miecze na plecach zamaskowanych, ten z przodu miał dwa, a także pierścień na prawej dłoni. Demoniczna czaszka. Kazał kolejnemu wężowi podejść do ścieżki. Gdy tylko minął go ten z dwoma mieczami, gad skoczył, ale zamiast ukąsić ofiarę wniknął w jego ciało.

„To specjalna zdolność moich zwiadowców” - Payne powiedział telepatycznie do zaatakowanego - „To potrwa tylko chwilkę.” Mężczyzna nie zatrzymał się, a skrytobójca przeszukiwał jego pamięć. Zgadł, ten był dowódcą. Znał całą posiadłość i oprócz służącej, tylko on odwiedzał dziewczynkę.

Doszli do drzewa na którym siedział, a on wiedział już to co było potrzebne. Kazał wężom zniknąć, ale te w ciałach innych nie znikały. Zmieniały się w truciznę. Mężczyzna opadł na kolana z bólu. Feanil ledwo dotknął jego ramion stopami błyskawicznie dobywając obu mieczy na plecach otrutego. Obrócił w lewej dłoni miecz o lśniącym ostrzu i wbił go w gardło drugiego przeciwnika nim ten zorientował się co się dzieje. Klinga wbiła się w kręgosłup. Ostatni zdołał odskoczyć, lecz zanim dobył broni, Payne poderżnął mu gardło w długim skoku z obrotem. W tym czasie trucizna dokończyła swoje dzieło. Gdy wyjął drugi miecz z ciała, zauważył jakiś cień wystający spod rękawa dowódcy. Podszedł i podniósł rękaw. Przez chwilę przyglądał się wężowi oplecionemu wokół sztyletu. Odrzucił od siebie ramię nieboszczyka i wbił w nie miecz tak by można zobaczyć znak Cieni i zgiął martwe palce by jednocześnie widoczny był pierścień. Zdjął ciału maskę. Ukazała się twarz blondyna z twarzą wykrzywioną bólem ostatnich sekund życia. Feanil splunął na środek jego czoła i ruszył dalej biegiem. Zatrzymał się na skraju polany. Wokół budynku chodziły patrole z jakąś dziwną bronią. Wolał uniknąć wykrycia. Brzegiem Lasu doszedł do jeziora na tyłach budynku. Wszedł ostrożnie do chłodnej wody.

 

Dziewczyna dostrzegła go w jeziorze. Płynął ukryty za kłodą nie mącąc przy tym wody. Potem przemykał szybko od drzewa do drzewa przez ogród prawie pod nosem strażników, ale żaden go nie zauważył, a on nie robił im krzywdy. Gdy wszedł do posiadłości, usiadła przed lustrem i zaczęła czesać włosy. Dzięki temu nie widziała jak patrole umierają od jadowitych ukąszeń niewidocznych do ostatniej chwili węży. Usłyszała jak coś ciężkiego upada na podłogę, cichy ledwie rozpoczęty ostrzegający krzyk i znowu coś ciężko upadło. Ktoś zapukał, ale nie wszedł.

- proszę – powiedziała trzęsącym się głosem

W drzwiach stał wysoki mężczyzna z ogonem. Miał ciemne rozczochrane włosy.

- Witajcie – powiedział płynnie w jej ojczystym języku

- Witam Hrabio – Odpowiedział Apollo – jestem Apollo, a to dziewczyna, której szukasz

- Wiem o tym, ale dziękuję

- Ty... jak to... - pierwszy raz widziała kogoś, kto słyszy jej przyjaciół i z wrażenia odebrało jej mowę

- kiedy indziej Ci opowiem, teraz niestety nie mamy czasu na przyjemności.

Podszedł do niej. Nie bardzo wiedział jak to zrobić, więc wybrał najprostszy sposób jaki przyszedł mu na myśl.

- Wybacz – rzucił do greka kładąc dłoń na jej głowie i zwrócił się do niej – Na chwałę Melitele, twoje imię brzmi Yennefer.

Apollo westchnął ale nie odszedł. Dziewczyna uśmiechnęła się. Poczuła ulgę.

- Zawsze będziesz moim przyjacielem – powiedziała do bóstwa – i reszta także. Zawsze możecie mnie odwiedzić

Mężczyzna zabrał dłoń i powiedział z uśmiechem:

- czas na nas.

- Nie znam twojego imienia hrabio – stwierdziła wstając i wychodząc za nim na korytarz

- Feanil Payne de Wett. Ale tytuł nie potrzebny wystarczy Feanil.

- Dokąd idziemy?

- Do Paryża. Sprawy się skomplikowały i musimy sami kryjówki poszukać

- kryjówki?

- obawiam się, że przeciwnik może być mściwy.

- Vhailor, nie sądzę

- lepiej dmuchać na zimne, skąd znasz jego imię?

- tak jakoś... samo przyszło, zresztą co cię...

Zamiast jej odpowiedzieć zaklął paskudnie po krasnoludzku (zdziwiła się, że wie co to za język, a na dodatek rozumie słowa) i ryknął w Starszej Mowie – Ktoś zapomniał o czymś wspomnieć

- to znaczy – zdumiała się znowu słysząc, że mówi w tym języku co on, chociaż się go nie uczyła

- Wybacz – odpowiedział inny głos i wiedziała, że należy do boga złodziei o zapomnianym imieniu, chociaż, była pewna, pierwszy raz go słyszała

- dlaczego?

- a czy podjął byś się wtedy tego zadania

- przynajmniej bym się wcześniej nad tym zastanowił

- czasu na to szkoda, dobrze robisz.

- tak jasne.

- o czym wy do diabła mówicie? - krzyknęła przypominając im o sobie

- wiesz kim był Herakles? - Feanil był wściekły

- półbogiem...

- otóż to, ja też nim jestem, a towarzyszy nam mój tatuś, który stawiając przede mną zadanie zapomniał wspomnieć o ważnym szczególe.

- ojciec?

- tak, nie wspomniał, że heros, czy półbóg jeżeli wolisz, nadając imię komuś tworzy kapłana „przywołanego” w „rytuale” bóstwa

- kapłana?

- a skąd znasz się nagle na ziołach, potrafisz pielęgnować wszystkie rośliny, leczyć ludzi, znasz Starszą Mowę, Krasnoludzki i pewnie parę innych języków? - kończąc zdanie wziął ją za rękę i nagle las zniknął ustępując rozpadającym się magazynom

- Skok... - wyszeptała

- tak, to był skok – odpowiedział już spokojnie puszczając jej dłoń – trzeba gdzieś tu przenocować.

Przed nim pojawiło się nagle kilka węży by od razu szybko odpełznąć we wszystkie strony.

- Tędy – powiedział po jakiś piętnastu minutach i ruszył w lewo. Zaprowadził ją do najlepiej wyglądającego magazynu w okolicy. W biurze na piętrze budynku była stara kanapa i parę foteli. Dziewczyna uśmiechnęła się ponuro pocieszając się w myślach - „przynajmniej mam imię. Moja krew tamtym już się nie przyda.”

Jej „opiekun” zniknął gdzieś na parę minut i wrócił z pizzą. Ledwie skończyła posiłek oczy same się jej zamknęły. Wiedziała jeszcze tylko, że czymś ją przykrył i usiadł w fotelu. Nie sądziła, że ucieczka aż tak ją zmęczy. Postanowiła, że rano z nim porozmawia.

komentarzy: 0Piątek, 03 września 2010, 19:08

Shaana

W powietrzu unosił się zapach morza, napływający przez otwarte okno i dojrzałych winogron, będących przysmakiem jej Pana. Vhailor od ponad roku był Panem tego świata. Masując jego plecy mogła pogrążyć się w myślach. Nie potrzebował masażu, lubił to. Była Drowem czystej krwi o idealnie czarnej skórze i białych włosach. Wciąż nosiła na przegubach bransolety z diwmerytu, mimo iż przypominały tamte czasy, lubiła je i pomagały się kontrolować. To dzięki nim nikt nie miał pojęcia o jej mocy. Była ulubienicą Vhailora, a zarazem trzecim dzieckiem jednego z wysokich rodów w kraju Drowów. Zgodnie z tradycją, gdy tylko nauczyła się chodzić, postawiono ją w środku kręgu z przedmiotów symbolizujących „ścieżkę” swego życia. Miała wybrać jeden z nich. Tylko na nie spojrzała, a zaraz potem podbiegła do jednego z wynajętych do ochrony domu strażników i odpięła od jego pasa lamię, kolczasty bicz. Celowo nie położono w kręgu żadnych symboli władzy. Jako trzecie dziecko nie miała do niej prawa, a wybrała przedmiot uważany za symbol władcy sprytnego i silnego zarazem, który dążąc do celu nie przebiera w środkach. Długo myślano co z nią zrobić, aż w końcu, gdy skończyła czternaście lat, sprzedano ją w tajemnicy jakiemuś człowiekowi, a ogłoszono, że zmarła na jakąś tajemniczą chorobę.

Tak trafiła do zamtruza w kraju ludzi. Właściciel kazał wszystkim dziewczynom, bez wyjątku, nosić biżuterię z diwmerytu, który nie pozwala na użycie Mocy temu, kto ją posiada.

Po jakiś piętnastu latach pojawił się Vhailor. Wyglądał zwyczajnie, a płacił złotem, więc mógł mieć każdą z dziewcząt w przybytku, ale wybrał ją. Był z tych nielicznych, którzy mówili do niej po imieniu, Shaana. Chodził do niej regularnie, raz w tygodniu, a wychodząc zawsze powtarzał, że kiedyś ją stamtąd zabierze. Któregoś ranka, po wyjątkowo „pracowitej” nocy wracała do siebie w towarzystwie innej dziewczyny. Miały pokoje obok siebie. Tamta, nie wiedzieć czemu, przed wejściem do pokoju dopiero zauważyła brak bransoletek. Już miała iść to zgłosić właścicielowi, gdy nagle upadła. Była wieszczką. Powiedziała jej o Vhailorze. Że jego ojcem jest ten, którego imienia boją się wypowiadać najpotężniejsi nawet arcykapłani. Że będzie on władcą tego świata, ale dla niego to za mało i ta chciwość go zgubi. Vhailor zginie z ręki paladynki Wszechojca w następnym świecie.

Jeszcze zanim dziewczyna ocknęła się z transu, Shaana poderżnęła jej gardło. Właścicielowi powiedziała, że to było w obronie własnej, że dziewczyna zaatakowała ją magią umysłu, zdolność niezwykle rzadka. A tłumaczyła brak fizycznych obrażeń zaatakowanej.

Przepowiednia się spełniała, Vhailor był panem tego świata, a ona jego faworytą. Tyle, że on chciał więcej. Chciał podbić kolejny świat, korzystając ze starożytnej bramy. Lecz ta była zamknięta od drugiej strony. Z pomocą magii wykorzystał bramę jako telepatyczny kierunkowskaz. Szybko znalazł tam sprzymierzeńców, a raczej wyznawców, którzy na jego cześć utworzyli sektę. Świat, gdzie magia była zakazana od tak dawna, że już nikt nie pamiętał jak jej używać. Vhailor musiał uczyć wyznawców jak mają go wezwać i paru innych rzeczy. Dowiedzieli się nawet co jest kluczem do portalu. Krew kobiety nie ochrzczonej, czyli nie należącej do żadnego z licznych bogów, dziewica. O dziwo udało się „Wiernym” znaleźć taką dziewczynę, która wedle starego prawa za niedługo stanie się kobietą, w dniu swych szesnastych urodzin. Pozostało jeszcze dwanaście dni. Armia rozbiła obóz przed portalem. Vhailor chciał wykorzystać silnego magicznie wyznawcę do stworzenia osobistego portalu, by pan mógł osobiście dopilnować wszystkiego. Niestety sługa zginął. Tylko magią można było dostrzec ślad wydarzenia, by wytłumaczyć przyczynę zgonu. Widmo pokazało tylko jeden precyzyjny cios w serce, zadany przez człowieka z ogonem. Żadnych innych szczegółów. Po 24 godzinach widmo było tak słabe, że nawet nie ma pewności co do płci zabójcy.

Człowiek z ogonem, w świecie gdzie magia została zapomniana. To nie wróży nic dobrego, Ale przecież ona tu zostanie, by przypilnować wszystkiego do zakończenia wojny po drugiej stronie bramy. A w tamtym świecie nie ma paladynów, nawet wśród kapłanów rzadko się zdarza by któryś miał Moc, więc nie musi się martwić pewnie przepowiednia o następnym świecie mówiła. Szkoda.

komentarzy: 0Środa, 01 września 2010, 19:59

Rozmowa

U szczytu stołu siedział mężczyzna około pięćdziesiątki, po swojej prawej stronie miał dziewczynę, która przywiozła ich gościa, a naprzeciw niej chłopak mniej więcej w tym samym wieku. Wszyscy troje mieli kruczoczarne włosy i podobne rysy twarzy. Pierwszy odezwał się chłopak z wyraźną drwiną w głosie:

- oto i nasz Herakles, serdecznie witamy pana Herosa

- Hrabia Feanil Payne de Wett syn Solmi Siódmej Wielkiej Mistrzyni Gildii i uczeń Czarnego Tulipana – odpowiedział nowo przybyły uprzejmie a jednocześnie z najbardziej jadowitym ze swoich uśmiechów.

- Witamy serdecznie w naszych skromnych progach. Proszę usiąść – w głosie starszego mężczyzny była jedynie uprzejmość – przepraszam, za mojego syna, jestem Julian, tutejszy Mistrz Cieni.

Feanil skłonił się Mistrzowi i usiadł naprzeciw niego. Gdy tylko to uczynił wniesiono potrawy, ale raczej nikt za bardzo nie zwracał uwagi na to co ma na talerzu.

- Czegoś nie rozumiem – powiedział między kęsami nie siląc się nawet na owijanie w bawełnę – kazano mi zabić tylko jednego człowieka, a panienka twierdzi, że nie zakończyłem jeszcze swojej misji.

- udaremniłeś tylko próbę otwarcia portalu, a tamten obawiam się chce zapanować nad naszym światem i raczej na tym nie poprzestanie.

- kim on jest?

- sądziłem, że ty nam to wyjaśnisz. Jego wyznawcy są ostatnio bardzo aktywni. Możliwe, że przez nich będziemy mieli jeszcze dużo pracy

- Jest sposób aby się czegoś dowiedzieć, ale nie chcemy chyba zmarnować tak wyśmienitego posiłku – odpowiedział po chwili zastanowienia – podejrzewam, że znacie się na telepatii

- nie jest nam obca... jedna myśl nie daje mi spokoju – Julian rzucił krótkie spojrzenie kobiecie – jak dotąd nikt nie zdołał się oprzeć urokowi Sylwii.

Feanil przyjrzał się dziewczynie. Była zjawiskowo piękna, z powodzeniem mogłaby pozować do portretu, czy rzeźby jednej z wielu bogiń piękności. Gdy o tym pomyślał, przyznał, że głos ma równie piękny, ale od wszystkich ślicznotek jakie widział różniły ją oczy. Widział w nich niezwykły spryt nad wyraz inteligentnej osoby. Odpowiedział jakby od niechcenia:

- możliwe, że to przez moje niezwykłe pochodzenie.

- jest pan pewien? - tak miała zdecydowanie piękny głos – nie ma nikogo

- wolałbym nie poruszać tego tematu – odparł spuszczając wzrok. Chłopak chciał coś powiedzieć, ale pod spojrzeniem Mistrza zrezygnował, a ten z kolei skierował rozmowę na bardziej neutralny grunt, pytając jak ten świat się Feanilowi podoba i o wcześniejsze przygody.

 

Po posiłku Mistrz zaprosił gościa do biblioteki. Usiedli w fotelach naprzeciw siebie. Feanil chciał mieć to jak najprędzej za sobą, więc zamknął oczy i wysłał telepatyczne wezwanie do swego ojca. Czuł w umyśle obecność Mistrza, ale ten nie zamierzał się wtrącać, a jedynie obserwować. W końcu poczuł to przyjemne łaskotanie u podstawy czaszki, które tak dobrze znał. Poddał się doznaniu, które zaniosło jego umysł do spalonej kotlinki w lesie mającej kształt idealnej półkuli jak po wybuchu, w środku której rósł kasztanowiec. Ojciec siedział u stóp drzewa w towarzystwie kobiety. Nie miała na sobie prostej brązowej sukni ani żelaznej maski i kolczastego kołnierza, po którym rozpoznawano Panią Bólu. Feanil był jednym z nielicznych, którzy znali jej prawdziwą tożsamość. Tej która wygnała boga portali z Sigil i od tamtej pory nie ma tam żadnego bóstwa. To ona pierwsza przemówiła:

- Witamy Mistrzu Julianie, Żelazna przesyła pozdrowienia

Mężczyzna skinął tylko głową próbując nie gapić się na bliznę biegnącą przez pół twarzy kobiety o włosach w kolorze słomy. Westchnęła cicho, a Mistrz zaczął gapić się w najbliższy kamień

- Po co mnie wezwałeś? - Skrzydlata istota z ruchliwym ogonem przerwała milczenie

- Odnoszę wrażenie, że ta misja dopiero się zaczęła, na co wskazuje choćby zainteresowanie Cieni. Chcę wiedzieć kim jest przeciwnik.

- Jego imię jest zbędne – Odpowiedziała kobieta – ma rodziców podobnych do twoich, tyle, że jego ojciec wywodzi się z Tartaru, a jego imienia nawet jego wyznawcy boją się wymawiać

- słowem potężny, ale wciąż człowiek.

- nie lekceważ go synu. W przeciwieństwie do ciebie, on przejął kontrolę nad światem, w którym się urodził, a teraz ma ochotę na następny.

- Dlaczego akurat ten?

- Przecież wiesz o bramach Fen – Pani nie ukrywała irytacji – bezpośrednie połączenie jest jednak zablokowane

- Jak to?

- Sam chciałbym wiedzieć – Ojciec zapatrzył się w niebo – wiemy, że ten, że tak powiem heros, uważa się za boską istotę i ma swoich wyznawców a oni z jakiś powodów mają więźnia

- Więźnia? – Julian wtrącił się do rozmowy

- Dziewczyna, bardzo atrakcyjna dla bóstw, ponieważ do żadnego z nich nie należy, nie „ochrzczono” jej nawet w imię żadnego z istniejących bóstw.

- Niech zgadnę dziewczyna jest dziewicą

- Skąd możecie to wiedzieć panie Julianie? - jego słowa zaciekawiły boga

- Słyszałem kiedyś, że krew takiej kobiety jest wyjątkowym składnikiem alchemicznym o wielkiej sile, ile ona ma lat?

- za dwa tygodnie skończy szesnaście – w głosie kobiety było wyraźne zdenerwowanie

- więc mamy niewiele czasu, kiedyś w tym wieku dziewczyna stawała się kobietą.

- gdzie oni są?

- Ukrywają się w lasach pod Paryżem – odpowiedział im dźwięczny męski głos. Na skraju kotliny stał długowłosy blondyn wsparty na młocie

- Tak obserwują nas inni bogowie – odpowiedział Feanil na nie zadane pytanie swojego towarzysza – Ale widać jedynie Thor uważa krycie się w krzakach za poniżej boskiej godności

- Te dziewczę interesuje nas wszystkich, a ty wydajesz się odpowiednim do tego zadania. Wystarczy nadać jej imię.

- Nie jest jedyną tego rodzaju – To nie było pytanie

- Tylko jedna z nich nie interesuje wroga. Za pół roku ma dwudzieste drugie urodziny i nie jest dziewicą

- Dobra tatku, postaram się uwolnić, tę co złapali, a jak się uda podasz mi lokalizację następnej. Na nich się skupimy, bo coś mi si wydaje, że bardzo to ważne

- Możesz potrzebować pomocy – Julian patrzył mu w oczy

- jedynie transportu i kryjówek dla odnalezionych. - Feanil powstrzymał pytanie gestem i dodał – Niech Ciri opowie Ci o Czernym Tulipanie. I Pozdrówcie moich przyjaciół. Wszystkich. Jak dla mnie Byakuya jest jednym z nich.

Ostatnie słowa kierował do swego ojca, na co ten zazgrzytał zębami.

Feanil wrócił do biblioteki, ale siedzący naprzeciw niego wciąż miał zamknięte oczy. W fotelu obok siedziała dziewczyna. „więc nie tylko bogowie nas podsłuchują” - pomyślał. Stanął za nią i kładąc ostrożnie dłoń na jej ramieniu szepną do ucha:

- nawet nie wiesz jak bardzo różnisz się od mojej Soifon.

Z premedytacją powiedział to właśnie w ten sposób kładąc nacisk na przedostatnie słowo, mimo iż jak dotąd nawet słowa nie zamienił z kapitanem drugiego oddziału. Ale jak dotąd to właśnie ona była kobietą, która sprawiała, że pociły mu się dłonie, zapominał języka w gębie a serce waliło jakby chciało wyskoczyć z piersi. I był pewien, że ojciec chętnie utrze nosa wścibskiej dziewczynie. Za oknami była już noc, więc postanowił wziąć przykład ze zwykłych ludzi i odpocząć choć trochę przed podróżą do Paryża. Czas naglił, więc spodziewał się, że wyruszą z samego rana.

komentarzy: 0Środa, 01 września 2010, 19:58

Cień

Następnego wieczoru Feanil posłał jednego węża, by sprawdzić co dzieje się w mieszkaniu. Gad dotarł na miejsce w momencie, dy starsza kobieta opuszczała mieszkanie ze łzami w oczach w towarzystwie swojej córki. Przynajmniej takie odniósł wrażenie. Dopiero około pierwszej w nocy, za pośrednictwem węża poczuł, że coś się dzieje. Nie było wątpliwości, istota, z którą kontaktował się mężczyzna, sama uruchomiła połączenie. Czuł wściekłość demona, którego nie posłuchano, ale tylko przez moment. Payne domyślił się, że ten poczuł zapach śmierci swego sługi, oni podobno tak potrafią, ale skoro tak... Odwołał gada w ostatniej chwili. Demon korzystał ze swych zdolności szukając czyjejkolwiek obecności w mieszkaniu. Z pewnością zdołał wykryć małe stworzonko ukryte w kuchni, a jego nagłe zniknięcie z pewnością podpowiedziało mu, że ktoś je kontroluje. Na szczęście dla skrytobójcy takie portale dają bardzo mały zasięg poszukiwań, tamten mógł sprawdzić jedynie kilka pobliskich budynków, dlatego też chłopak postanowił trzymać się z dala od tamtego osiedla, przynajmniej na razie.

Następnego popołudnia spacerował po deptaku, bez wyraźnego celu wciąż o tym myśląc gdy dotarły do niego słowa jakiegoś dzieciaka wymawiane półgłosem:

- ten facet to pewnie ninja

- głupi jesteś oni nie istnieją przecież

- to czemu tak się ubiera? - na te słowa Feanil odwrócił się do jakiejś witryny sklepowej. Miał na sobie zwykłe spodnie, wysokie budy i swój ulubiony czarny bezrękawnik z kapturem. Komplet który kupił jakiś czas temu w świecie żywych za namową Jūshirō, który czasem go odwiedzał w Rukongai. W tej chwili poczuł jak bardzo mu brak przyjaciela, Jednego z trzech kapitanów którzy nie tylko go tolerowali, ale nawet lubili. Spojrzenie Payne'a zatrzymało się się na jego prawej dłoni i dwóch pierścieniach, które nosił. Pamiątkach po matce i swoim dziedzictwie. Zaśmiał się w duchu na myśl, że on, spadkobierca hrabiego de Wett, syn siódmej Wielkiej Mistrzyni Gildii Złodziei, a zarazem skrytobójca został nazwany właśnie ninja. Dzieciak jakby poszedł za nim wzrokiem bo powiedział:

- Ninja nie noszą takich pierścieni

- Skąd możesz wiedzieć? A poza tym ma symbol konohy na ramieniu.

- każdy może mieć taki tatuaż, a konoha nosili opaski. - rozmowa dzieciaków przypomniała okoliczności powstania tatuażu.

 

Wciąż doskonale pamiętał starszego mężczyznę zwanego przez wszystkich Opłakującym Drzewa. Każdego, kto zatrzymał się w pobliżu jego ulubionego miejsca, przy uschniętej akacji, zagadywał. Opowiadał o drzewach, ich pięknie i licznych zaletach, a także o ich ciężkim losie w wielkich miastach podobnych do Sigil, gdzie prawie nic nie rosło. Prosił też każdego rozmówcę by powiedział mu, co o tym myśli. Prawie każdy podzielał smutek Opłakującego.

Feanila rozmowa z nim, tak go poruszyła, że chciał zrobić coś więcej niż tylko wyrazić swój żal. Zwierzył się z tej troski Kriście, a ona zamiast się z niego śmiać, tak jak pewnie większość by zrobiła, okazała swe zrozumienie pytając co zamierza. Powiedział jej wtedy, że zastanawiał się nad odwiedzeniem Salonu Tatuażu Upadłego, ale jego dzieła są drogie. Po chwili zastanowienia, kobieta zawołała jednego ze swoich ludzi. Greg był niewiele starszym od Feanila rudzielcem o sprytnych oczach. Krista zapytał go, czy może pomóc Feanilowi. Zrobił to z przyjemnością i to za darmo. Wykonanie tego niewielkiego symbolu liścia troszeczkę bolało, ale było warto. Każdy w Sigil wiedział co ten tatuaż oznacza, nie musiał nic wyjaśniać, a ludzie częściej uśmiechali się do niego. Opłakujący popłakał się ze szczęścia, gdy to zobaczył. Nawet raz śniła się Feanilowi Pani Bólu i pochwaliła go za ten gest.

 

Wspomnienie w rzeczywistym czasie trwało zaledwie kilka sekund ale i tak chciał spojrzeć na kłócące się dzieciaki w odbiciu szyby. Mniejszy milczał przez chwilę przyglądając się Feanilowi szukając kolejnego punktu zaczepienia by w końcu powiedzieć:

- w takim razie po co mu sztylet? Nikt nie nosi takiej broni? - powiedział z uśmiechem, ale wyższy odparł:

- ninja mają kunai, albo miecze, a nie takie dziwne sztylety

- właśnie, dziwny, dlatego pewnie ma go ninja, bo ma jakąś zdolność – upierał się malec, ale Payne nie patrzył już na odbicie dzieciaków. Patrzył w oczy wysokiego mężczyzny gdzieś około dwudziestki w oliwkowozielonym garniturze, który zaczął mu się przyglądać, gdy dzieci tylko wspomniały o sztylecie. Mężczyzna bawił się pierścieniem w kształcie demonicznej czaszki.

- Na nas już czas – ciepły kobiecy głos odwrócił jego uwagę. Obok Feanila, oparta o szybę stała kobieta mniej więcej w jego wieku o długich czarnych włosach. Szybkim ruchem podniosła i natychmiast opuściła z powrotem prawy rękaw, ale to wystarczyło by rozpoznał symbol Cieni. Wąż opleciony wokół sztyletu, tak że klejnot wieńczący rękojeść był jednocześnie okiem gada.

- Czego chcą ode mnie Kształtujący Sfery?

- żebyś wypełnił swoją misję do końca. Śmierć tamtego opóźni tylko jego działania, ale on tak łatwo nie zrezygnuje. Ten w garniturze miał cię tylko znaleźć. Twoja broń może nie ma w sobie już tej techniki, ale został po niej ślad i on o tym wie. - to mówiąc odepchnęła się plecami od szyby i ruszyła w dół ulicy. Chłopak westchnął, ale poszedł za nią. Zaprowadziła go do samochodu w bocznej uliczce i ruszyła ledwie zamknął drzwiczki po stronie pasażera.

- Skąd wiesz kim jestem?

- Mamy swoje sposoby komunikacji, poprzez Wieloświat, a my tutaj jesteśmy komuś winni przysługę. - odpowiedziała pokonując kolejny zakręt

- Krista... wykorzystująca złodziejskie prawo przysługi, to pewnie jego sprawka. Ciekawe co dla niej zrobił

- nie wiem o czym mówisz – starała się by jej głos był obojętny, ale i tak wiedział, że rozbudził jej ciekawość więc wyjaśnił:

- Gildia złodziei wyświadczyć może Ci przysługę, jeżeli o to poprosisz, ale w zamian oczekuje tego samego. Tyle, że jeżeli im potem odmówisz potraktują Cię jak zdrajcę. Nic miłego... - przerwał na dłuższą chwilę, ale odpowiedziało mu milczenie więc kontynuował – Podejrzewam, że przysłała cię Żelazna Katrina, u której macie dług. W ten sposób ona spłaca go wobec mojego ojca.

- a twój ojciec jest mistrzem gildii – zaciekawił ją, ale z odpowiedzią zaczekał, aż zatrzyma się na światłach

- nie. On jest ich bogiem, a ja kimś w rodzaju Heraklesa – na te słowa ruszyła troszeczkę zbyt gwałtownie ze skrzyżowania, ale szybko się opanowała i zapytała:

- więc po co mnie posłano po ciebie?

- jestem śmiertelny, tak jak moja matka. To ona była Wielkim Mistrzem Gildii.

- Ale bogowie nie mają dostępu do Sigil. Pani Bólu by się wściekła

- też mnie to zastanawia. Pewnie jakieś wyjątkowe okoliczności.

Samochód zatrzymał się przed dworkiem szlacheckim na uboczu, to oznaczało koniec rozmowy. Dziewczyna zaprowadziła go do jednego z pokoi i kazała się rozgościć, ale przez moment zawahała się czy wyjść. Nie przejmując się jej obecnością rozebrał się i poszedł wziąć prysznic. Wyczuł jej zdumienie na widok blizn, które tyko potwierdzały jego wcześniejsze słowa.

Gdy wrócił do pokoju już jej nie było. Postanowił w pełni korzystać z ich gościnności i wybrał świeże ubranie z szafy. Czekały go dwie rozmowy, na które nie miał ochoty. Był pewien, że tutejszy Mistrz Cieni będzie chciał się dowiedzieć jak najwięcej i musi też rozmówić się z ojcem. Ale w tej chwili nie miał na to najmniejszej ochoty. Usiadł w fotelu i zamknął oczy myślami wracają do Seretei. I do Niej. Jak dotąd nawet z nią nie rozmawiał. Widział ją tylko kilka razy, ale od jakiegoś czasu często o Niej myślał i serce mu biło wtedy szybciej. Wezwano go do Sigil akurat gdy postanowił się z nią wreszcie zobaczyć, zamienić chociaż kilka słów.

Z zamyślenia wyrwało go ciche pukanie do drzwi pokoju i jedno zdanie które zza nich usłyszał:

- Mistrz oczekuje Pana na kolacji

- Zaraz przyjdę – odpowiedział po chwili, a w myślach dodał: „obowiązki wzywają” Powoli wstał z fotela i podszedł do drzwi. Służka wciąż czekała, by zaprowadzić go do jadalni.

komentarzy: 0Środa, 01 września 2010, 19:56

Zadanie

Było tuż przed świtem, więc nikt nie zauważył krótkiego błysku otwieranego portalu, który równie szybko zniknął. Przybysz splunął przez ramię. Jego lewa nogawka poruszyła się jakby miał węża owiniętego wokół nogi. Widział że ten dzień w końcu nadejdzie, że będzie musiał wrócić, ale nie spodziewał się, że wyślą go na drugi koniec Wieloświata. Dotąd nie zdawał sobie sprawy jak bardzo polubił swoją chatkę w zachodnim Rukongai. Ale musiał się pojawić ten... posłaniec z Sigil. „Pani wzywa Cię zabójco” - wspomnienie rebusu nad głową Dabusa paliło w oczy. Musiał oczywiście wyjaśnić Kapitanowi Dowódcy kim są słudzy Pani i w jaki sposób się porozumiewają, a co za tym idzie wyjaśnić znaczenie pojawiających się symboli.

Pani Bólu. Dzięki niej tuż po powrocie został samodzielnym skoczkiem, już nikt nie musi dla niego otwierać portali między światami, ale w zamian musi wykonać jedno małe zadanie. Z opisu bardzo proste, ot znaleźć człowieka, który próbuje zachwiać równowagę w jednym ze światów i zlikwidować go. Ale Payne wiedział dobrze, że nic nie jest proste, zwłaszcza, jeżeli cel eksperymentuje z magią. Cel mieszkał w mieście o dziwnie brzmiącej nazwie Chorzów..

Feanil westchnął zeskoczył z wiaduktu. To miejsce raczej nie różniło się za bardzo od miasta Kurosakiego. Skręcił w lewo i szedł jakiś czas przed siebie z rękami w kieszeniach. Nie lubił ukrywać swojego ogona, ale powiedziano mu, że tutaj to będzie konieczne. Przypomniała mu się jego pierwsza walka w Seretei. O mało wtedy nie zginął, ale przynajmniej ostrzegł Shinigami przed Baatezu. I ten człowiek, o tak podobnie brzmiącym nazwisku do jego własnego, Pain. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło.

Zatrzymał się przy sporym i starym budynku z szyldem „NA SPRZEDAŻ”. Obszedł go dokoła i wszedł od tyłu. W końcu znalazł jakiś stary fotel, gdzie usiadł i zamknął oczy. Wolał być w pełni sił.

Obudziło go burczenie własnego żołądka. Całe szczęście, że dano mu na tę „wyprawę” trochę tutejszych pieniędzy. Bar znalazł dość szybko, a po posiłku postanowił zwiedzić trochę miasto. Do wieczora raczej nie miał nic lepszego do roboty. Trafił na ulicę, gdzie jeździły tyko tramwaje, a na parterze każdej z kamienic po obu stronach był jakiś sklep czy zakład. Nic nie wskazywało na obecność magii w tym świecie. Podczas spaceru ani razu nie poczuł jej charakterystycznego zapachu podobnego do spalonej ziemi i jabłek, który tak dobrze poznał w Sigil, pachniały tak również Kidou Shinigamich, ale w tym mieście wyraźnie tego zapachu brakowało. Nie czując nawet nikłego śladu magii w powietrzu poczuł się trochę nieswojo. „Jeszcze mu się nie udało” - pomyślał - „albo jestem za daleko, albo używa magii która inaczej pachnie”. W kamienicy nad jakimś barem były puste okna. Payne wszedł na klatkę. Drzwi mieszkania były otwarte, a w środku całkiem pusto. Powoli zapadał zmierzch. Feanil zamknął mieszkanie i usiadł na podłodze. Zamknął oczy, by po chwili wokół niego pojawiła się dwudziestka półprzeźroczystych węży. Jak zwykle w myślach wydał rozkaz, szukajcie magii, czy jakiegokolwiek zachwiania reiatsu. I jak zawsze gady zareagowały od razu natychmiast znikając w podłodze. Połączony z nimi telepatycznie, szukał tak przez całą noc, bez rezultatu. W końcu w godzinę po świcie zasnął wyczerpany tam gdzie siedział.

Z mieszkania wychodził tylko coś zjeść, by w dzień odpoczywać, a nocą kontynuować poszukiwania.

Po czwartym wieczorze też nie spodziewał się efektów, ale księżyc był w nowiu, a nawet węże z reiatsu szybciej poruszają się po powierzchni niż w ziemi. Dokładnie o północy nosem węża poczuł znajomy zapach, niewyraźny, ale był pewien, że to magia, czuł że to nie wróży nic dobrego. Skierował gada w kierunku zapachu. Do dość bogato urządzonego mieszkania kilka ulic dalej na ostatnim piętrze wysokiego budynku. Wąż wystawił ze ściany trójkątną głowę na tyle by widzieć wnętrze i zastygł w bezruchu. Plecami do niego klęczał jakiś półnagi mężczyzna przed kręgiem ułożonym z wnętrzności. Nie było widać nikogo innego, ale czuło się czyjąś obecność.

- Czego ode mnie chcesz śmiertelniku? - głos z pewnością należał do niewidocznego, głos przyprawiający o lodowaty dreszcz na plecach mimo miejscowego języka.

- Służyć Ci Panie – mimo słyszalnej w nim czci, głos mężczyzny się trząsł

- Służyć? Czym ty mi możesz służyć?

- Zrobię wszystko, co rozkażesz Panie

- Hmm... i pewnie oczekujesz mej łaski i wdzięczności

- Ależ Panie...

- Tylko mnie okłamywać nie próbuj! Wszyscy jesteście tacy sami. Mów!

- Jedynie młodość i zdrowie odzyskać Panie – po tych przepełnionych strachem słowach zapadła dłuższa chwila milczenia. Ciszę zakłócał jedyne ścienny zegar

- Niech Ci będzie, dostaniesz nawet wieczną młodość, ale pod pewnym warunkiem... Tym srebrnym sztyletem utoczysz krwi, póki ofiara nie wyzionie ducha a tą krwią namalujesz krąg zamiast tych paskudnych jelit. Ofiarą ma być pierwsza kobieta, która wejdzie do tego pokoju.

Po tych słowach obecność zniknęła, ale Feanil dopiero po pięciu minutach odwołał węże. Jego zwiadowcy potrzebowali bardzo mało reiatsu, toteż trudno ich było wykryć, ale wolał nie ryzykować, nawet jeżeli demona tam nie było. A był pewien, że ów mężczyzna rozmawiał z demonem, Nie zdołał go przywołać, jedynie rozmawiał z „panem”, więc ten nie mógł sprawdzić czy w pokoju jest ktoś jeszcze. Payne zaklął w duchu, ale nie miał wyboru jak użyć tej techniki. Wyszedł na dwór, nie musiał nawet specjalnie szukać zaczepki, kilkunastu młodych ludzi wyraźnie szukało guza. Gdy tylko podeszli bliżej, koniec ogona ukrytego w nogawce zaświecił czerwienią, a przeciwnicy powoli słabnęli. Nie zabił żadnego z nich. Przestawał czerpać ich reiatsu gdy tracili przytomność. To go wzmocniło bardziej niż oczekiwał. Ruszył najszybciej jak mógł w stronę wieżowca. W pobliżu budynku nie było nikogo, więc bez obaw teleportował się na balkon mieszkania. Miał dziś szczęście, drzwi były uchylone. Kiedy wszedł mężczyzny nie było a pokój był wysprzątany. Zaczekał w przedpokoju. Gospodarz zauważył go dopiero po zamknięciu drzwi z łazienki, lecz było za późno. Zanim zdołał otworzyć usta dwa palce Feanila wzmocnione reiatsu uderzyły go w pierś. „Kan'you Semeiten. Klejnot” - powiedział w myślach skrytobójca. Mężczyzna osunął się na ziemię z pękniętym sercem. Dopiero wtedy Payne usłyszał spokojny oddech śpiącej osoby. W łóżku w pokoju obok spała kobieta, na oko jakieś siedemdziesiąt lat, podobnie jak martwy mąż. W ręce trzymała niewielką książkę w czarnej oprawie. Nie było tytułu, jedynie złoty krzyż z na grzbiecie książki. Feanil miał jakieś dziwne przeczucie, że to ona miała być ofiarą.

Najciszej jak potrafił podniósł ciało i usadowił je w fotelu przy balkonie. Wrócił do mieszkania na ulicy pełnej sklepów tą samą drogą. Coś mu mówiło, że to dopiero początek.

komentarzy: 0Środa, 01 września 2010, 19:54

kolejna historyjka

Kolejny mój Twór tyczy się mojej postaci jaka miałem na PBF Bleach Legends, gdzie przestałem grać po kolejnej zmianie systemu i wynikającej z tego przeróbce postaci.... Wybaczcie, ale nie przepadam za zbyt częstymi zmianami, więc tamto forum sobie odpuściłem

komentarzy: 0Środa, 01 września 2010, 19:53

Tagi

Nie znaleziono tagów

Archiwum wpisów

Moje statystyki

Na gram.pl jestem już: 4438 dni

Moich wejść na gram.pl: 388 (#4027)

Napisanych postów i komentarzy: 0 (#1920)

Napisanych recenzji: 0

Wpisów na blogu: 85 (#148)

Liczba odwiedzin mojego gramsajta: 1 232 (#1024)

Więcej o mnie

Krótko o mnie:...

Moje tagi:fantasy, fantasy i rpg, opowiadania, opowiastki

Urodziny:za 22 dni (14 lipca 1981)

Moje motto:nie ilość a jakość, nie szybko a dostojnie tajemniczo z klasą z wdziękiem i spokojnie

Obecny stan:

Posiadany sprzęt:PC

XFire

Ostatnie odwiedziny

Moje Avki

kreskowka.pl:

 

 Bleach legends pbf

Nie gram na BL już jakiś czas, ale avek może się jeszcze przydać:)

Onirisme:

 

Wyspa Chimera:

Po drugiej stronie krzywego zwierciadła:

 

 

 District 13:

 

Dystopia rpg:

 

 

 

 

 

 


 

 

 

Prywatne wiadomości

Zaloguj się by wysyłać wiadomości

Strona prezentuje indywidualną opinię użytkownika. gram.pl nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczone przez użytkowników.
© gram.pl

An error occurred on the server when processing the URL. Please contact the system administrator.

If you are the system administrator please click here to find out more about this error.