avatar

Feanil Użytkownik gram.pl (Obywatel) ja.gram.pl/Feanil

Mój blog (Luty 2008)

SARAH

Dokoła panowała jeszcze cisza, gdy dziewczyna usiadła na łóżku. Zawsze wstawała o tej samej porze. Nawet w Hogwarcie. Odruchowo spojrzała na zegar, za kwadrans szósta. Z zegara jej wzrok skierował się na biurko. Stała na nim piramidka z masy perłowej na złotej podstawce, z wierzchołkiem skierowanym w dół. Przypomniał się jej ostatni dzień w szkole. Poszła wtedy do Snape'a z pożegnalnym prezentem. Mimo, że była w Rawenclawie, bardzo go lubiła. Nie, to było coś więcej, dlatego dała mu ten wisiorek. Okrągły, złoty z dwoma wężami z masy perłowej. Czarnym i białym. Każdy połykał ogon drugiego, a ułożone były w leżącą ósemkę, jej ulubiony symbol. Symbol nieskończoności. Ale zamiast wyznać swe uczucia powiedziała wtedy: „To na pamiątkę, żeby Panu przypominało, że ma Pan kilku oddanych uczniów, którzy doceniają Pański wysiłek” Pamiętała jak głos jej się wtedy trząsł. On zaś uśmiechnął się, po raz pierwszy widziała taki uśmiech na jego twarzy, bez cienia typowej złośliwości, na prawdę się wtedy ucieszył. A potem powiedział tylko ciche „dziękuję” i odszedł. Założył go wieczorem. To nie był zwykły medalion. To był amulet łączności, zwany też Okiem. Sama go zrobiła w poprzednie wakacje. Skontaktowała się przez internet z Ateną, programem komputerowym stworzonym przez 14 pułk Straży. Dumbledore opowiedział jej o Annaer, gdy była w piątej klasie. Napisała wtedy do Parcivala, dyrektora tamtejszej szkoły magii, a on w odpowiedzi opisał Atenę, program zarządzający siecią na archipelagu. Atena przysłała jej mailem, instrukcję, jak zrobić kilka pożytecznych artefaktów wykorzystujących zdolności półsmoka. Oko jest jednym z nich. Ukryta w ozdobie część półsmoka, połączona z piramidą, dzięki której dany półsmok może obserwować tego, kto nosi klejnot. Jakby Snape miał na szyi zawieszoną kamerę szpiegowską z mikrofonem. Teraz połączenie było wyłączone, ale nie miała zamiaru odwracać piramidy, nie dzisiaj. Wstała z łóżka i podeszła do biurka. Obok piramidy leżał nowiutki Desert Eagle na kawałku pergaminu. Odsunęła pistolet, by ponownie przeczytać list. Był od jej starszej siostry, Elory. Spotkała ona ich młodszego brata. Wojtek jest z Polski, ma piętnaście lat i sześcioletnią siostrzyczkę Minako. Wszyscy używają nazwiska ojca, choć to trochę dziwne, bo przecież skrzywdził ich matki, ale jej nie przeszkadzało. Opisywała głównie archipelag i rodzeństwo, na koniec zapraszając do siebie. List ten przyniósł jastrząb poprzedniego wieczoru. Zaraz po jego przeczytaniu, napisała do Ateny. Amistred jest poszukwany za pożarcie księżnej Minas Alqua i gwałt na jej przyjaciółce, matce Elory. Córka połkniętej miała wtedy 12 lat. Ale szybko oswoiła się z rolą następczyni tronu.

Właśnie skończyła czytać, gdy rozległ się głos trąbki. W koszarach rozpoczął się nowy dzień. Matka zawołała ją na śniadanie. Była już w mundurze, porucznik Jane Stone, pilot Harriera. „Tym razem to kombinezon, więc nie ma na dziś żadnych lotów.” - pomyślała, po czym przywitała sie z matką. Porucznik Stone była instruktorem. W czwartek do ich jednostki przyjechało trzech ostatnich żółtodziobów. Spotkały ich w miasteczku, w pubie w piątkowy wieczór. Próbowali je poderwać, a jakoś nikt ze stałych klientów nie miał ochoty mówić „bohaterom” kim są owe panie. Jane miała pierwsze spotkanie z nową grupą o 8:00. Zegar wskazywał kwadrans po szóstej, gdy porucznik wychodziła z domu. „Najpierw odprawa, a potem niespodzianka” - przemknęło przez głowę Sary w drodze do łazienki. Jak zwykle, będąc w domu, w kwaterach oficerskich, wzięła długi prysznic, stopniowo zakręcając ciepłą wodę. Po kąpieli włożyła czarne sztruksy przylegające do ciała, ale nie obcisłe, czerwoną bluzę z pagonami i kołnierzykiem o podobnych właściwościach i wysokie wojskowe buty. Po krótkim namyśle spięła sięgające pasa czerwone włosy w kucyk. Do prawego uda przypięła dwoma paskami wąski futerał z czarnej skóry, zrobiony na zamówienie, który przyjaciele mamy przezywali kaburą na różdżkę. Na lewym znalazł się pistolet. Przed wyjściem założyła okulary słoneczne i czarną czapkę z daszkiem i białym napisem SNAJPER. Była częstym gościem na strzelnicy. Trafiała za każdym razem, nawet najdalszy cel bez lunety. Przezywali ją snajperem odkąd w wieku ośmiu lat trafiła w cel z 1 km przy silnym wietrze. Wtedy też dostała tę czapkę, która wreszcie nie była za duża. Wsiadła na motor i po chwili zastanowienia, skierowała się w stronę hangarów. Było w pół do ósmej, ale sierżant już czekał przed wejściem. Predator, jak go nazywali, gdyż był potwornie wymagający uśmiechnął się na widok żółtego crossa Yamaha.

- dzień dobry sierżancie. - odwzajemniła uśmiech

- czołem, czyżbyś zamierzała powitać nowych pilotów?

- może... ktoś już przyszedł?

- właśnie idą – żołnierz wskazał głową grupkę ludzi w kombinezonach. Gdy podeszli bliżej, kazał zaczekać im w środku. Byli trochę spięci, starsi stażem musieli ich nastraszyć. Schodzili się w małych grupach, a na końcu przyszli „podrywacze” Sarah obserwowała ich z pokoju obsługi na piętrze hangaru. Nadal byli bardzo pewni siebie. Dokładnie minutę przed ósmą podjechał Jeep. Sierżant wszedł do środka i ryknął „Baczność!” w ciszy jaka nastała wśród wyprostowanych mężczyzn zwróconych przodem do tablicy, stukot damskich obcasów był niezwykle donośny. Dziewczyna zaszła po cichutku i stanęła z boku. Podrywacze byli w szoku. W każdej grupie byli tacy. Stone podeszła do tablicy. Dała komendę spocznij, przedstawiła się i zaczęła „spotkanie organizacyjne”. Tą mowę Sarah znała na pamięć. Czasem różniła się szczegółami, ale sens zawsze ten sam. Ogólne omówienie maszyn, ćwiczeń bojowych i taktycznych z nawiązaniami do wypowiedzi „herosów” z piątkowego wieczoru, wszystko zakończone uwagą skierowaną właśnie do nich: „niektóre kobiety jednak słuchają i jak widzicie znają temat. Pytania?” Na to ostatnie słowo Sarah poszła w stronę samochodu. Oparła się o nadkole, wyjęła pistolet i bawiła się nim robiąc pojedyncze kółka, kręcąc go na palcu za osłonę spustu. Herosi, jak ich w myślach nazwała, na ten widok stanęli jak wryci. Porucznik minęła ich jakby byli powietrzem. Przy samochodzie powiedziała do córki:

- jedziesz już?

- nie, mam jeszcze trochę czasu. Wpadnę jeszcze na strzelnicę. Masz coś jeszcze w grafiku?

- Nie, jadę do sztabu

- ok. Wpadnę przed wyjazdem.

- chcesz go wypróbować, co córciu?

- owszem – dziewczyna schowała broń i ruszyła w stronę motoru. Herosi stali nadal, tak jak przedtem, była ciekawa co zrobią.

Była już dobre dziesięć minut na strzelnicy, gdy się zjawili. Komentowali jej klasyczną postawę strzelecką, że nie wygodna itp. po czym wybrali standardowe tarcze z sylwetkami, ustawili je na sto metrów i popisywali się. Zachowywali się coraz pewniej i głośnie, ale ich cele nadal były wysyłane najwyżej na sto metrów. Po piętnastu minutach pomyślała „dość tego, teraz moja kolej”. Ruszyła do lady amunicyjnego. Zrobiło się cicho, chcieli ją speszyć wiedziała o tym, ale jej głos nawet nie drgnął gdy mówiła:

- jedną śliwkę, AK47 i pięć pestek. - Amunicyjny uśmiechał się, podając dziewczynie tarczę z „dziesiątką” wielkości śliwki, karabin i naboje. Pięć naboi. Przy swoim stanowisku od razu zawiesiła tarczę i posłała ją w stronę kulochwytu. Nie kontrolowała odległości, ładowała magazynek. Gdy skończyła wcisnęła guzik z napisem STOP, a potem spojrzała na cyfry nie okazując emocji. Od razu podłączyła magazynek. Odbezpieczyła broń. Oddała sześć pojedynczych strzałów, zawsze pamiętała o tym by strzelać o jeden raz więcej. Na wszelki wypadek. Odpięła magazynek, sprawdziła komorę i dopiero wtedy odeszła ze stanowiska. Oddała amunicyjnemu sprzęt i wyszła, ale stanęła za drzwiami. Trzej żołnierze podeszli do stanowiska, z którego korzystała.

- 782 metry – w glosie było wyraźne zdziwienie, potem rozległ się dźwięk uruchomionego „wieszaka”, a zaraz potem trzy okrzyki zdumienia. Ktoś powiedział:

- Kim ona jest?

- ślepy jesteś? - to był głos amunicyjnego

- słucham? - drugi żołnierz

- jej czapka

- przepraszam, nie rozumiem

- niech zgadnę, wszystkie pięć w celu, a skupienie takie, że pudełkiem od zapałek przykryjesz? Ona tak zawsze.

- A kim ona jest?

- Snajper? To córka porucznik Stone, najlepszy strzelec w okolicy, a na imię ma Sarah.

- Sarah Stone...

- Nie Stone, Flissethen, po ojcu. A strzelać umie od małego.

- Pan żartuje...

- tak myślisz? To choć tu... widzisz te tarcze? Takie same jak to co masz w ręce prawda?

- to znaczy...

- To co Ci właśnie pokazałem, to jej wynik gdy miała osiem lat

- ile?!

- osiem. Każdy w jednostce to potwierdzi. AK47, tysiąc metrów, silny wiatr. Za to dostała te czapkę i ksywkę razem z nią.

- niemożliwe...

- co ty powiesz, a jednak. Widziało to dwadzieścia osób na własne oczy. Sami oficerowie. Od porucznika w góre, pytaj kogo chcesz. A to co dzisiaj zrobiła, znaczy dla mnie i reszty stałej ekipy jednostki też zresztą, żeś frajer, który próbował ją poderwać.

- i co z tego

- a to, że dzisiejsze przedstawienie to był występ dla was i sygnał dla „stałych”, że jej się to nie podobało... macie jednym słowem przerąbane.

To jej wystarczyło, zwłaszcza, że w pokoju, z którego przysłuchiwała się tej głośnej rozmowie było kilku stałych. Predator też. Sierżant był jej ojcem chrzestnym, a traktował jak własną córkę. Minął ją z tym swoim złośliwym uśmiechem. Była już przy wyjściowych drzwiach gdy usłyszała jego głos:

- co to za wrzaski, o kaczuszki – zawsze tak nazywał nowych. Nie musiała słuchać dalej wsiadła na motor i pojechała do sztabu. Wychodząc z pokoju matki wspomniała, że na strzelnicy były trzy kaczuszki. Porucznik od razu złapała za telefon. Dziewczyna uśmiechnęła się. To był dobry początek dnia. Dnia wyjazdu. Tylko Matka i Predator wiedzieli gdzie jedzie. Ośrodek Szkolenia Aurorów.

komentarzy: 0Piątek, 29 lutego 2008, 22:39

* * *

- Jesteście z konfederacji? - tymi słowami, wypowiedzianymi poprawną angielszczyzną, przywitał ich mężczyzna w granatowej szacie czarodzieja stojący przed domem. Zanim zdołali ją powstrzymać, Meg odpowiedziała:

- Międzynarodowa Konfederacja Czarodziejów nie ma z tym nic wspólnego. Jesteśmy z Annaer, Parcival jest dyrektorem tamtejszego Instytutu Magii i Czarodziejstwa. Jestem Meg Feniks, kapitan siódmego oddziału trzeciego pułku Straży Annaer. Parcival powiedział, że Kamień Dusz jest zagrożony, mamy go stąd zabrać panie Takasaki.

Facet zastanawiał się przez chwilę z wyciągniętą różczką. Po chwili spojrzał a Wojtka, zawahał się, po czym opuścił różczkę i zaprosił ich do środka. Tam wyjaśnił im, że wczoraj w wiosce pojawiła się młoda kobieta z Anglii i wypytywała ludzi o Kamień. Dlatego od razu powiadomił Parcivala, który kiedyś nauczał w japońskiej szkole magii, a potem wrócił do domu. W tym momencie Rudy wstał, podszedł do drzwi wychodzących na wewnętrzny ogród. Otworzył je. Była tam dziewczynka. Gdy go zauważyła, szybo schowała za plecami prawą rękę. Jej oczy były wystraszone. Chłopak uśmiechnął się, pozostali dopiero teraz zauważyli. Dziewczynka miała czerwone włosy i oczy... oczy Rudego. Zrobił kilka kroków w jej stronę, kucnął, zdjął ciemne okulary i otwierając oczy powiedział cicho:

- witaj siostrzyczko. - po chwili ciszy jaka zapadła w domu zapytał: - mówi coś panu nazwisko Flissethen? Amistred Flissethen?

- on... to znaczy...

- jest jej biologicznym ojcem.

- skąd wiesz...

- jej oczy. Mam takie same – spojrzał na gospodarza – istota o tym nazwisku jest także moim ojcem... on jest smokiem, jednym z tych, zwanych wielkimi. Mogą one przybrać ludzką postać. I obawiam sie, że nie jesteśmy jedyni.

- to dlatego mam to – dziewczynka wyciągnęła prawą rękę. Do łokcia była pokryta czerwoną łuską. - zły pan w Japoni zbił na ulicy taką ładną panią i ja chciałam jej pomóc i wtedy on odciął mi rączkę mieczem, i zasnęłam, a potem miałam taką i...

- jesteś dzielna, jak nasza siostra. - dziewczynka wpatrywała się w brata ze zdumieniem, a on ciągnął dalej – najstarsza siostra. Ma na imię Elora. Ten smok zrobił jej mamie to samo, co naszym i uciekł z Annaer. Elora jest najstarsza i bardzo fajna. Potem jest Sarah. Nie spotkałem jej, ale wiem, że skończyła Hogwart i teraz uczy się żeby zostać aurorem. Jak już nim będzie to chcę ją odwiedzić. Potem jestem ja, Wojtek, z Polski. Niestety reszty rodzeństwa nie znam, nie wiem nawet czy istnieją. Wiemy już dlaczego opuściliście Japonię. Mamy zamiar zabrać stąd Kamień Dusz. Możecie iść z nami na Annaer – zerknął na siostrę – tam nie będzie się musiała ukrywać.

Po chwili milczenia, Mózg przywołał wszystkich do rzeczywistości pytaniem – co z tą kobietą, była u pana?

- co?... ah, ona, tak... była nazywa się Craft, czy jakoś tak...

- Croft? Lady Lara Croft?

- tak, właśnie Lara Croft... pytała o was, znaczy ludzi w szarych mundurach... to źle?

Mózg zaklął pod nosem. Następne pytanie zadał Yoshi – ta z Tomb Raidera?

- dwie pierwsze części gry powstały na podstawie jej przygód. Lady Lara Croft jest wybitnym archeologiem, łowcą skarbów

- coś jak Indiana Johnes?

- gożej, filmowy Johnes to typowy naukowiec, ona jest wysportowana i w ogóle. Kilka lat z jej przeszłości jest ściśle tajna.

- A skąd tyle o niej wiesz?

- z kompa oczywiście, Naresul wspominał, że miedzy innymi będą takie zadania, więc poszperałem trochę. Ona jest groźnym przeciwnikiem, mimo, iż robi to dla jakiegoś muzeum. - Chłopak patrzył na swojego dowódcę, gdy Toudi zaklął pod nosem a potem powiedział – więc jest z tych dobrych

- tak, ale ten atrefakt jest niebezpieczny, musimy być szybsi...

- ona już tam była – gospodarz spuścił głowę – ale jej się nie udało. Była wściekła

- czegoś jej brakuje – Meg uśmiechała się złowieszczo

- Taa... - Toudi parsknął śmiechem – cnoty...

- a tak się składa – Rudy podniósł się i wszedł do środka trzymają rączkę dziewczynki – że ma ją cała nasza drużyna

Keitaro zaczął się śmiać, gdy opowiedzieli mu o jedynym znanym sobie, a zarazem ostatnim zabezpieczeniu klejnotu. Cały dzień minął im na omawianiu szczegółów misji. Takasaki dobrze znał górę, na której stała warownia z artefaktem, ale nie wchodził do środka. Rudy przysłuchiwał się rozmowie bawiąc się z Minako, dopiero co poznaną siostrą.

 

Wyruszyli na krótko przed świtem. W tym czasie rodzina Takasaki przygotowywała się do odejścia z doliny. Gdy Camlann dotarli do podnóża góry, zastali tam Jeepa na brytyjskiej rejestracji. Właścicielka samochodu była już na skale. Piętnaście metrów nad nimi. Rudy zauważył stojącą przy aucie dziewczynkę. Mimo, że Meg mogła używać jedynie prostych Znaków magicznych, nie wymagających zaklęcia, chłopcy zrobili większe postępy. Mózg położył na ziemi pięć desek, które przyniósł ze sobą i wypowiedział formułę. Po chwili deski unosiły się 20 cm nad ziemią. Wskoczyli na nie, jak na deskorolki i odlecieli na drugą stroną góry wznosząc się coraz wyżej. Po jakiś siedmiu minutach byli na miejscu. Croft podczas poprzedniej wizyty oznaczyła wszystkie pułapki, a kilka z nich niechcący uruchomiła, ale dzięki temu bez trudu dotarli na miejsce. Barierę też rozpoznali od razu. Na ziemi było kilka kropel krwi. Archeolog musiała sobie o nią uderzyć, jednak siódmy oddział przeszedł bez trudu. Rudy został w pobliżu bariery ukrywając się w cieniu. Czekał zaledwie kilka minut, gdy przed nim stanęła kobieta prowadząca dziewczynkę za rękę. Rozmawiały przez chwilę, po czym dziewczynka ruszyła dalej. Stanął przed nią, bez swoich okularów i powiedział – przykro mi, ale dalej nie pójdziesz. Kobieta zareagowała błyskawicznie, wycelowała w niego swoje dwa pistolety, Ale widziała tylko oczy. Ten widok przyprawił ją o ciarki, ale głos miała pewny gdy spytała – kim jesteś?

- porucznik Flissethen z siódmego oddziału trzeciego pułku Straży Annaer. Nie powinno cię tu być panno Croft

- a to niby czemu – była zbita z tropu – i skąd mnie znasz

- nie znam cię – półsmok zaśmiał się, a potem dodał – słyszałem o tobie. Ten artefakt jest niebezpieczny, to dziecko już by nie wróciło

zaprowadził dziewczynkę do światła. Croft opuściła broń, ale jej nie zabezpieczyła

- skoro tak to czemu nas ostrzegłeś

- bo on taki już jest, poza tym jesteśmy po tej samej stronie. - Meg miała w ręce srebrny woreczek, wyciągnęła go przed siebie mówiąc – a to można przenosić tylko w ten sposób, albo za pomocą magii. Wątpię czy ta mała zna zaklęcie lewitacji, w przeciwieństwie do moich ludzi.

- Dobra – kobieta schowała broń – ale grupa nastolatków w Straży?

- przynajmniej „bariera czystości” nie stanowi dla nas problemu. Poza tym jestem Łowcą. Kapitan Feniks.

- Łowcą?! To tłumaczy, czemu w tak młodym wieku przyjęli cię do Widma – widząc ich miny dodała – mój ojciec opowiadał mi o was. Prosił też by wam nie przeszkadzać i pomagać jeśli będzie trzeba. A co z tym/ - wskazała woreczek. W drodze powrotnej Mózg wyjaśnił jej czym jest Kamień Dusz. Rozstali się na skraju wioski. Wieczorem Yoshi otworzył portal w ogrodzie. Keitaro poszedł z nimi do księcia. Ten, gdy usłyszał historię Minako, zgodził się gościć ich na zamku, póki się nie urządzą. Gdy wysłuchał raportu, odesłał drużynę do łóżek. Rano mieli kontynuować trening.

komentarzy: 0Czwartek, 14 lutego 2008, 15:56

Lipiec

W ostatni weekend czerwca, zamek księcia Nimost zapełnił się gośćmi. Ich dowódca osobiście zaprosił rodziny siódmego oddziału. Przybrany ojciec Toudiego był przedsiębiorcą budowlanym. Prowadził własną, dobrze prosperującą firmę. Swego czasu wykupił starą kamienicę, w której mieszkali. Dał ją w prezencie na osiemnaste urodziny swojej córce. To było w zeszłym roku i jak dotąd nic się nie zmieniło.

Mózg był jedynakiem, bardzo podobnym do swego ojca, właściciela hurtowni komputerowej. Byli sami od dawna. Matka chłopca zmarła, gdy miał trzy latka, prawie jej nie pamiętał. Nie pamiętał również, żeby w życiu ojca pojawiła się jakaś inna kobieta. Gdy ostatnio o to spytał, ojciec powiedział tylko „nie mam czasu na głupstwa”.

Matka Yoshiego była nauczycielką w podstawówce, a ojciec miał swój warsztat samochodowy. No i mieli też córkę, młodszą j 3 lata od chłopaka.

Rudy mieszkał z ciocią, siostrą swojej matki. Ciotka była chirurgiem. Zdziwiła się, gdy ordynator szpitala dał jej trzy tygodnie urlopu i to na początku wakacji.

Dorośli mieli zdumione miny na widok portalu, potem zamku górującego nad miasteczkiem wśród gór, ale najbardziej zaskoczone miny mieli mężczyźni, gdy zobaczyli, kto przyszedł ich przywitać.

- Dzień dobry wszystkim – Feanil też był trochę nie swój

- k... Kosa... - Toudi spojrzał z niedowierzaniem na ojczyma

- Tak Mały, Kosa we własnej osobie. Obecnie książę tej wyspy i dowódca waszych podopiecznych

- o tobie można powiedzieć wszystko, ale Mały? - mężczyzna był dokładnym przeciwieństwem stojącego obok chłopca.

- to ksywka z wojska – odpowiedział informatyk– jesteś ostatnią...

- osobą, której się tu spodziewałeś, ale niestety Kudłaty to ja.

- wierzyć się nie chce, Jaskier wiedziałeś o tym – Ociec Yoshiego zwrócił się do policjanta

- Taa, ale nie chciałem psuć wam niespodzianki

- i się udała, co Doktorku?

- jeszcze ciebie tu brakowało Cichy

- Doktorek? - Yoshi patrzył na ojca, ale to Mały odpowiedział:

- zawsze miał talent do pojazdów, on potrafi naprawić wszystko, co jeździ.

- więc wszyscy razem byliście w wojsku? - spytała Meg

- prawie. Różne pobory – odpowiedział Kudłaty – Mały i ja to zimole, a Cichy, Jaskier i Doktorek wiosmeni.

- Kosa w poborze też był z zimy – spojrzeli na Jaskra – przyznał sie, jak na Zichu leżałem, w izbie chorych znaczy. Było, minęło, nie mówmy o tym.

Następny tydzień minął gościom na zwiedzaniu. Codziennie wybierali się na inną wyspę. Na pegazach. Najpierw odwiedzili cztery miasta Annaer i wspięli się na Górę Środka. Następny dzień spędzili na chyba najbardziej niezwykłej z wysp, Prestador zamieszkałej głównie przez Dopplery. Niewielkie ludziki wyglądające, jakby były z rzadkiego ciasta, o niezwykłych zdolnościach przemiany. „Turyści” dowiedzieli się, że archipelag jest obecnie jedynym miejscem gdzie można ich spotkać, ale samym vexlingom to nie przeszkadza, wręcz przeciwnie, są szczęśliwi mogąc żyć spokojnie w swojej naturalnej postaci.

Kolejny dzień spędzili jeżdżąc na nartach po wiecznie białych stokach wyspy Khelek Ras. Następnym przystankiem była Amtol, wyspa smoków. Tutejszy książę był najprawdziwszym smokiem o złotej łusce. Powiedział swoim gościom, że wśród smoków zwanych Wielkimi kolor łuski jest jak kolor włosów u ludzi, choć nie zmienia się w ciągu ich życia. Powiedział również, że widzenie aury stworzeń przez Wojtka jest skutkiem niezwykłego połączenia gatunków, które teoretycznie nie jest możliwe. Ten „dar”, pochodzi od uśpionego smoczego genu, a „aktywuje” się w połączeniu z rasą humanoidalną. I może być różny. Jako przykład podał im Cyro, porucznika o brązowych włosach i w dziwnych okularach. U niego, był to promień energetyczny, podobny do lasera o dużej mocy, stąd te dziwne okulary. Dowiedzieli się, że „blondyna”, jak ją nazywali ma na imię Lara i jest córką księcia. Ona z kolei widziała ciepło w różnych kolorach, zależnie od temperatury.

Minas Roch była jedną z kilku wysp nie mający charakterystycznych cech. Była po prostu wyspą z kilkoma miastami, gdzie spotkać można było przedstawicieli wszystkich ras zamieszkujących archipelag. Następnie odwiedzili Taurtol, wyspę pokrytą lasami, jedyną, na której władzę sprawował Namiestnik. Znali historię wyspy. Odbudowywano miasto wokół zamku. Minas Alqua, kobietom spodobała się najbardziej. Wyspa przywodziła na myśl olbrzymi ogród kwiatowy i sad jednocześnie, gdyż rosły tu jedynie drzewa owocowe, a nigdzie nie można było dojrzeć trawy pośród kolorowego dywanu kwiatów. Akurat był siódmy lipca, Meg wydawało się, że zapomnieli... Lothwen, księżna wyspy zaprosiła ich na kolację. Ku swemu zdumieniu, po wyjściu z łazienki, Meg nie mogła znaleźć swoich ubrań. Usługująca jej elfka, trzymała w ręku jasnobłękitną sukienkę. Była uszyta z niezwykle lekkiego i przyjemnego w dotyku materiału, ozdobiona delikatnym haftem. Mimo długich rękawów, rozszerzających się w nadgarstku i sięgających podstawy palców, braku dekoltu, gdyż suknia miała kołnierzyk do połowy zasłaniający szyję, nie było jej za ciepło. Wręcz przeciwnie, materiał był przyjemnie chłodny. Spojrzała w dół. Suknia prawie sięgała ziemi, dotykała palców u nóg.

Gdy dziewczyna była już gotowa, zeszła do jadalni. Na środku stołu stał tort, a na nim płonęły świeczki. „Jednak pamiętali” - pomyślała z uśmiechem. Gdy tylko weszła do sali, wszyscy wstali i odśpiewali sto lat. Przy tym chłopcy mieli głupie miny, rzadko nosiła sukienki. Ciocia czasem ją na to namawiała, a jeżeli jej się to udało, przyjaciele zawsze na ten widok mieli głupie miny, takie jak teraz. Z wyjątkiem Wojtka. On zawsze tylko się wtedy uśmiechał i rzucał jakiś komplement. Tak było i tym razem. Szepnął jej tylko do ucha „czasami zapominam, jaka jesteś śliczna”, a ona i tak się zarumieniła. Zawsze tak było. Przyjęcie było skromne. Oprócz przyjaciół i ich opiekunów oraz Lothwen i Feanila nie było nikogo, ale je to wystarczyło. To były najlepsze jej urodziny. Na Nimost wrócili następnego ranka. Ktoś czekał na nich przed zamkiem. Zamiast powitania powiedział:

- Feanil, musimy pogadać.

- O co, chodzi - na widok miny przybysza dodał – to moja siódma drużyna i ich rodziny. Nie musimy nic przed nimi ukrywać, więc o co chodzi Parcival?

Zapytany westchnął ciężko, a następnie przemówił drżącym głosem:

- O Artefakt. Klejnot zwany Kamieniem Dusz. Wiesz coś o nim?

- Tak – głos księcia był ponury – kula wielkości piłki do tenisa, wygląda jakby ktoś zamknął w niej delikatnie świecącą mgłę, której kolor się zmienia. Kto tego dotknie zmienia się w Runę.

- że co?! - Mózg był blady jak marmur. Dowódca spojrzał na niego i odpowiedział: - Runę. Jeżeli tego dotniesz, twoje ciało zmieni się w runę, z której ktoś inny może cię przywołać odpowiednim zaklęciem. Jeżeli zginiesz, wrócisz do tego kamienia. Tak będzie póki ktoś go nie zniszczy. Będziesz musiał słuchać wszystkich rozkazów tego, kto ma twój kamień runiczny, a jemu samemu nie będziesz mógł nic zrobić.

- Istnieje coś takiego? – Rudy był spokojny jak zwykle. Parcival rzekł:

- niestety tak. Powstało bardzo dawno temu. Podczas pierwszej wojny między ludźmi na zlecenie jednego z władców. Potem został ukryty na terenie dzisiejszych Chin. Nikomu nie udało się go zdobyć dotychczas z powodu bariery.

- jakiej bariery? - Meg miała minę, wiedzieli co ich czeka

- podobno jednym z zabezpieczeń jest niewidzialna bariera, jakby mur. Przejść przez nią może tylko czysta istota.

- znaczy dziewica – Toudi jak zawsze bezpośredni – to kiedy ruszamy?

- co? - mężczyzna była zaskoczony

- ma pan przed sobą całą drużynę „czystych istot”...

- Czekaj Toudi – Feanil zwrócił się do gościa – klejnot jest zagrożony?

- tak. Ktoś go szuka. Jakaś angielka. W pobliskiej wiosce mieszka czarodziej Keitaro Takasaki. Zgłoście się do niego.

Przyjaciele bez słowa ruszyli do swoich komnat. Po piętnastu minutach byli gotowi do drogi. Pożegnali opiekunów i przeszli przez portal. Stali na skraju przed domem na skraju wioski.

komentarzy: 0Środa, 13 lutego 2008, 12:38

Zamieszanie

Od tej wizyty nie działo się nic szczególnego. Aż do ostatnich dni czerwca Camlann nie mieli nic do roboty, poza szkołą i treningami. Po tygodniu ćwiczeń, Mózgowi jako pierwszemu udało się przywołać patronusa, wielkiego orła. W przypadku Toudiego, patronusem był niedźwiedź, Yoshiego tygrys, a Meg jednorożec. Kiedy w końcu udało się to Rudemu, twarz chłopaka zmieniła kolor na zbliżony do jego włosów. Nikt tego nie skomentował. Jego patronus był feniksem. Choć miał tylko wygląd swego pierwowzoru, a oni widzieli go tylko na rysunkach, od razu rozpoznali.

Później okazało się, że tyko Meg nie była świadoma uczuć, jakimi darzył ją półsmok. Mimo to, nic się między nimi nie zmieniło. Tylko dziewczyna trochę częściej niż zwykle o nim myślała.

W dzień zakończenia roku szkolnego przyszedł list. Riddle się ujawnił. Był w ministerstwie magii. Potter udaremnił jego zamiary. Jedna ofiara śmiertelna. Syriusz Black, ojciec chrzestny Harrego. To wszystko czego się dowiedzieli. Wszystko zaczęło się wieczorem tydzień później, gdy wracali z Nory. Brakowało tylko Yoshiego, był z siostrą w Katowicach. Od tamtego listu, cały czas mieli na sobie pancerze i okulary z komunikatorami. Robiło się gorąco

- ogólny na 35, orkowie zeszli z gór. Alpy francuskie. Proszę o wsparcie

- ogólny na 33 grupa ogrów pod Amsterdamem

- ogólny na 34 Elfy Mroku pod Olimpem

- ogólny na 37 03 dementorzy w parku chorzowskim

- 37 01 na 37 03, przyjęłam, ruszamy natychmiast – portal już czekał. Z meldunków wynikało, że pozostali otrzymali wsparcie, także z innych pułków. Gdy byli na miejscu. Yoshi nie musiał nic mówić. Robiło się coraz zimniej. W ich stronę zmierzała spora grupa zakapturzonych postaci. Oprócz siódmego oddziału i siostry Yoshiego, park był pusty

- dwudziestu trzech – Rudy miał już w ręku klejnot. Prawie jednocześnie krzyknęli:

- Expecto Patronum! - piątka patronusów wbiła się klinem we wroga. Gdy orzeł przeleciał przez najbliższego dementora, ten jakby zmienił się w czarną mgłę i zniknął, na co Mózg powiedział:

- to chyba nie są zwykłe patronusy, one tak nie robią...

- robią, tylko czarodzieje używają ich tylko do obrony, nie do ataku – za nimi pojawił się Feanil

- Expecto Patronum! - nie miał w ręce kamienia. Z palców jego dłoni ułożonej w pięciokąt wystrzelił jastrząb, tylko dwukrotnie większy od normalnego. Pozostali również rozpoczęli atak. Zjawy znikały jedna po drugiej. Żaden nie zdołał się zbliżyć do grupki ludzi. Gdy zniszczyli ostatniego Mózg powiedział cicho:

- myślałem, że mugole ich nie widzą...

- widocznie nie jesteś mugolem – książę również ściszył głos

- że też coś takiego musi istnieć – Yoshi wpatrywał się w miejsce, gdzie zniknął ostatni

- tfu! Paskudztwo i tyle – Toudi miał minę jakby zbierało mu się na wymioty

- czy ty przypadkiem nie masz krasnoluda w rodzinie? - w głosie Feanila nie było nic prócz ciekawości

- może, nie mam pojęcia, zastałem adoptowany jak miałem dwa latka. Nie znam mojej rodziny... - spuścił głowę i dodał – nie chcę znać. Matka zostawiła mnie w szpitalu i zwiała, a ojciec „nie znany”. Tak mam w akcie urodzenia. Czemu pytasz?

- to była typowa krasnoludzka reakcja – książę uśmiechnął się – z trudem powstrzymałeś swój język, co?

- taa... przyszło mi na myśl parę określeń...

- o czym wy mówicie – Yoshi był trochę skołowany, odpowiedziała mu Meg:

- krasnoludy słyną z ostrego języka, podobno przy nich uszy zamiast „więdnąć” chcą uciec

- właśnie – Fen dotknął słuchawki, po czym dodał – musze wracać, wygląda na to, że reszta też już kończy. Dam znać co i jak. Trzymajcie się

- Do zobaczenia.

Kiedy portal zamknął się za nim, drużyna otworzyła swój

- co tu się działo – dopiero jej głos przypomniał im o dodatkowej osobie

- wyjaśnię ci wszystko w domu – Yoshi objął siostrę ramieniem – rodzice też powinni to usłyszeć

Przeprowadził ją przez portal. Rano przyszła wiadomość z Nimost. Wszystkie akcje zakończone powodzeniem. Ośmiu rannych, w tym trzech poważnie. Ich stan jest stabilny. Meg uśmiechnęła się do pergaminu, ale głos wuja przywrócił podły nastrój, w jaki wpadła po powrocie. Teraz żałowała, że opowiedziała im o akcji. Ale w końcu są jej opiekunami. Powinni wiedzieć. I nawet jeżeli im się to nie podoba, nadal będzie robić co do niej należy.

 

Hotel gdzieś w Szkocji, o dwie mile od najbliższej ludzkiej osady, powoli cichł. Mieli za sobą wyczerpujący dzień na planie filmowym. Leżała w łóżku już z dobrą godzinę, ale coś nie pozwalało jej zasnąć. W końcu wstała, założyła szlafrok i wyszła na balkonik swojego pokoju. Patrzyła na uśpiony las. O jakieś trzy kroki od krawędzi lasu był starożytny stół ofiarny. Tak przynajmniej głosiła tabliczka obok owalnego, płaskiego kamienia pokrytego dziwnymi znakami. Z jednej strony kamienie go podtrzymujące musiały się z czasem osunąć, bo leżał na jednym boku. Księżyc w pełni jasno świecił tej nocy. Nagle poczuła się jakoś dziwnie. Jakby ktoś nagle zabrał wszystkie dźwięki. W następnej sekundzie „stół” rozpadł się, jakby ktoś go wysadził od środka. Po chwili wszystko wróciło do normy, tylko że... za „stołem” było zejście pod ziemię. Ktoś się w nim pojawił. Instynktownie przykucnęła. Jacyś faceci. Wysocy, smukli o dziwnie bladej skórze. Jeden w długiej szacie i z laską w ręce, pozostali w zbrojach i z japońskimi mieczami. Za nim było kilku trochę niższych „osiłków” z łukami. Gdy wszyscy byli a zewnątrz usłyszała jakiś głos za sobą, z lewej. Zaraz po tym w przybyszów pomknęła kula ognia. Trafiła w tych z łukami. Ktoś był na dachu. Nie miała odwagi się odwrócić. Znowu kilka dziwnych słów. Tym razem mniejsza i nacznie szybsza kula światła trafiła tego z laską. Rzucający skoczył na polanę. Poznała go, choć nie od razu. Widziała tego człowieka w lesie, gdy kręcili jej podróż na jednorożcu. Teraz też był sam, przeciwko sześciu czy siedmiu, nie była pewna. Nie dowierzała własnym oczom. Jakimś cudem zdołał ich wszystkich pokonać. Potem schował miecz i rzucił kolejne zaklęcie. Ciała pokonanych prawie natychmiast zmieniły się w proch. Zszedł do jaskini. Odwróciła się i jak najciszej tylko mogła otworzyła drzwi.

- nie powinnaś była tego widzieć. - Stał na balustradzie, widziała jego cień, ale bała się spojrzeć. Powiedział jeszcze: - Dla własnego dobra zapomnij o tym, co dzisiaj widziałaś.

Skoczył. Od razu wróciła do łóżka. Rano prawie cała ekipa filmowa stała przy wejściu do jaskini. Wszyscy zastanawiali się, co mogło się wydarzyć. Postanowiła nic im nie mówić. Zresztą i tak by nie uwierzyli Ci co byli na dole, powiedzieli, że jaskinia jest pusta, jest tam tylko jeden sięgający pasa stalagmit ze ściętym wierzchołkiem. Nic więcej.

komentarzy: 0Piątek, 08 lutego 2008, 13:29

* * *

W sobotni poranek Meg i Toudi byli jedynymi osobami idącymi przez śpiące jeszcze miasto. Było wpół do szóstej, gdy wychodzili. Spotkali się z resztą w parku. Dziewczyna po raz pierwszy pokazała im przedmiot kupiony na Annaer.

- GPS? zgubiłaś sie? - Mózg był rozbawiony

- Masz te współrzędne?

- Owszem...

- To je wprowadź – podała mu urządzenie – i nie kieruj tego w nas. Spojrzał na nią. Powiedziała tylko: sam zobaczysz. Chłopak usłuchał.

Skieruj bardziej w las – zaglądała mu przez ramię. Zrobił o co go proszono. A gdy wcisnął Enter... przed nimi coś błysnęło... zaczął pojawiać się potral

- Super... – powiedzieli to prawie jednocześnie, ale Meg odpowiedziała:

- Choćmy zanim ktoś zobaczy. Zamykasz portal Esc.

Jak powiedziała, tak zrobili. Był już koniec marca, robiło się coraz cieplej, lecz poranki nadal były chłodne. Cieszyli się, że zaczekali z tym na pancerze. Smocza skóra chroniła ich także przed chłodem. Sam pancerz wyglądał jak skórzany bezrękawnik. Skóry smoka się podobno nie utwardza, tak jak w innych, podobnych napierśnikach, nie trzeba. Przyglądali się domowi z ukrycia. Przez jakiś czas nic się nie działo. Głównie to Rudy obserwował. Nie tylko miał „sokoli” wzrok. Powiedział o tym przyjaciołom przed wyjazdem z Annaer. Potrafił widzieć coś w rodzaju Aury każdej istoty, Yoshi nazwał tę Aurę czakrą i chyba się nie mylił. Wojtek przyznał, że u każdego jest inna (odmówił wyjaśnienia jak ich wyglądają), a mają ją nawet mugole, tylko że trochę inną. Jakby brakowało jej mocy, chociaż nie wszyscy. Nie umiał wyjaśnić na czym to polega, ale aura zwykłych ludzi jest zupełnie inna, a czasem bardzo silna.

Około dziewiątej zauważył ruch w obserwowanym budynku. To na pewno byli czarodzieje, źli albo przestraszeni. Sam nie wiedział jak to robi, ale potrafił podać szczegóły.

- Najsłabszą aurę ma niski grubas trzymający się z boku. Trzęsie się w środku ze strachu. Drugi, stojący przy drzwiach jest silny.

- W skali od 1 – 10? - Mózg lubił liczby

- siedem i pół. Jest jeszcze jeden. Kurczaczek...

- ile?

- dwanaście co najmniej

- miało być do dziesięciu

- i jest. W dodatku dziwne... Jego aura jest jakby rozerwana... jakby fragmentu brakowało... kilku fragmentów... mimo to jest stabilna... nie rozumiem...

- A jak dla mnie wystarczy – odwrócili się jak na komendę

- Elora? Co ty...

- tu robię? Dobre pytanie. Miałam je zadać, ale mówiłeś ciekawe rzeczy- spojrzała na dom – i masz rację. Ten najsilniejszy, to Riddle. Jego ludzie nazywają go Czarnym Panem.

- E...

- nie czas na to, pułkownik czeka na raport – rozejrzała się po ich zdumionych minach – zdążyłam, zanim zrobiliście coś głupiego, więc skończy się na raporcie ze zwiadu. - podniosła się a po chwili dodała: - Fen nie lubi czekać – i ruszyła w stronę lasu. Byli posłuszni. Tym razem trafili do gabinetu w Pałacu Rady. Książę wysłuchał ich cierpliwie, po czym powiedział:

- Dobra robota. Mam lepsze zdanie o moich ludziach niż niektórzy i wiem, że to był tylko zwiad. Że nie wtrącalibyście się ze względu na i tak nie najlepsze stosunki z tamtejszym Ministerstwem Magii. Ale następnym razem, macie mnie powiadomić przed akcją. Jakąkolwiek

- Tak jest – To jedyne, co Meg mogła z siebie wykrztusić.

- To wszystko, możecie odejść.

Gdy wyszli, tylko Meg i Toudi się uśmiechali.

- nie ma w tym nic zabawnego - Yoshiego to wkurzyło

- mylisz się- Toudi pokazał zęby w uśmiechu

- a to niby czemu?

- bo niczego nam nie zakazał

- ale kazał meldować o każdej akcji... może zabronić gdy pozna plan...

- może, ale to nie musi być akcja

- nie jarze – chłopak zatrzymał się patrząc na niższego kolegę, ale to Rudy odpowiedział:

- co powiecie na wycieczkę do Londynu

- co?! O czym wy u diabła mówicie?!

- o zwykłym, prywatnym wypadzie do Wielkiej Brytanii... a to gdzie wylądujemy i kogo PRZYPADKIEM możemy spotkać to co innego- Meg wciąż się uśmiechała

- aa... o to biega...

- no nareszcie, czasem ciężko z tobą stary

- ty sam jesteś ciężki. Mały

- to co robimy w następny weekend? Londyn

- róbcie co chcecie. Ja wpadne na Minas Elen

- no co ty Meg. Wyspa złotników? Po co?

- Mam swoje powody – pobiegła przodem i skoczyła w portal.

- to mi się nie podoba. Ona znowu coś knuje. - po tych słowach Rudy ruszyła za nią. Pozostali nie mogli nic wymyślić, co też ich kapitanowi po głowie chodzi. Więc tylko weszli w portal.

Dwa tygodnie później Meg z dumą zaprezentowała przyjaciołom srebrną obrączkę. Na zewnątrz miała wygrawerowane słowo „feniks” Tengwarem. Wyjaśniła, że obrączka sama dostosuje swą wielkość do pierwszego palca, na jaki zostanie włożona i że dostała na to pozwolenie od księcia. Ten kto ją nosi musi przekręcić ją na palcu dwa razy w lewo. Wyjęła z kieszeni złotą puderniczkę. Otwarła ją i powiedziała:

- wtedy na tym lusterku pokarzą się współrzędnie tego, co kręcił pierścieniem.

- i masz zamiar dać to Potterowi? - Rudy patrzył na nią spode łba. Przekrzywiła zalotnie głowę i odpowiedziała najsłodszym tonem, jakim umiała:

- nie. Myślałam raczej o jego przyjacielu, Ronie

- Ron? - Toudi też nie był zadowolony

- Ronald Bilius Weasley, najlepsiejszy przyjaciel Harrego Pottera.

- Czemu on?

- bo z tego co słyszałam Potter by nas nie wezwał, nawet spadając w przepaść. Zakichany chojrak. - jej ton radykalnie się zmienił, ze słodkiego na lodowaty. Wiedzieli, że przesadzili tymi pytaniami. Nikt nie odważył się tego powiedzieć, ale chłopcy byli pewni, że jest podobna do tego całego Harrego... jeśli jest taki, jak ona myśli. Postanowili, że w przyszłym tygodniu wybiorą się do Hogsmeade, wioski czarodziejów.

 

W piątek po południu Meg z pomocą Goldsteina dostała się na ulicę Pokątną. Zaprowadził ją do banku Goblinów, gdzie wymieniła resztę swoich oszczędności na pieniądze czarodziejów. Była to ta sama waluta, co na archipelagu. Od razu wróciła do domu z pełną sakiewką. Goblin, który ją obsługiwał, poinformował ją również, że jak każdy ze Straży, ma u nich konto, gdzie trafiają ich wypłaty. 732 Galeony tygodniowo.

 

Z pozoru ta noc była taka, jak inne. W niewielkiej mieścinie, gdzieś na południ Francji Tylko trzy istoty nie udały się na spoczynek. Dochodziła północ. Elora sprawdziła magazynek w swoim Desert Eagle. Każdy półsmok mógł korzystać z tej broni jedną ręką. Żeby nie straszyć mieszkańców, wszyscy troje zamontowali wcześniej tłumiki. Stali wokół czegoś, co wyglądało na pradawny stół ofiarny, który z biegiem czasu przewrócił się na jeden bok. Płaski, owalny kamień pokryty znakami. Mugole są naiwni, pomyślała, ale w końcu to nie ich wina. Nie potrafią czytać Tengwar. Tym bardziej, że to w czarnej mowie. Ten język zna tylko kilka istot, choć go nie używają.

Stali dziesięć metrów od kamienia, ale nie na wprost niego. To było niebezpieczne. Spodziewali się, że tej nocy pieczęć zostanie zerwana. Nie mylili się. Nagle cisza pogłębiła się. Ale to nie była zwykła cisza. Ta nawet nie piszczała w uszach. Jedno mrugnięcie oka później „stół” rozpadł się, jakby ktoś go wysadził od środka. Dźwięki powróciły, gdy ostatni kamień wylądował w trawie. Byli za blisko. Musieli rzucić zaklęcie tarczy. Gdy tylko

kapitan cofnęła zaklęcie, zaklęła cicho odbezpieczając broń. Zobaczył Elfa wychodzącego z jaskini ukrytej za Pieczęcią. Różnił się od każdego znanego jej przedstawiciela tej rasy. Jego skora była blada jak papier i oczy. Bez tęczówki czy źrenicy. Były całe czarne, jakby miął włożone pod powieki szkła ciemnych okularów. W ręku miał laskę czarodzieja. Gdy tylko na nią spojrzał, zaczął wypowiadać zaklęcie. Nie zdążył. Pocisk odłamkowy, wystrzelony zza jego pleców rozsadził mu twarz. W jej oddziale to Zartan używał tego typu amunicji. Następni przeciwnicy, widząc to, powinni być ostrożniejsi. Nie byli. Wybiegli z rykiem dobywając broni. Orkowie. Tym razem nie Uruk-hai, zwykli żołnierze. Piąty oddział nie miał z nimi kłopotu. Wystrzelali wszystkich. Elora zeszła na dół. Gdy wychodziła, wkładała klejnot do sakiewki.

- To ten kamień? - Cyro pierwszy przerwał ciszę

- Tak. Dzięki niemu zlokalizujemy pozostałe

- Ciekawe jak...

- Nie wiem Zartan – spojrzała na niebieskowłosego – to problem 14 plutonu, nie nasz. A poza tym, dzięki.

- Idziemy?

- Śpieszysz się gdzieś Cyro?

- Nie, ale...

- No dobra. Idziemy. - Otwarła portal. Pól godziny później złożyli raport. To był koniec na dziś.

 

Meg zamknęła portal. Byli na stacji kolejowej. Bez słowa ruszyli w stronę miasteczka. Postanowili potraktować to jak zwykłą wycieczkę. Zdumiał ich widok prawie pustych ulic. Skierowali się do Miodowego Królestwa. Właściciel usłyszał, jak Wojtek powiedział półgłosem patrząc na pieprzne diabełki:

- A mnie ich nie wolno...

- Można wiedzieć czemu?

- Mam uczulenie na pieprz, To przez te oczy, wrażliwe na światło – wskazał na swoje ciemne okulary. - wtedy nawet to nie pomaga

- Rozumiem...

Stamtąd poszli do Trzech Mioteł. Jedynym klientem była wysoka, starsza kobieta, rozmawiająca z właścicielką. Choć próbowały nie zwracać na to uwagi, widok piątki nastolatków zdumiał obie panie. Camlann rozmawiali przy swoim stoliku sącząc kremowe piwo. Oni lepiej udawali. Przysłuchiwali się rozmowie. Wynikało z niej, że jakaś kobieta z ministerstwa przejęła kontrolę w szkole. Jej pierwszego dnia, jako dyrektora, ktoś na terenie zamku odpalił sporą ilość fajerwerków. Obie panie w pubie podejrzewało o to bliźniaków. Wyglądało na to, że nikt nie lubi nowej dyrektorki, w szkole zaczął panować chaos. Gdy kobieta wyszła z lokalu, Meg natychmiast ruszyła za nią.

- przepraszam Panią – zawołana zatrzymała się. Meg rozejrzała się, Byli sami

- Czy zna Pani Harrego Pottera?

Kobieta zmarszczyła czoło, ale odpowiedziała:

- Jest w moim domu, w Gryffindorze. Ma zakaz odwiedzania wioski. Coś się stało?

Meg pokazała jej odznakę – Kapitan Meg Feniks, siódmy oddział trzeciego pułku Straży Annaer. Możemy porozmawiać?

- Czegóż to Widmo chce od Harrego?

- Tu chodzi przede wszystkim o mój oddział... - Meg wyjaśniła nauczycielce całą sprawę

- Masz rację moje dziecko. Potter by was nie wezwał choćby nie wiem co. Ale nie dlatego, że uważa się za bohatera. Nie chciałby was narażać. Pan Weasley, odwrotnie. Nadużywał by pierścienia. Najrozsądniejsza z nich jest panna Granger, ale ona w tej kwestii, raczej nie sprzeciwi się Potterowi. Więc zbędny twój trud... - McGonagall zamilkła na chwilę, a potem dodała: - Jeżeli tak Ci na tym zależy, Zastanowię się komu z tej trójki go przekazać i zrobię to.

- Dziękuję Pani Bardzo – dziewczyna podała jej pudełko

- To może potrwać...

- Nie szkodzi... aha i proszę go nie przymierzać. Pierścień dostosowuje swą wielkość do pierwszego palca, na jakim się znajdzie.

- Rozumiem. Do widzenia

- Do widzenia.

Właśnie mieli pójść z powrotem na stację, gdy z kieszeni Meg usłyszeli:

- 35 01 do 37 01 Meg założyła okulary o żółtych szkłach. Wsadziła do ucha przymocowaną do nich słuchawkę, poprawiła mikrofon i odpowiedziała:

- jest 37 01

- zebranie na Nimost za godzinę

- zrozumiałam, zaraz ruszamy

- przyjęłam, bez odbioru.

Jeszcze raz pożegnali nauczycielkę. Mózg wyjął GPS, który Meg mu podarowała. Otworzył portal. Chwilę później byli pod zamkiem. Musieli się wytłumaczyć, dlaczego nie są w mundurach. Po raz pierwszy widzieli wszystkich członków pułku w jednym pomieszczeniu. Oprócz nich był tam starszy mężczyzna w szacie czarodzieja, z długą białą brodą. Jego błękitne oczy rozglądały się po zebranych zza okularów połówek na dawno temu załamanym nosie. Albus Dumbledore dyrektor Hogwardu. Tak książę przedstawił gościa. Następnie Elora opowiedziała o akcji we Francji. Klejnot został już przekazany do 14 pułku, oni mieli się skupić na odnalezieniu pozostałych Pieczęci i zlikwidowaniu zagrożenia. Meg jako ostatnia opowiedziała o zwiadzie i rozmowie z McGonagall. Gdy skończyła przemówił czarodziej:

- obawiam się, że profesor McGonagall ma rację. Najlepiej nie ten pierścień zostanie tam, gdzie jest. W jej szufladzie. Co do Voldemorta... to potwierdza moje przypuszczenia. Horkruksy... - musiał wyjaśnić na czym to polega. Ciszę przerwał Mózg:

- zabijać, by umknąć śmierci. Ironia losu.

- Tak... z naszych informacji wynika, że Voldemort

- Naszych? - głos zabrała złotowłosa kobieta – co ma pan na myśli?

- Zakon Feniksa. Moja organizację walczącą z Riddlem i jego ludźmi. Wiemy, czego on aktualnie szuka. Chodzi o przepowiednię. Tak się składa, że to ja jej wysłuchałem wiele lat temu.

- Pamięta ją Pan? - Yoshi był szybszy od „blondyny”, za co reszta podziękowała cichym westchnięciem.

- nawet bardzo dobrze. Oto nadchodzi Ten, który ma moc pokonania Czarnego Pana... Zrodzony z tych, którzy trzykrotnie mu się oparli, a narodzi się, gdy siódmy miesiąc dobiegnie końca... a choć Czarny Pan naznaczy go jako równego sobie, będzie on miał moc, jakiej Czarny Pan nie zna... i jeden z nich musi zginąć z ręki drugiego, bo żaden nie może żyć, gdy drugi przeżyje... ten, który ma moc pokonania Czarnego Pana, narodzi się, gdy siódmy miesiąc dobiegnie końca...

Po tych słowach, zapadła przejmująca cisza. Po pięciu minutach Rudy powiedział:

- jednym słowem chłopak ma przerąbane – nikt się nie uśmiechnął – jest „wybrańcem”. Riddle się o to postarał.

- niestety obawiam się, że masz rację – głos dyrektora był spokojny, choć czuć było w nim smutek – ma przechlapane od początku, na całej linii. Meg wyciągnęła dłoń w stronę dowódcy, podając złotą puderniczkę – panie pułkowniku, to należy do pana.

- Dziękuję Meg – książę otworzył podany mu przedmiot i położył na biurku. Po czym zwrócił się do blondynki:

- Reni, skontaktuj się z 14 pułkiem, potrzebujemy osiem niewielkich przedmiotów zintegrowanych z lokalizatorem – wskazał głową otwartą puderniczkę, a gdy się zawahała dodał – natychmiast.

- tak jest. - Dziewczyna wyszła szybkim krokiem.

Gdy ucichły jej kroki, Feanil powiedział:

- to wszystko na dziś. Oddział szósty i siódmy proszę jeszcze zostać, reszta jest wolna. - Jak tylko wykonano rozkaz dodał: - wiem, że chcielibyście pomóc Zakonowi i GD, ale jak narazie nie możemy działać. Jak coś się zmieni, pierwsi się o tym dowiecie. Teraz proszę żebyście skupili się na swojej robocie. Mózg, dostaniesz później listę znanych nam nazwisk śmierciożerców, sprawdzisz ich. Większość to czystej krwi czarodzieje, więc nie przejmuj się jak nic nie znajdziesz... To teraz wszystko

- Fen...

- tak Meg?

- dzięki

- zmykajcie już – uśmiechnął się do niej.

Przez całą drogę powrotną nikt się nie odezwał. Tylko krótkie „cześć” w Chorzowie. Każdy poszedł do siebie.

Po obiedzie Meg poszła do swojego pokoju. Padła ciężko na łóżko. Potter cały czas chodził jej po głowie. Nie wiedziała kiedy zasnęła. Przyśniła jej się kobieta. Była piękna. Miała długie kasztanowe włosy i... oczy Harrego. Były w pokoju Meg. Lily powiedziała dziewczynie, żeby nie martwiła się o jej syna. Jest pewna, że sobie poradzi, a w razie czego ma przyjaciół, którzy go nie opuszczą. Po tych słowach zmieniła się w motyla i wyleciała przez okno. Meg obudziła się w środku nocy.

- Gratuluje posady – na parapecie siedział srebrnowłosy shinigami, oglądał jej odznakę jeszcze przez chwilę, po czym odłożył ja na stojące obok biurko

- co ty tu robisz?

- mam sprawę, Feanil powiedział, żebym tu przyszedł.

- o co chodzi?

- dementorzy. Jest coraz gorzej. Te stwory ciągną do Anglii... z całego świata

- czego oczekuje od nas Społeczność Dusz?

- Żebyście powstrzymali ich, ilu się da.

- Spróbujemy, ale nie oczekuj zbyt wiele

- mimo to dzięki.

Chłopak już zbierał się do odejścia gdy powiedziała:

- Toushirou... mam pytanie... przed chwilą śniła mi się matka Harrego Pottera... ona nie żyje, więc...

- w ten sposób dusze kontaktują się z żywymi. I nie muszą być w Społeczności Dusz, wystarczy, że mają odpowiednio silną moc. Albo mieli za życia. Coś jeszcze?

- nie... dzięki Toushirou.

- nie ma za co. dobranoc

- dobranoc.

Shinigami odszedł. Rankiem poszła do Toudiego powiedzieć o nowym zadaniu. Ten z kolei powiadomił pozostałych. Wieczorem dostała paczkę z Annaer. Pierścień połączony z lokalizatorem w biurze Feanila i pięć kamieni. Pułkownik pisał w dołączonym liście, że dzięki nim będą mogli przywołać patronusy. Podał też szczegóły jak należy to zrobić. Rozdała je chłopakom, wraz z instrukcjami przed pierwszą poniedziałkową lekcją. Przynajmniej tak mogą pomóc Potterowi. Zmniejszając liczebność wrogów,

komentarzy: 0Czwartek, 07 lutego 2008, 20:49

* * *

Gdy po śniadaniu zeszli z Naresulem na dziedziniec, czekało na nich sześć wierzchowców.

- Konie? - Yoshi był zdumiony – mamy na inną wyspę dostać się konno?

- spójrz jeszcze raz

- to... - chłopak nie dowierzał swoim oczom, gdy jeden z „koni” rozprostował skrzydła – czy nie powinny być białe

- to nie są greckie pegazy. Tamtych nie da się oswoić

- jak to...

- możliwe? To proste. Na wyspę Kemen Roch, raz na siedem lat są przywożone trzy pary. Jednorożce, Greckie Pegazy i Mustangi. Wszystkie czystej krwi. Jakoś tak się zawsze składa, że za każdym razem powstają takie właśnie mieszańce.

- są piękne – Meg podeszła do łaciatego rumaka z rogiem i białymi jak śnieg skrzydłami. Drugi „rogacz”, niesamowicie czarny podszedł do Naresula. Więcej rogów nie było. Kapitanowie siedzieli już na swoich wierzchowcach, ale chłopcy się ociągali.

- co jest? - Meg patrzyła na nich z góry

- a siodła? - na to stwierdzenie Dae parsknął śmiechem, po czym powiedział

- nie radzę nawet tego próbować. Mógłbyś tego nie przeżyć.

Po chwili wahania, dosiedli rumaków, które natychmiast ruszyły za pegazem Naresula, a przy krawędzi placu przed zamkiem wzbiły się w powietrze. Gdy byli nad górami ustawiły się w szeregu za przewodnikiem, tak, że każdy widział skrzydło po lewej. W ciągu całego lotu, nikt, ani razu nie złamał szyku. Dopiero po wylądowaniu pegazy zrównały się ze sobą ustawiając się w idealnej linii. Gdy byli już na własnych nogach, Naresul odpowiedział na

nie zadane pytanie:

- Zostały tak wyszkolone. To wasz główny środek transportu na archipelagu. Od tej pory należą do was. Powinniście nadać im imiona.

Wylądowali na placu przed dwupiętrowym pałacem z tego samego białego marmuru, stojącym u podnóża wielkiej góry Jacek poprowadził ich do jednego z bocznych wejść tegoż budynku. Po drodze wyjaśnił im, że to Pałac Rady, czyli jednocześnie budynek dowództwa Straży. Przy Drzwiach, przez które przeszli była niewielka tabliczka z numerem 12. „Przewodnik” powiedział im, że to pułk zaopatrzenia oraz że mundury, na które rano wzięto miarę powinny być gotowe. Nie mylił się. Krasnolud, który je wydawał, powiedział, że jedynie na pancerz muszą poczekać. Gdy spytali dlaczego, odrzekł:

- Mitril jest obecnie rzadkością, nieliczne złoża, bez względu na ich wielkość są eksploatowane tylko na zamówienie Rady

- Mitril?

- tak. Skóra smoka na górze, w środku kolczuga z mitrilu, a pod spodem pajęczy jedwab

- Oni są pierwszy raz na wyspach – Naresul tłumaczył przyjaciół

- rozumiem. Więc tak, smocza skóra pochodzi z linienia, bo smoków zabijać nie wolno, chyba że dopuścili się jakiejś zbrodni. A jedwab pochodzi od pająków, może nie największych, ale o najmocniejszej sieci. Oczywiście z tych nie lepiących się nici, bo przecież każdy pająk przędzie lepką nić-pułapkę i tę po której chodzi. Materiał jest tak mocny, że „obrabia” się go narzędziami z mitrilu. Zresztą mundury też są z tego materiału. Jeszcze coś

- dziękujemy za wyjaśnienie – Meg zabrała głos patrząc na dziwne miny kolegów – gdzie możemy się przebrać?

- drzwi po lewej

- dzięki – poszła w tamtą stronę. Był tam krótki korytarz z drzwiami po obu stronach. Wszystkie mundury wyglądały tak samo, jak ten, w którym po raz pierwszy widziała Jacka. Gdy byli gotowi, zaprowadził ich do następnego pomieszczenia. Tu dowiedzieli się, że Widmo jest jedynym pułkiem używającym broni palnej, choć w wyposażeniu standardowo był tylko pistolet. Oprócz niego każdy miał wybrać jedną dodatkową broń. Meg wybrała berettę i karwasz ze składaną kuszą. Wojtek Desert Eagle i karabinek snajperski. Reszta chłopaków poprosiła o Glock 17. Oprócz tego Yoshi wybrał kaburę z Kunai, Toudi napięściaki przymocowywane do nadgarstka z ostrzami długim ma 5 cali po bokach. Mózg wziął rękawicę z trzema wysuwanymi ostrzami nad miejscami między palcami. Jak ich poinformował „magazynier”, wszystkie te przedmioty, oprócz broni palnej, zostały zrobione sekretną gnomią techniką. Dowiedzieli się również, że to gnomy nauczyły gobliny sztuk kowalskich, lecz było to tak dawno, że pamiętają o tym jedynie stare elfickie rody. Następnym punktem „wycieczki” były zdjęcia, formularze i pytania zadawane przez 13 pułk. Oni zajmowali się „papierkami”, jak mówił Naresul Gdy opuścili Pałac, od razu dosiedli swych pegazów, lecz Naresul nie poprowadził ich na Nimost. Polecieli na południe, okrążając górę. Gdy dotarli do miasta, wylądowali przed pałacem podobnym do poprzedniego, tylko ten miał 6 pięter. Mag zatrzymała się przed wejściem by odczytać napis nad drzwiami

- Pamiętajcie, by starych nie potarzać błędów. To jakiś cytat?

- Nie, to raczej motto tego miejsca. To coś w rodzaju muzeum, nazywają je Sanktuarium Pamięci. - weszli do obszernej sali wejściowej. Poza licznymi przejściami i jedną gablotą, na samym środku pomieszczenia. Dae mówił dalej – podstawowa zasada tutaj, to że wolno wam dotknąć wszystkiego w komnatach, w których Straż stoi tylko przy wejściu.

- A co jeżeli, dotkniemy, czego tam gdzie ich jest więcej?

- to stało się tylko raz – wskazał głową na gablotę. Była w niej ludzka dłoń.

Jako, że gmach był ogromny, postanowili się rozdzielić. Mieli się spotkać w sali z ręką za dwie godziny.

Meg trafiła do galerii figur. Był to skręcający co jakiś czas o 180 stopni korytarz pełen naturalnej wielkości postaci z wosku. Na ścianach za nimi były lustra. Wśród figur były takie postacie jak Juliusz Cezar, Kleopatra, Król Artur, a także Stalin czy Hitler. Przechadzała się między nimi już z dobrą godzinę gdy się zatrzymała. Figura przed nią przedstawiała chłopca w czarnej szacie i okularach. Trzymał różdżkę, więc musiał być czarodziejem. Miał niesamowicie zielone oczy i bliznę na czole, jakby błyskawicę. Było w nim coś dziwnego, ale nie wiedziała co. Na tabliczce, nad datą urodzenia, zamiast nazwiska był napis „Chłopiec, który przeżył”. Była tylko jedna data. 31 lipca 1980. już miała dotknąć jego dłoni, gdy usłyszała kroki. W jej stronę szedł mężczyzna w podobnej szacie, do tej chłopca.

- Nie krępuj się.

- Słucham?

- figur można dotykać.. jesteś kapitanem?

- Tak. Meg Feniks kapitan siódmego oddziału trzeciego pułku

-Widmo, więc ty jesteś Łowcą, o którym tyle się mówi. Oboje jesteście popularni

- przepraszam, nie rozumiem

- to ja powinienem przeprosić. Nie przedstawiłem się, Goldstein, a ten chłopiec, to Harry Potter.

- Pan go zna?

- nie osobiście, mój syn jest z nim na tym samym roku w Hogwarcie, ale w innym domu.

- słyszałam o tym. Ciekawi mnie, czemu go tu postawili

- może dlatego, że jest jedynym, który przeżył najgorsze zaklęcie...

- uśmiercające – spojrzała na chłopca – stąd pewnie ta blizna

- tak. Avada Kedavra. Tak ono brzmi...

- proszę mi o nim opowiedzieć. O Harrym.

- a co chciałabyś wiedzieć?

- jak najwięcej

- coż... trzeba chyba zacząć od człowieka naprzeciw...

Przyglądała się przez chwile mężczyźnie bez nosa w czarnej szacie, o czerwonych oczach gada, Słuchając opowieści, coraz bardziej miała ochotę rozbić tę figurę w drobny mak. Powstrzymała się. Gdy czarodziej skończył opowieść, podziękowała mu i odeszła. Już na nią czekali. Goldstein powiedział jej nawet, że choć Rada jest w pełnej gotowości, by pomóc Potterowi i jego sprzymierzeńcom, nie ruszą się bez wyraźnej prośby ze względu na ministerstwo, z którym Annaer ma nie najlepsze stosunki. Gdy przyjaciele spytali gdzie była, opowiedziała im o figurach, ale nie wspomniała o czarodzieju i jego opowiadaniu. Zapytała tylko o bibliotekę.

Naresul powiedział, że w północnym mieście jest Dom Nauki I Poezji, gdzie znajdują się podobno opie wszystkich książek jakie kiedykolwiek wydrukowano lub spisano. Po drodze udali się do miasta wschodniego, będącego centrum handlowym archipelagu. Tam Rudy spytał o górę na środku wyspy, do której cztery miasta przylegały. Dowiedzieli się, że to stożek wulkaniczny, zwany Górą Środka, a e jego kraterze o średnicy 7 km jest jezioro z maleńką wysepką po środku. Meg sama poszła do biblioteki. Gdy wróciła musieli od razu wracać, by zdążyć przed zmrokiem. Wchodzili do Zamku, gdy Meg powiedziała:

- Mózg mam prośbę.

- no?

- jak wrócimy do nas poszukaj dla mnie informacji o pewnym nazwisku

- o kogo chodzi?

- wyjaśnię później. Ta osoba to Tom Marvolo Riddle

Naresul zaklął

- skąd o nim wiesz? - spytał

- od pewnego czarodzieja, opowiedział mi o nim i Potterze, ale to nazwisko wzięłam z biblioteki. Ojciec Riddla był mugolem...

- załatwione

- co?... - wiedziała co Dae chce powiedzieć. Powstrzymała go gestem i odpowiedziała:

- tylko szukam informacji. Co będzie potem to się okaże. Znam stanowisko Rady. Nie będziemy się teraz wtrącać

- I tak musze to zgłosić...

- rób jak uważasz – uznała to za koniec rozmowy i poszła do swojej komnaty. Więcej o tym nie rozmawiali podczas pobytu na wyspach. Dopiero miesiąc później w Norze, Mózg o tym wspominał. Podzieliła się z drużyną wszystkim, co wiedziała. Komputerowiec nie znalazł nic o żadnym Riddlu, tylko wzmiankę o jakieś podupadłej rezydencji w Anglii zwanej domem Riddlów.

komentarzy: 0Środa, 06 lutego 2008, 18:22

WIDMO

Noc była ciepła. Księżyc w pełni dawał jedyne światło na docierające na szczyt wieży. Rudy siedział na blankach spoglądając na miasto.

- wiedziałem, że przyjdziesz

- czekałeś?

- może – spojrzał na kobietę. Jej włosy i oczy miały ten sam kolor, co jego. Włosy, sięgające za ramiona miała rozpuszczone. Zasłaniały jedno oko, jak w kobiet w starych filmach o detektywach. Podeszła bliżej

- więc jesteś moim bratem. Nie sądziłam, że ciebie pierwszego spotkam...

- czyżby? A o kim myślałaś

- wiem tylko o siostrze w Anglii. Sarah

- a ty masz na imię....

- Elora. Mam 23 lata

- ja 15. co wiesz o siostrze?

- jej matka jest czarownicą. Sarah w czerwcu skończyła Szkołę Magii i Czarodziejstwa Hogwart. Obecnie szkoli się na Aurora. Uczniowie Hogwartu są dzieleni na początku na cztery domy. Ona była w Ravenclaw. Była jedną z najlepszych uczennic.

- Znana?

- raczej nie. Mało kto zwracał uwagę nawet na jej ciemne okulary, tak rzadkie u czarodziei. Uwierzyli, że ma wadę wzroku, jest wrażliwa na światło.

- nie zła ściema. Skorzystam. Mam dość tych cholernych soczewek

- A po co to ukrywać?

- nie mam ochoty na przymusową wizytę w strefie 51 – uśmiechnął się, ale mina mu zrzedła gdy usłyszał: - to miejsce naprawdę istnieje. I nie jest zabawne. Mój porucznik, Zartan stamtąd uciekł. Trafił tam jak miał dwa latka. „troskliwa” sąsiadka widziała przez przypadek oczy chłopca o niebieskich włosach.

- i po jaką cholerę ich chronić, walczyć za nich, gdy wdzięczność okazują skalpelem...

- bo bez nich byłoby strasznie nudno – roześmiali się jednocześnie. Gdy się uspokoili Wojtek powiedział, to o czym myślał od jakiegoś czasu.

- Magiczni będę prosić nas o pomoc, czasem pewnie będą się pojawiać w nie właściwym miejscu... a my mamy jeszcze szkołę.... przzydało by się skończyć chociaż jakiś ogólniak....

- więc czemu nie wstąpicie do Straży?

- słucham?

-mówie poważnie, wtedy, w razie potrzeby możesz się wykpić rozkazami. Bez nich ani rusz itp.

-hmm... ciekawa propozycja. Tylko czy nas przyjmą...

- tego nie wiem. Wiem natomiast, że jak na razie tylko Widmo ma wakaty.

- po czystce...

- była konieczna. Przez jednego z tamtych książę o mało nie zginął... albo mogli go złapać.

- to znaczy?

- portret kobiety na jego biurku.

- tej na mustangu, chcesz powiedzieć...

- owszem, w tamtejszych górach była grupa, której szukał. Ci czterej, o których mówił to była czujka.

- zasadzka pełna przypadkowych mugoli z komórkami....

- właśnie... ale zapomnieli, że to Jeździec Wiatru

- to znaczy?

- powtarzasz się braciszku, to znaczy, że potrafi wykorzystywać wiatr i takie tam. Jak każdy druid powietrza.

- eeeee...

- oh! Druidzi są podzieleni na cztery grupy w zależności od żywiołu z którego pochodzi ich pierwsze zaklęcie, to żywioł przewodni....

- aha... dzięki...

- lepiej się prześpij braciszku. - ruszyła wolnym krokiem w kierunku schodów

- Ale....

- Dobranoc – machnęła do niego ręką nawet się nie odwracając

- dobranoc. - chłopak zeskoczył z muru i powlókł się do swojej komnaty.

 

Następnego dnia, po kolacji, poprosili księcia o rozmowę. Cała paczka ucieszyła się, gdy Wojtek opowiedział im o propozycji Elory. Wszyscy się z nią zgodzili. Gdy tylko weszli do gabinetu, Meg wyjaśniła, o co im chodzi. Feanil zwrócił się do Rudego:

- gadałeś z siostrą.

- tak

- to zabawne. Proponowali mi to wszyscy kapitanowie po kolei... Więc podoba się wam ten pomysł?

- tak -odpowiedzieli jednocześnie

- nawet to, że bez względu na czas i miejsce, będziecie się musieli stawić na mój rozkaz i być do mojej pełnej dyspozycji

- tak – odpowiedział „chórek”

- wiecie, że widmo, ma najtrudniejsze misje?

- wiemy- znowu jednoczesna odpowiedź. Książę westchnął. Rozejrzał się po swoich rozmówcach. A po chwili odpowiedział

- więc nie mam wyboru – otworzył szufladę – Naresul kazał odpowiednim istotom to dla was przygotować. - położył na biurku pięć identycznych pudełek. Różniły się tylko nazwiskami na wizytówce na wierzchu. Po czym dodał – to wasze insygnia i odznaki. Tak mamy odznaki, bo nie zawsze chodzimy w mundurach. Naresul załatwi z wami resztę. Notabene, przegrałem kolejny zakład.

- dziękujemy książę... - Meg została powstrzymana gestem

- od tej pory jestem dla was pułkownikiem, choć tylko oficjalnie

- rozumiem...

- cieszę się. Coś jeszcze kapitanie?

- Nie pułkowniku- wszyscy wiedzieli, że mówił do Meg, mimo iż nie otwarli jeszcze swoich pudełek. To był znak do odejścia. Poszli do jej komnaty. Pierwszy nie wytrzymał Yoshi

- jestem porucznikiem

- my też. Meg masz czterech poruczników

- i bardzo dobrze. A swoją drogą skąd wiecie, jak wygląda ranga porucznika?

- widzieliśmy jednego w mieście. Tak go przechodnie tytułowali. Pani Kapitan

- Pani Kapitan zaraz ci przywali w ten roześmiany pysk Toudi. Nie udawaj małego ogra... - sprzeczkę przerwało pukanie do drzwi.

- Spodziewasz się kogoś?

- nie, oczywiście, że nie.... proszę. - ostatnie słowo było skierowane do drzwi

- moje gratulacje – Jacek miał szeroki uśmiech, jakby trochę nie naturalny. Widząc ich miny powiedział:

- zaklęcie rozweselające. Feanilowi nerwy sie poluzowały – nawet gdy mówił, szczerzył zęby

- poluzowały? Taa. Znaczy trochę się zdenerwował. Zawsze ze mną przegrywał.

- zakład.

- ta... stawką było 3 dni wolnego. Ale najpierw mam się zająć waszymi papierkami i ekwipunkiem. Trzeba nam na główną wyspę. Może jutro

- po śniadaniu

- Meg...

- mieliście inne plany poruczniku Mózg?

- nie, ale

- więc ustalone. Chyba, że Jacek ma coś innego w planie

- nie, nie. Po śniadaniu będzie w sam raz... dobranoc – wycofał się tyłem z pokoju, jakby zobaczył coś strasznego. Gdy tylko jego kroki się oddaliły, cała paczka parsknęła śmiechem. Wojtek pierwszy był w stanie przemówić:

- ale... miał.... minę....

- u... uciekał.... przed..... piętnastolatką... - Yoshi podnosił się z podłogi

- widocznie Feanil też ma coś w rodzaju stopni wkurzenia

- Ale za to ty jesteś dobrą aktorką – Toudi zdążył się już uspokoić, ale wciąż trzymał się za brzuch.

Rozmawiali jeszcze przez dłuższą chwilę oglądając nowe odznaki, zanim rozeszli się do swoich komnat. Po wyjściu przyjaciół, Meg przyglądała się swojej jeszcze przez chwilę. Było to złote koło z wizerunkiem jaguara, takim jak na rękawie munduru Neresula. Znaki nad nim były też te same. Jedno słowo. Widmo. Pod wizerunkiem były cztery cyfry. 3701 „Numer Odznaki” - powiedziała w myślach - „numer pułku, potem oddziału i indywidualny. 01.” Odłożyła ją na nocny stolik. Przebrała się, weszła do łóżka i zgasiła światło dwukrotnym klaśnięciem. Prawie natychmiast zasnęła.

komentarzy: 0Wtorek, 05 lutego 2008, 23:45

NIMOST

Zaproszenie przyszło tuż po Bożym Narodzeniu. Posłańcem był Gnom. W czapce i zimowej kurtce wyglądał jak brzydki dwunastolatek. Sierżant nie miał co liczyć na urlop, więc Meg wybierała się z przyjaciółmi. Na Nimost. Rankiem, pierwszego dnia ferii pod dom zajechał minibus, wysiadł z niego znajomy gnom. Gdy tylko podeszli z Toudim powiedział swym piskliwym głosem:

- Witaj panienko Meg, paniczu Toudi. Wszyscy już czekają.

- cześć Rodrigo. - wsiedli do samochodu. Pojazd skierował się na autostradę. Po jakiś piętnastu minutach, jakąś boczną drogą wjechali w las. Gnom poprosił by wysiedli i zabrali bagaże. W następnej chwili zgniótł coś w ręce. Przed nim zaczęło pojawiać się niebieskie światło. A raczej coś, co świeciło delikatnym niebieskim światłem. Gdy urosło do rozmiarów człowieka usłyszeli głos gnoma:

proszę się pośpieszyć z przechodzeniem, zanim ktoś nas zauważy.

- Rodrigo, co to jest?

- To portal paniczu Rudy, prowadzi wprost na wyspę mojego Pana. A teraz proszę się pośpieszyć.

To było dziwne uczucie. Jakby jechali na okropnie szybkiej kolejce górskiej, tyle że bez wagoników. Cała podróż przez portal trwała zaledwie pięć sekund. Rudy był ostatni. Tylko on zdołał utrzymać się na nogach po wyskoczeniu z portalu, który zamknął się zaraz za nim. Natychmiast zdjęli kurtki. Tu było ciepło. Rozejrzeli się. Stali na placu przed zamkiem, jakby żywcem wyjętym z bajki. Podobnie było z miastem ułożonym jakieś 50 metrów niżej. Wszystko, zamek, miasto i schody do niego prowadzące było z białego marmuru. Rodrigo zaprowadził ich do zamku. Przed nimi służba niosła bagaże. Były to same krasnoludy. Zaprowadzono gości do pokoi we wschodnim skrzydle. Gdy tylko się rozpakowali i przebrali w letnie cichy, wybrali się na zwiedzanie zamku. W środku korytarza na pierwszym piętrze, naprzeciw schodów była niewielka biblioteka. Na wprost drzwi, pod oknem stało masywne dębowe biurko zwrócone przodem do środka komnaty. Mózg podszedł do mapy wiszącej obok drwi

- Zobaczcie, jedna wyspa w środku, a pozostałe tworzą wokół niej dwa kręgi.

- To wygląda jak róża wiatrów – Rudy podszedł bliżej

- Tak, te z głównych kierunków są dalej od środkowej wyspy

- A my jesteśmy tu, dokładnie na północny wschód od Annaer.

- macie rację. - do pokoju wszedł książę. Wyglądał normalnie, poza cienką srebrną opaską na czole z wizerunkiem jastrzębia po środku- więc zaczęliście zwiedzanie od mojego gabinetu.

- Ma pan tu ciekawą kolekcję. Tolkien, Sapkowski, Pratchett. Same fantasy.

- Naprzeciw znajdziesz trochę mangi Yoshi. - Chłopak odwrócił się z uśmiechem – odrobił pan zadanie co?

- Owszem- książę odwzajemnił uśmiech – to nie jest oficjalne potkanie, więc darujmy sobie te tytuły, jestem Feanil

- Książę Nimost, dowódca 3 pułku Straży o kryptonimie Widmo, obecnie 6 oddziałów z czego pięć to trzyosobowe grupy półsmoków.

- Jestem pod wrażeniem Toudi. Panowie, dokładniejsze mapy są w atlasach po lewej stronie biurka, tuż przy ścianie, 3 półka od góry.

- Piękna. Kim ona jest? - Meg trzymała w ręce ramkę – ta kobieta na rysunku?

- Zabawne, ty pierwsza o to pytasz

- więc?

Sam chciałbym wiedzieć. Widziałam ją tylko raz, a nie miałem zbyt dużo czasu.

- nie rozumiem

- nawet ja czasem wykonuję jakąś misję. Byłem akurat w drodze w pewne miejsce, kiedy na rozstaju musiałem się zatrzymać. Dwu mrocznych elfów, ork i goblin. Nie byli przyjaźnie nastawieni. Więc zsiadłem z konia i zrobiłem co trzeba.

- z konia?

- tak. Lubię konną jazdę. Oszczędzę wam szczegółów walki. Gdy skończyłem, ledwo zdążyłem przenieść ciała na skraj drogi gdy ich usłyszałem. Wyglądała dokładnie tak jak na rysunku. Czarny jednorożec, piękny Mustang czyste krwi. Na nim blondynka, pięć i pół stopy wzrostu, włosy rozpuszczone, sięgające za ramiona. Suknia z błękitnego jedwabiu z delikatnym haftem i biała laska czarodzieja w ręce.

- przepraszam, powiedziałeś Mustang?

- tak. Ten róg jest sztuczny. To był Mustang, nie jednorożec, zresztą galopu tego drugiego nie da się usłyszeć nawet na bruku. Poza tym zaraz za nimi pojawił się wózek z kamerą.

- o rany, czyli przypadkiem na plan jakiegoś filmu wlazłeś? A twoi wrogowie?

- oni byli prawdziwi. Sprawdziłem jak tylko kamera przejechała obok.

- nieźle

- ta, Fen ma talent do takich spotkań – Do pokoju weszła ciemnowłosa elfka

-- Elexie się to moje „szczęście” nie podoba, ciekawe czemu

- Bo nas też obowiązuje Klauzula Tajności

- przepraszam, że co?

- racja Mózg, Klauzula Tajności, prawo czarodziejów, znaczy zwykli ludzie nie mogą o nas wiedzieć

- ja też jestem zwykłym...

Jej kumpel zwykłym człowiekiem? - Elexa wskazała głową Meg – nie rozśmieszaj mnie, niby czemu masz taką ksywkę? Zwykły to w tym pokoju nikt nie jest.

- co masz na myśli łuczniku

Elfka spojrzała na księcia- jeszcze jej nie powiedziałeś?

- Nie zdążyłem jeszcze tego zrobić.

- Masz okazję

- Dobra. Meg nie musisz pokazywać, tylko odpowiedz. Masz znamię w kształcie półksiężyca... pod lewą piersią?

- Tak...

- Rada Annaer podejrzewa, że jesteś Łowcą.

-Kim?

- To znamię jest cechą dziedziczną Łowcy, tak jak twoje umiejętności walki, znajomość „magicznych stworzeń”, ich języków i magii, choć podejrzewam, że to ostatnie jeszcze się nie ujawniło.

- Czemu?

- bo jeśli chodzi o magię, dla Łowcy jest jeden warunek, którego nie spełniasz... jesteś dziewicą - dziewczyna spuściła zarumienioną twarz. Lecz w jej głos był spokojny – o co chodzi z tym Łowcą?

- Łowca, spadkobierca ostatniego wiedźmina i czarodziejki nauczył wszystkiego pierwszych ze Straży. Raz na sto lat nowo narodzony potomek jego rodu dziedziczy wszystkie jego umiejętności. Nie musi się tego uczyć. Ma to od urodzenia.

- i myślicie, że ja nim jestem, tym spadkobiercą.

- masz właściwe znamię, we właściwym miejscu. Od razu rozpoznałaś Uruk-hai, pokonałaś ich bez wysiłku i rozumiesz co mówię, mimo iż to Starsza Mowa. Jestem pewien, że właśnie ty jesteś kolejny Łowcą.

- I?

- nie ma żadnego i. To wszystko

- Żadnej misji, przekleństwa itp?

- nie. Nic poza tym, że często przez magiczne istoty będziesz proszona o pomoc. Będą Cię odwiedzać w domu, w szkole, zaczepiać na ulicy, dla nas to norma

- cholercia. Jak tego uniknąć.

- Nie da się. Taki już twój los

- cholercia. Mam przerąbane

- będzie dobrze, damy rade

-Yoshi?

- Rudy tłumaczył waszą rozmowę

- taa, mamy przechlapane

-Toudi...

- Nie martw sie, gdzie ty tam i my, pamiętasz, jesteśmy drużyną

- Mózg...

-Mają rację, jesteśmy jak palce jednej ręki, działamy razem

- Rudy...

- mam dla was nawet nazwę. Camlann

- Dłoń

- Fajne, wszystko piękne, ale mam pytanie... macie tu coś takiego jak lunch czy co – Żołądek Toudiego zawył donośnie. Pozostali jednocześnie wybuchnęli śmiechem. Po chwili do gabinetu wszedł krasnolud w czarnym fraku

- Podano do stołu

 

Godzinę po posiłku. Meg wzięła miecz i zeszła na plac zamkowy. Zgodziła się na sparing z księciem. Czekał na nią. Był odwrócony tyłem, więc mogła przyjrzeć się jego broni, którą nosił na plecach. Miecz wyglądał prawie tak samo jak jej. Tyle że smok był srebrny ze szmaragdowymi oczami. Nie zdążyła podejść zbyt blisko. Błyskawiczny ruchem dobył broni. Ciął z obrotem, z góry z prawej. Ledwo zdołała odparować cios. Od razu wyprowadziła pchnięcie w mostek. Odbił cios i ciął z półobrotu w krtań, samym końcem klingi. Odbiła go w prawo. W ostatniej chwili zauważyła bagnet w lewej ręce przeciwnika. Odsłoniła się tym blokiem. Celował w serce. Ledwo udało się jej odskoczyć, a zadał kolejny cios, cięcie w twarz końcem miecza, od dołu. Zrobiła salto w tył. Uderzyła go stopą w szczękę....

- Co się dzieje? -Toudi podszedł do kluczganku

- Trenują – Rudy obserwował pojedynek

- Jak jej idzie?

- Ma to we krwi. To widać

- On też jest niezły

- Meg z łatwością odpiera każdy cios

- To wygląda jak jakiś taniec.

- Taa, fachura, nie ma co.

- to może skoczymy do miasta?

- dobry pomysł – nie zauważyli przyjścia Mózga – oni tak chyba mogą bez końca

- To postanowione – za nim był Yoshi – Choćmy

Walczyli już pół godziny, a żadne z nich nie miało nawet zadrapania.

- Dobra jesteś

- Ty też

- może skończymy na dzisiaj?

- niech będzie – dziewczyna oparła się o fontannę na środku placu

- Wiesz co to za miecz? - dziewczyna spojrzała na ostrze w swojej ręce – jakoś się nad tym nie zastanawiałam

- To Skrzydło Złotego Smoka

- A twój? Jest podobny

- Zwą go Pazur Srebrnego Smoka, Albo Srebrny Pazur

- Więc mój to Złote Skrzydło?

- Tak. Wykute przez tego samego człowieka. 3 Łowcę

- mojego przodka...

- Są Takie cztery. To niezwykłe miecze.

- To gdzie są pozostałe dwa?

- Jeden ma Naresul, Kieł Białego Smoka, czy jak wolisz Biały Kieł. Czwarty zaginął. Czarny Ogon

- Co w nich takiego nie zwykłego?

- hmm... co wiesz o Społeczności Dusz?

- Yoshi coś wspominał, zara, to z mangi...

- nie. Jeden z twórców mangi widzi shinigami, to wszystko. Wiesz kim oni są?

- mniej więcej, a co to ma do rzeczy?

Shinigami mają miecze, Zampaktou. To co trzymasz w ręce to jego odpowiednik.

- że jak?

- Trzeci Łowca dużo czasu spędził w Społeczności Dusz. Gdy powrócił wykuł te miecze. Są one zdolne przeciąć wszystko, nawet ciało astralne

- na przykład Pustego?

- Tak. I to wszystko co łączy je z pierwowzorem. Nie mają specjalnych mocy, poza tym, że jest to jedyna wykuta broń, której można użyć przeciw pustym.

- Po co mi to mówisz?

- Wiesz co to Arrancar?

- to oni istnieją jednak na prawdę?

- tak. Mało tego gdy Arrancar utraci Zampaktou na naszym świecie, nie będzie mógł wrócić, musi tu zostać. Wtedy, po jakimś czasie zyskuje moc odbierania szczęścia. Nadal może pozbawiać inne istoty duszy, przez usta. Nazywają to pocałunkiem. Bo widzisz, Taki Arrancar staje się Dementorem. Tak powstali pierwsi z nich dawno temu. Jak dotąd się nie powtórzyło, ale dementorzy mnożą się w jakiś inny sposób. To ma coś wspólnego z mgłą.

- Po co mi o tym mówisz?

- Bo przeczuwa coś złego – przed nimi stał srebrnoowłosy chłopiec w czarnej szacie i białym płaszczu. Miał miecz

- To Hitsugaya, kapitan dziesiątego oddziału z 13 oddziałów obronnych społeczności dusz. Co Cię tu sprowadza Toushirou?

- Dementorzy są nie spokojni

- Czarny Pan powrócił, więc to oczywiste. Pewnie się do niego przyłączą gdy tylko poprosi

- co zamierzasz?

- Nic. Ministerstwo nie chce naszej pomocy, A sami się wtrącać nie będziemy. To ostateczne postanowienie Rady

- jesteś pewien?

- tak. Niech angielski minister magii sam sobie radzi. Zobaczymy jak na tym wyjdzie

- Eh... dobra, przekarze pozostałym to dowódcom. Powodzenia Łowco.

komentarzy: 0Poniedziałek, 04 lutego 2008, 14:52

* * *

Meg siedziała na szerokim parapecie okna w swoim pokoju, słuchając muzyki, gdy pod dom naprzeciwko podjechał czarny Oldsmobile rocznik 70. Wysiadł z niego facet, w wieku jej wuja. Miał na sobie coś, co wyglądało jak mundur, ale pierwszy raz widziała podobny. Gdyby nie insygnia na pagonach i naszywki, była by to po prostu ciemnoszara koszula i zwykłe czarne spodnie. Nie mogła rozpoznać rangi. Naszywka na prawym rękawie, też nic jej nie mówiła. Łeb jakiegoś dużego kota, chyba biały, w czarnym tle. Nie mogła dojrzeć napisu wokół krawędzi naszywki. Stał przez chwilę spokojnie, oparty o drzwi samochodu. Gdy się odwrócił spojrzała za jego wzrokiem. Wyglądało na to, że czekał na jej wujka. Znali sie chyba dość dobrze. Po paru słowach weszli do sieni. Dziewczyna poszła do kuchni

- Będziemy mieli gościa ciociu

- znowu siedziałaś w oknie?

- Tak – uśmiechnęła się – to chyba jakiś znajomy wujka, ale nie mogę rozpoznać munduru.

- mun... - rozległ się dzwonek do drzwi -otworze, nakryj do stołu prosze

Z rozmowy w przedpokoju wynikało, że przybysz jest kolegą z wojska. „Dawno się nie widzieli, bo cioci nie znał wcześniej” Meg zastanawiała się układając talerze - „Ciekawe czemu nie chce nic mówić o sobie. Później. Dziwne” Nie miała więcej czasu na rozmyślanie, gdyż właśnie weszli do pokoju. Po wymianie uprzejmości zasiedli do stołu. Dorośli rozmawiali zupełnie normalnie, ale coś jej nie pasowało. Zbierając talerze ze stołu, Meg spojrzała na naszywkę z kotem, „grupa widmo”, najbardziej zdziwiło ją, że mogła bez problemu odczytać dziwne pismo, choć była pewna, że pierwszy raz je widzi. Gdy wróciła do pokoju, spytała:

- Co to za grupa Widmo kapitanie?

- Więc to prawda – wujostwo byli zaskoczeni, ale nie przerywali tej dziwnej rozmowy – to grupa specjalna Straży Annaer, coś pomiędzy SWATem, a Gromem. Więc potrafisz czytać Tengwar, mimo że pierwszy raz go widzisz. Nawet insygnia Straży.

- O czym wy mówicie? - policjant był zaniepokojony

- Annaer to Archipelag 17 wysp, nie ma tam typowej Armii czy policji. Te funkcje spełnia Straż. A twoja podopieczna ma coś wspólnego z tym miejscem. Nie wiem dokładnie co, ale jej zdolności są dość niezwykłe.

- Co tu jest grane Cichy?

- wiesz Jaskier, że powiedziałbym ci wszystko, problem w tym, że wiem niewiele więcej od ciebie

- a co wiesz?

- Dziewczyna przy pierwszym spotkaniu z orkami zdołała określić ich klan i odpowiednio zareagować. Doskonale włada mieczem, mimo, ze pierwszy raz miała go wtedy w ręku. Nie tylko czyta, ale i doskonale rozumie Starszą Mowę, czy jak wolisz język elfów, choć nigdy się go nie uczyła. Kosa wspomniał coś o przepowiedni, ale nie chciał mi nic powiedzieć. Tyle wiem.

- Powiedziałeś Kosa?

- tak sierżant Kosa, obecnie Feanil, książę Nimost, jednej z wysp, Dowódca Widma.

- książę...

- taa. Szesnastu ich jest. Główna wyspa nie ma władcy. Oni wszyscy tworzą Radę. Wspólnie rządzą całym archipelagiem.

- Wiesz może jak on został księciem?

- Po naszym przejściu do rezerwy, a jeszcze przed końcem jego kontraktu znalazł pierścień. Okazało się że poprzedni właściciel zamknął w nim swoją moc. Jak sierżant go założył stał się druidem i to piekielnie dobrym. W mieczu i wręcz też nie ma sobie równych na całym Annaer. Nie wznawiał kontraktu, znalazł w lesie wioskę elfów, a stamtąd popłynął na wyspy. Stary książę Nimost nie miał potomstwa, a tak polubił Kose, że zrobił go swoim spadkobiercą. Trzy lata temu staruszek zmarł.

- A jaka jest twoja rola?

- miałem się z wami potkać, odpowiadać na wasze pytania i powiadomić, że możecie się spodziewać innych gości z Archipelagu i zaproszeń na niego.

- My?

- Jesteście przecież jej opiekunami, Meg jest nieletnia. A poza tym dotyczy to również jej przyjaciół. Ten Peramlug będzie szczególnie ciekaw tego miejsca.

- kogo masz na myśli?

- chłopaka o czerwonych włosach. Mają kolor łuski jego ojca – Amistred Flissethen jest banitą. Ale o tym kiedy indziej. To nie czas ani miejsce.

- Zwłaszcza, że Rudy też powinien to usłyszeć

- Właśnie...

 

Na ostatnim piętrze zapuszczonej kamienicy paliło się światło. Wspinacze, jak ich nazywano, przez upodobanie do tegoż sporu mieli tu swoje miejsce spotkań. Meg weszła do pokoju. Zauważyli ją dopiero gdy spytała:

- Czemu nie powiedziałeś nam kim jesteś, Rudy?

- bo nie ma się czym chwalić – on jeden nie był zaskoczony tym pytaniem

- więc może mi to wyjaśnisz?

- mój ojciec nie był zbyt miły dla mamy, przeciwnie, zrobił co chciał, nawet nie pytając i zgodę i odleciał. Dosłownie.

- O czym wy gadacie? - Mózg wypowiedział myśli reszty drużyny. Wojtek zamiast odpowiedzieć, zdjął soczewki kontaktowe. Otwierając oczy powiedział:

- mój stary jest smokiem – chłopcy nie wiedzieli, co ich bardziej zdumiało, jego słowa, czy żółte oczy z pionowymi źrenicami jak u gada. Rudy ciągnął dalej – a dokładniej jednym z Wielkich Smoków, mogących przybrać ludzką postać i w niej mieć z ludźmi potomstwo. Amistred Flissethen, czyli mój ojczulek, psia jego mać, jest banitą, został wypędzony za coś tam z wyspy, gdzie mieszkał. A ja nie jestem owocem szczęśliwego związku. To wszystko.

- Zapominasz o swoich zdolnościach...

- też mi coś. Władza nad ogniem, nie mogę nim zionąć czy w inny sposób tworzyć, ale potrafię nim kierować... i regeneracja. Jedyne co mi nie odrośnie, a goi się prawie tak samo jak wam to głowa i serce. Wielkie mi rzeczy. Zamiast tego wolałbym mieć ojca.

- przep....

- nie potrzebnie, miałaś rację. Dawno powinienem wam to powiedzieć Tobie kto o tym powiedział?

Pewnie właściciel Oldsmobile'a – prawie zapomniała, że Toudi mieszka piętro niżej niż ona.

- To kolega wuja, jeszcze z wojska. Obecnie kapitan w grupie Widmo... - Dziewczyna opowiedziała przyjaciołom o rozmowie z tym niezwykłym gościem. Byli zaskoczeni, że ze względu na przyjaźń, też mogą zostać zaproszeni. Dochodziła już 22 gdy dyskusję przerwał pierwszy sms od rodziców. Wszyscy rozeszli się do domów.

komentarzy: 0Piątek, 01 lutego 2008, 10:47

Tagi

Nie znaleziono tagów

Archiwum wpisów

Moje statystyki

Na gram.pl jestem już: 4495 dni

Moich wejść na gram.pl: 388 (#4027)

Napisanych postów i komentarzy: 0 (#1920)

Napisanych recenzji: 0

Wpisów na blogu: 85 (#147)

Liczba odwiedzin mojego gramsajta: 1 405 (#940)

Więcej o mnie

Krótko o mnie:...

Moje tagi:fantasy, fantasy i rpg, opowiadania, opowiastki

Urodziny:za 330 dni (14 lipca 1981)

Moje motto:nie ilość a jakość, nie szybko a dostojnie tajemniczo z klasą z wdziękiem i spokojnie

Obecny stan:

Posiadany sprzęt:PC

XFire

Ostatnie odwiedziny

Moje Avki

kreskowka.pl:

 

 Bleach legends pbf

Nie gram na BL już jakiś czas, ale avek może się jeszcze przydać:)

Onirisme:

 

Wyspa Chimera:

Po drugiej stronie krzywego zwierciadła:

 

 

 District 13:

 

Dystopia rpg:

 

 

 

 

 

 


 

 

 

Prywatne wiadomości

Zaloguj się by wysyłać wiadomości

Strona prezentuje indywidualną opinię użytkownika. gram.pl nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczone przez użytkowników.
© gram.pl