avatar

Spayki Użytkownik gram.pl (Przewodniczący) ja.gram.pl/Spayki

Mój blog (ostatnie wpisy) rss

Pomyslowo.net - Twój pomysł na to i owo

Po długiej przerwie wróciłem do pisania. Zainteresowany? Jeżeli tak - serdecznie zapraszam na:

Pomyslowo.net

komentarzy: 1Piątek, 22 marca 2013, 17:35

Dobry film nie jest zły #3 - luty 2010

recenzja, film, kino, ranking, Top

Ceremonia rozdania Oscarów tuż za rogiem. Już za moment, już za momencik nagrody Akademii trafią do osób stojących za największymi (co nie znaczy najlepszymi) produkcjami filmowymi 2009 roku. Faworytów jest kilku, w niektórych kategoriach mamy właściwie pewniaków (no bo kto jak nie Avatar miałby zgarnąć statuetkę za efekty specjalne?), a i rodzimy akcent w postaci pasztetu z królika po berlińsku się trafił – pozycja obowiązkowa nie tylko dla amatorów staropolskiej kuchni.

Rzutem na taśmę w ankiecie towarzyszącej drugiej odsłonie mojego cyklu pierwsze miejsce zajęła – oczywiście zupełnie niespodziewanie – "przełomowa" (cudzysłów zdecydowanie na miejscu) produkcja Jamesa Camerona. Przez większą część lutego dzielnie na prowadzeniu utrzymywał się duet w osobach Jacka Blacka i Kyle'a Gassa, czyli odtwórców głównych ról w Kostce Przeznaczenia, niemniej nawet magia rocka okazała się niewystarczającym orężem w batalii z Na’vi. Cóż, twórcę Titanica zdetronizować może chyba tylko jego była żona.


0Harry Angel (Angel Heart)
Fakt iż film Alana Parkera obejrzałem dopiero teraz potraktować należy jednoznacznie: to niewybaczalne faux pas z mojej strony. Zresztą najpewniej w tym stanie błogiej nieświadomości utrzymywałbym się nadal, gdyby nie zanucony w myślach fragment utworu To nie był film w wykonaniu zespołu Myslovitz. "Urodzeni mordercy, Kalifornia, Siedem, Harry Angel, Pulp Fiction, Hellraiser (nie jestem pewien, ale chyba nie o Erasera, czyli Egzekutora ze Schwarzeneggerem tutaj chodzi. Oby) i Freddy" – zdałem sobie sprawę, że jedno z tych nawiązań jest mi obce. Oczywiście sam tytuł znałem, aczkolwiek jakoś nigdy nie było sposobności, by przyjrzeć mu się bliżej. Wszak jak długo można żyć w grzechu? Paradoksalnie obraz ten daje na tak postawione pytanie jednoznaczną odpowiedź: długo. Mimo że nie przepadam za nawiązaniami do kultury voodoo i nie przemawia do mnie sposób rozwiązania historii – przyznać trzeba, że cała opowiastka jest klimatyczna, co w połączeniu z charakterystyczną, na wskroś amerykańską twarzą Rourke’a i kocimi popisami uroczej Lisy Bonet (ach te lata 80.!) tworzy spójny oraz przemyślany obraz. I oczywiście Robert De Niro w roli Lucyfera to klasa sama dla siebie. Niemniej w moim prywatnym rankingu numerem jeden pośród odtwórców szatańskich ról pozostaje Al Pacino z Adwokata diabła. Inna sprawa, że na tle Keanu "gram jedną miną" Reevesa każdy bardziej rozgarnięty aktor jest w stanie wykrzesać z takiej roli iście piekielne płomienie.

 

0The Hurt Locker. W pułapce wojny
Nie pałam miłością do filmów poruszających tematykę aktualnych trwających konfliktów zbrojnych. A przynajmniej nie tych ukazujących wydarzenia z perspektywy bohaterskich i mężnych żołnierzy spod gwiaździstego sztandaru (osobną kategorię stanowią dla mnie pozycje takie jak Hotel Ruanda). Zbyt dużo widzi się tego rodzaju materiału wszędzie wokół. Nie chcę i nie potrzebuję kolejnej dawki. Dlatego też, pomimo rekomendacji Starscreama, podszedłem do filmu Kathryn Bigelow ze sporym dystansem. To w końcu kolejna wizja ukazująca dramat z jakim spotykają się nieprzygotowani do wojny amerykańscy chłopcy (tak tytułem dygresji: jeżeli jakakolwiek gra robi ludziom wodę z mózgu to jest nią America's Army), jak zatracają oni własne człowieczeństwo, poszukują mocnych wrażeń, bo to co na co dzień oferuje im życie okazuje się niewystarczające. Irak, Afganistan, Wietnam, Korea, a jeszcze wcześniej II wojna światowa – realia się zmieniają, wątki i wzorce zachowań pozostają nietknięte. Inna sprawa, że The Hurt Lockera ogląda się po prostu dobrze i niewykluczone że Bigelow utrze nosa swojemu byłemu mężowi podczas oscarowej nocy (bo i temat aktualny, a i kobieta w roli reżysera kasowego filmu to rzadkość). Tyle tylko, że takie próby podjęcia tematu do mnie nie trafiają. W porządku, niech statuetki zgarniają filmy z wojną w tle. Byle tylko były to produkcje Quentina Tarantino.

 

0Mikołajek (Le Petit Nicolas)

W życiu człowieka wydzielić można by dwa etapy: pierwszy, w którym bardzo chce się być dorosłym oraz drugi – w którym na powrót chciałoby się być dzieckiem. Niestety mnie dotyczy już to drugie, rozpaczliwe wołanie o beztroskę, znikomą odpowiedzialność i ogólną radość ustępującą z wiekiem zblazowaniu (oby tylko w możliwie niewielkiej dawce). Mikołajek to dla mnie powrót do tego wyjątkowego okresu. Ksiązki René Gościnnego dopełnione charakterystyczną, oszczędną kreską Jeana-Jacquesa Sempé’a poznałem jako ośmiolatek. Minęło kilkanaście lat, a ja z zapałem godnym lepszej sprawy pochłonąłem Nowe przygody rezolutnego chłopca patrzącego na otaczający go świat w sposób wyjątkowy – ufny i niezwykłe dobry. Bawiłem się przy tym rewelacyjnie, uśmiechem reagując na kolejne wyzwania, przed którymi stawał bohater. Kilka miesięcy później obejrzałem adaptację tej wyjątkowej serii. I choć śmiechu już tak wiele nie było, to Laurent Tirard zachował kluczową cechę oryginału – tę wyjątkową naiwność i prostotę myśli dziecka. Oczywiście w pełni pozytywnym znaczeniu.

 

0Pokuta (Atonement)
Przez pierwszą część filmu wynudziłem się niewyobrażalnie. Czego zresztą można się było spodziewać po opisie zasad rządzących życiem arystokratycznej rodziny brytyjskiej, dla której główną rozrywkę stanowi popołudniowa herbata i zgłębianie zawiłości sztuk pisanych przez nastoletnią dziedziczkę? Szczęśliwie akcja nabiera tempa podczas sceny w bibliotece i później jest już tylko lepiej. Zbieg okoliczności, percepcja dziecka, a w konsekwencji fałszywe oskarżenia sprawiają, że życie dwojga młodych, okazujących sobie uczucie w "namiętnym", typowo wyspiarskim stylu ludzi zostaje niespodziewanie zburzone. Sielankowe "żyli długo i szczęśliwie" zmienia się w nieustanną rozłąkę przepełnioną łapczywymi próbami uzurpowania sobie choćby okruchów świata, który legł w gruzach nim na dobre został zacementowany. Ten swoisty dowód na istnienie zjawiska określanego jako efekt motyla warto przyswoić i na spokojnie przeanalizować. Nawet jeżeli pominąć przyjemność, z jaką patrzy się na Keirę Knightley.

 

0Yattâman (Yatterman)
Mikołajek nie był dla mnie jedyną w lutym okazją do powrotu do lat dzieciństwa. Wraz ze startem stacji Polonia 1 zaczęto w polskiej telewizji wyświetlać cykl charakterystycznych bajek (jeszcze wówczas nie potrafiłem zdefiniować ich jako anime). Jedną z tych, które darzę największym sentymentem jest Yattâman. Moje ubiegłoroczne próby powrotu do śledzonych przed laty filmów animowanych zakończyły się po seansie złożonym z kilku odcinkach Tygrysiej maski, a nauczony doświadczeniem fabularnego Dragon Balla raczej bez przesadnego entuzjazmu przyjąłem doniesienia o adaptacji bądź co bądź kultowego serialu. Wtedy zwróciłem uwagę na nazwisko reżysera: Takashi Miike. Widziałem jedno – jeżeli nawet film okaże się kompletną klapą, to odrobina naturalistycznej przemocy od czasu do czasu nie zaszkodzi. Rzeczywistość szybko zweryfikowała te założenia. Spuścizny Ichi The Killera w Yattâmanie ze świecą szukać, ale klimat anime jest aż nadto wyczuwalny! Tak wiernej adaptacji japońskiej animacji dotychczas nie widziałem. Momentalnie ożyły wspomnienia, przed oczami stanęły mi rysowane kadry, a oczywiste nawiązania co chwilę wrzucały banana na twarz. Trzeba jednak powiedzieć sobie jasno: to typowy japoński twór – pozbawiony logiki, często naiwny i oczywisty, z obowiązkowym roboseksem w tle. Bez co najmniej szczątkowego rozeznania w stylistyce zareagować można na kontakt z tym dziełem jedynie uśmiechem zażenowania. Ja jednak bawiłem się świetnie. Yatta!

 

W pierwszej "piątce" zabrakło miejsca dla filmów takich jak:
- Antychryst: kontrowersyjny tytuł, akcja promocyjna podszyta otoczką skandalu oraz duet von Trier-Dafoe powinny gwarantować mocne wrażenia. I rzeczywiście jest ostro, momentami nawet zbyt ostro. Do tego stopnia, że sam film, pomimo naprawdę obiecującego rysu fabularnego najzwyczajniej w świecie do mnie nie odrzucił, pozostawiając jedynie nieprzyjemny posmak zniesmaczenia,
- Dante's Inferno: An Animated Epic: ktoś polecił mi ten film jako dobrą wprawkę przed przystąpieniem do gry. Genialny pomysł! Szczególnie że fabuła podąża krok w krok za tą przedstawioną w produkcji studia Visceral Games (z niewielkimi odstępstwami), a całość jest najzwyczajniej w świecie nudna (od drugiego piekielnego kręgu zacząłem wsteczne odliczanie). Jeżeli już miał to być wspierający projekt pod hasłem Dante’s Inferno i bawiący się przy tym różnego rodzaju animowaną kreską, to ze zdecydowanie większą aprobatą przywitałbym coś w stylu Animatriksa. A tak: przed przystąpieniem do gry oglądanie tego wynurzenia psuje zabawę; po jej zakończeniu – zupełnie mija się z celem,
- Daybreakers - Świt: w pierwszej scenie wystawiony na światło dzienne wampir płonie żywym (biorąc poprawkę na ofiarę, to chyba jednak nie do końca trafnie użyty epitet) ogniem. Z otwartymi ramionami powitałem powrót do klasyki gatunku. W końcu! Krwiopijca świecący w słonecznym blasku niczym obsypany brokatem? Wolne żarty. Nie znaczy to jednak, że Daybreakers broni się jako film. W konsekwencji bliżej niesprecyzowanego wydarzenia zdecydowana większość populacji Ziemi zamieniła się w nieumarłych. A że jeść trzeba... Wykorzystanie ludzi jako deficytowego "źródła pożywienia" mieliśmy już w Matriksie, a samą wizje wampirów borykających się z wyzwaniami współczesności choćby w Straconych chłopcach. W obu przypadkach całokształt prezentował się nieporównywalnie lepiej,
- Kłopoty z blondynką: bardzo pozytywnie zaskoczył mnie ten film. Elisha Cuthbert, aka Dziewczyna z sąsiedztwa, udowodniła, że i w bardziej ambitnym kinie potrafi się odnaleźć. I choć nie jest to rola oscarowa, to opowiadającą o trudnej miłości oraz życiowych zakrętach fabułę śledzi się uważnie. Brzmi banalnie? Może i tak, niemniej warto dać sobie szansę, aby przekonać się osobiście,
- Kopciuszek: Roztańczona historia: pospolite ruszenie jest najwyraźniej na tyle zakorzenione w naszej kulturze, że pomimo upływu stuleci nadal potrafimy się zmobilizować. Taki taniec na przykład. Wystarczył jeden (później drugi, następnie trzeci...) telewizyjny program i już wszyscy wyginają śmiało ciała. Zresztą to nie tylko nasza przypadłość. Zaczęło się od Bollywood, a teraz i w Stanach trend ten jest coraz wyraźniej dostrzegalny. Co jednak warte odnotowania – akurat tę produkcję Disneya ogląda się przyjemnie. A Selena Gomez jest doprawdy słodziutka. Inna sprawa, że co bardziej ambitne i wartościowe inicjatywy (dość wspomnieć akcję cała Polska czyta dzieciom) nie cieszą się takim zainteresowaniem. Szkoda,
- Nine - Dziewięć: nie przepadam za musicalami, a na film dałem się wyciągnąć z pewnymi oporami. Nie było jednak aż tak źle. Opowiastka w sumie banalna, ale doborowa żeńska obsada na czele z Penélope Cruz i Nicole Kidman ratuje całokształt, a piosenka Be Italian w wykonaniu Fergie nadal grzeje miejsce na mojej playliście,

- Planeta 51: nie jesteśmy sami we wszechświecie! W sumie to żadne odkrycie, ale jeżeli by tak odwrócić role? W przypadku Dystryktu 9 to my (to znaczy ci od Wuja Sama) zrobiliśmy krewetkowym kosmitom jesień średniowiecza, natomiast w Planecie 51 nasz astronauta (i znowu – tak, z wiadomą flagą na skafandrze) musi wejść w buty obcego. Do bólu stereotypowe ujęcie amerykańskich lat 50. w zielonkawym odcieniu łyka się nadspodziewanie dobrze. Aha, jest nawet morał – uczcie się dzieci angielskiego, bo inaczej natraficie na problemy natury komunikacyjnej z obcymi cywilizacjami,
- Sexipistols: rewelka! Klasyczny amerykański western z pięknymi kobietami w roli dwuosobowego oddziału Zorro. Chociaż chyba nie do końca taki klasyczny, ale i tak ogląda się to całkiem przyjemnie. Zabrakło mi tylko wątku rodem z Tajemnicy Brokeback Mountain. Może przy okazji kontynuacji. No i Nobel (Oscar, Grammy – cokolwiek) dla pomysłodawcy polskiego tytułu!

Kilka godzin po publikacji trzeciej odsłony cyklu Dobry film nie jest zły prawdy stanowiące dotychczas wyłączną własność gremium Akademii zostaną ujawnione światu. Przesadnych rewelacji się nie spodziewam, aczkolwiek na zaskoczenie zawsze jest miejsce. Zresztą o tym, że przyznane statuetki nie są wyznacznikiem jakości filmu, a jedynie jego komercyjnego sukcesu wiedzą wszyscy. Niemniej jednak serdecznie zachęcam do dyskusji zarówno na ich temat, jak i przedstawionych powyżej filmowych propozycji.

komentarzy: 7Niedziela, 07 marca 2010, 23:37

Dobry film nie jest zły #2 - styczeń 2010

recenzja, film, kino, ranking, Top

Pierwszy miesiąc 2010 roku w kinach na całym świecie był właściwie przedstawieniem jednego artysty. A imię jego... Zresztą, wiecie sami. I ja tę produkcję obejrzeć musiałem. Oczywiście również dlatego, że po prostu chciałem. Nie zmienia to jednak faktu, iż poza tym obrazem widziałem jeszcze kilka innych, obok których warto zatrzymać się na dłużej.

Zanim jednak przedstawię najlepszą piątkę stycznia, chciałbym podziękować wszystkim, którzy włączyli się do dyskusji na temat mojej poprzedniej publikacji z cyklu Warto zobaczyć. Nie ma w końcu nic równie twórczego jak rzeczowa wymiana zdań i  konstruktywna krytyka. Jednocześnie – tytułem podsumowania – warto nadmienić, iż najwięcej głosów w ankiecie uzyskał Dystrykt 9. Specjalnie zaskoczony nie jestem, choć sam za najlepszy film, jaki widziałem w grudniu uznaję Prestiż. Nie przedłużając już – oto propozycje na otwarcie nowego roku!


0Avatar
- Widziałaś?
- Widziałam.
- Byłeś?
- Byłem.
Niemal każda osoba, z którą w ostatnim czasie rozmawiałem na tematy związane z kinematografią oglądała Avatara. Co więcej – znakomitej większości film ten bardzo się podobał. Nie ma się zresztą czemu dziwić, najnowsza produkcja Jamesa Camerona to esencja kina rozrywkowego. Obawiam się jedynie, iż twórca Obcego wyrasta na pierwszego rzemieślnika Hollywoodu. Najpierw Titaniciem, a teraz Avatarem Cameron udowadnia, że jak nikt inny potrafi trafić w zbiorowe gusta. Tylko czy w tych filmach jest cokolwiek nowatorskiego? Mamy tu żołnierza wysłanego z misją infiltracji i nawiązywanie przez niego coraz bliższych stosunków z dotychczasowym wrogiem, miłość bohaterów z dwóch kompletnie różnych światów (tym razem, w odróżnieniu od romansu Jake’a i Rose, dosłownie), poprzedzającą decydujące starcie, chwytającą za serce przemowę ("pomożecie?") i oficera zaślepionego rządzą mordu, a wszystko to przyprawione ciekawymi widoczkami oraz płonącym o poranku napalmem... no prawie. Historia opowiedziana na planecie Pandora to po prostu układanka zgrabnie złożona ze znanych branży od lat elementów. Czy to jednak coś złego? Absolutnie nie! Dopóki tego typu filmy dobrze się ogląda (a tak jest w tym przypadku) – niech powstają. Natomiast stawianie Avatara pośród największych dokonań światowego kina uważam za nieporozumienie. Ale Oscary na pewno się posypią. Amerykanie lubią filmy z ważnym przesłaniem (choć wałkowanym już niejednokrotnie), którego zrozumienie nie wymaga angażowania przesadnie wielu szarych komórek.



0Greta (According to Greta)
Zbuntowana, irytująca nastolatka (w tej roli Hilary Duff) spędza wakacje w położonym gdzieś na prowincji domu swoich dziadków. Czego się spodziewałem po takim wstępie fabularnym? Oczywiście kolejnej prostej w odbiorze komedii z zakręconymi imprezami, litrami alkoholu i utraconym dziewictwem w tle. W tym przekonaniu utwierdził mnie zresztą pierwszy kwadrans filmu. W finalnym rozrachunku Greta okazuje się być czymś zupełnie innym. To przede wszystkim historia o rodzinie. O będących następstwami tragicznych wydarzeń problemach z samym sobą, o próbach uporządkowania swojego świata oraz o miłości (miłości, nie szczeniackim zauroczeniu). To dowód na to, jak ważny jest pierwszy krok i jak trudno go czasem wykonać, szczególnie w odniesieniu do kontaktów z ludźmi nam najbliższymi. Naprawdę warto zobaczyć ten, świecący niczym promyk nadziei na tle amerykańskich "produkcji młodzieżowych", obraz.



0Sherlock Holmes
Nigdy nie byłem szczególnym miłośnikiem błyskotliwego detektywa z gracją rozwiązującego kryminalne zagadki XIX-wiecznego Londynu. Kreacja Roberta Downeya Juniora  ma jednak sporo wspólnego z Bondem Daniela Craiga. To nie jest już dżentelmen w każdym calu od linijki układający przedziałek na głowie. Nowy Sherlock Holmes "w ryj dać może dać", rzadko opuszcza go przyjaciel samotnych – kac, a wolne chwile spędza na uczestnictwie w walkach rodem z Fight Clubu i uprzykrzaniu życia swojemu współlokatorowi. Zresztą łączący go z doktorem Watsonem rodzaj przyjaźni przypomina więź pomiędzy legitymującymi się tytułami naukowymi bohaterami pewnego popularnego serialu. Holmes sabotuje związki Watsona (Holmes-Watson, House-Wilson – przypadek?), ten z kolei przychodzi mu z odsieczą w najtrudniejszych sytuacjach. Ot, toksyczny związek. Doprawienie tych relacji odrobiną gadżecików, mistycyzmu oraz zmysłowości Rachel McAdams czynią z filmu Guya Ritchiego łatwostrawny i – co najważniejsze – wciągający kąsek nie tylko dla miłośników detektywa rezydującego przy Baker Street 221b.



0Tenacious D: Kostka Przeznaczenia (Tenacious D in The Pick of Destiny)
Jack Black ma w sobie coś, co sprawia, że tego faceta nie można nie lubić. Nie jest on ani przystojny, ani przesadnie utalentowany, ale jedno spojrzenie na jego okrągłą twarz wrzuca mi automatycznie uśmiech na twarz. Taka też jest Koska Przeznaczenia. Młody JB opuszcza rodzinę i z gitarą przewieszoną przez ramię rusza w świat. Jego cel jest prosty: zostać gwiazdą rocka. Na swojej drodze spotyka innego życiowego nieudacznika - Kyle'a Gassa we własnej osobie. Jak powszechnie wiadomo: dwa minusy dają plus, więc panowie wspólnymi siłami postanawiają zawładnąć przemysłem muzycznym. Nie uda się to jednak bez świętego gralla rocka. W jego poszukiwaniu bohaterowie, niczym rycerze okrągłego stołu, stosują zmyślne fortele (włamanie do muzeum z gracją wojownika ninja), żywią się życiodajnymi eliksirami (tzn. grzybkami) i stawiają czoła samemu panu ciemności. I mimo że aniołami zdecydowanie nie są, z wszelkimi przeciwnościami radzą sobie z niebiańską subtelnością. Świetna muzyka, liczne odwołania do historii muzyki rozrywkowej, rewelacyjny humor i wyjątkowy duet głównych bohaterów – czy potrzeba jeszcze czegoś, aby dobrze się bawić?



0Wrota do piekieł (Drag Me to Hell)
Remake’i azjatyckich (czy nawet hiszpańskich) horrorów, odświeżanie przyprószonych siwizną klasyków i kręcone hurtowo slashery bez fabuły – oto droga, którą od dobrych kilku lat podąża amerykańskie kino grozy. Szukając czegoś innego natrafiłem na wzmianki o Wrotach do piekła. Kto jak kto, ale Sam Raimi na kreacji klimatycznych horrorów się zna. Jasne, tego typu produkcje zwykło się klasyfikować jako kino klasy B, jednak w końcu i Quentin Tarantino świadomie tworzy tego typu obrazy. Zresztą nomenklatura nie ma znaczenia, jeżeli film dobrze się ogląda. A tak w istocie jest w przypadku Drag Me to Hell. Na młodą kobietę zostaje rzucona klątwa. Tak, tak, wątek doskonale znany i wałkowany na wiele sposób. Nic jednak w tym złego. Raimi bawi się konwencją z pogranicza pastiszu – tu strasząc, tam bawiąc, a w jeszcze innym miejscu wywołując odruchy wymiotne. I rzeczywiście, jest tutaj kilka momentów, w których nerwowo się wzdrygnąłem. Za co serdecznie dziękuję, tego szukałem! Dobra rzecz w oczekiwaniu na odnowionego Hellraisera. Sama wizja tego wydarzenia napawa mnie lękiem. Aż chciałoby się powiedzieć "co by tu jeszcze spieprzyć, panowie...?".


Tym razem poza głównym zestawieniem wylądowały:
- American Pie 7: Księga Miłości: American Pie już za życia stał się legendą. To już siódma część? Jak ten czas leci. Klimat przez te wszystkie lata się nie zmienił, ale Księgę Miłości ogląda się zdecydowanie lepiej aniżeli dwie (czy nawet trzy, tracę rachubę) wcześniejsze odsłony serii. Niemniej do pierwszych dwóch się nie umywa,
- Iluzjonista: Prestiż zauroczył mnie na tyle, że postanowiłem choć na chwilę pozostać jeszcze w – przynajmniej teoretycznie – zbliżonej tematyce. Stylistyka Iluzjonisty to jednak coś zupełnie innego. Niby więcej tu kuglarskich sztuczek niż u Nolana, aczkolwiek czar w pewnym momencie prysł. Film to oczywiście dobry, ale fabuły z otwartymi szeroko ustami nie śledziłem. Magiczna sztuczka nie zabiła widowni,
- Parnassus: nie rozumiem zachwytów nad tym filmem. Tak samo jak nie rozumiem nagłej fascynacji Heathem Ledgerem. Co najzabawniejsze – jestem przekonany, że znakomita większość "fanów" (bardzo nie lubię tego określenia, ale w tym kontekście pasuje doskonale) jeszcze dwa lata temu nie kojarzyła nawet jego nazwiska, mimo że do tego czasu zagrał już w kilku udanych produkcjach. Cóż, po raz kolejny potwierdzenie znajduje zasada, że dla kariery artysty nie ma nic lepszego niż jego śmierć. Co zaś się tyczy samego Parnassusa – ot, to taki Pan Kleks na sterydach. Dla osób znających poprzednie "olśnienia" Terry'ego Gilliama nie jest to pozycja na żadnej płaszczyźnie zaskakująca,
- Piła VI: serie Piątek trzynastego i Koszmar z ulicy wiązów niewątpliwie określić należy mianem kultowych. Piła powoli człapie w kierunku tego "zaszczytnego" grona. Pierwsze części każdej z tych sag były na swój sposób wyjątkowe, ale im dalej w las, tym ciemniej. Logiki tu niewiele, nowatorstwa właściwie zero, a i makabryczne zabawki nie robią już na widzach większego wrażenia. To jednak bez wątpienia nie koniec tego serialu. Zresztą już teraz pojawiają się klasyczne retrospekcje. W końcu kto jest w stanie spamiętać wszystkie te fabularne wynaturzenia?
- Piorun: kolejna animacja komputerowa wypluta przez studio Disneya. I co z tego, że nieźle się to ogląda (choć nie tak dobrze jak Odlot), skoro brakuje tutaj klimatu? Zwierzęcy Truman Show, kolejny raz wykorzystywane schematy postaci i kiepskie żarty – oj, niewiele z tego filmu zapamiętam na dłużej. Tak bardzo chciałbym zobaczyć nową kreskówkę. Nawet niekoniecznie na poziomie Króla lwa. Niech to będzie po prostu dobry, ciepły film, podczas którego nie będę co piętnaście minut spoglądał na zegarek. I nie, księżniczka zamieniona w żabę (czy jakoś tak) mnie nie satysfakcjonuje,
- Shutter – widmo: dawno nie widziałem azjatyckiego horroru. Od czasu kiedy po raz pierwszy obejrzałem Ringu (do dziś pamiętam pewne sceny stawiające włosy na baczność) nie oglądałem nic lepszego w podobnej stylistyce i niestety Shutter nic w tym temacie nie zmienił. Ta głęboko zakorzeniona we wschodniej kulturze opowieść o duchach nie straszy. Przynajmniej mnie. Co by jednak nie mówić – rozwiązanie całej historii jest doprawdy warte uwagi. Tylko dla niego obejrzeć ten film,
- Surogaci: wprawdzie to nie Matrix zapoczątkował wizje avatarów, surogatów i wszelkiego typu podobnych stanów psychofizycznych, ale pewnym jest, że od czasu sukcesu braci Wachowskich po ten patent (w taki czy inny sposób zmodyfikowany) branża sięga nad wyraz chętnie. Film Jonathana Mostowa początkowo potrafi zaintrygować, z czasem jednak cierpi na syndrom, z jakim nie poradził sobie również Dystrykt 9 – fabuła zaczęła ustępować miejsca fajerwerkom wizualnym i ogólnej demolce. Szkoda niewykorzystanego potencjału.

Oscary tuż za rogiem, wielkie premiery i jeszcze większe zawody przed nami – na pewno będzie ciekawie. Ja sam ostrzę sobie ząbki na kilka produkcji zmierzających do kin. A i w domowym zaciszu widzę kilka pozycji, na których w końcu trzeba będzie położyć łapki. Tymczasem serdecznie zachęcam do dyskusji na temat zawartości drugiej odsłony mojego cyklu oraz tego, co w styczniu przykuło Waszą uwagę.

komentarzy: 11Niedziela, 07 lutego 2010, 21:22

Dobry film nie jest zły #1 - grudzień 2009

recenzja, film, kino, ranking, Top

Jakoś tak się dzieje, że od pewnego czasu zdecydowanie łatwiej jest mi sięgnąć po film aniżeli grę. Nie jest to w końcu i tak absorbująca, i czasochłonna rozrywka jak rozwiązywanie kolejnych zagadek czy wykonywanie mniej lub bardziej wymagających zadań z padem w dłoniach. Poza tym długość samego "kontaktu" ograniczają sztywne, nieprzekraczającymi z reguły dwóch (w porywach do trzech) godzin, ramy. A w sytuacji skrajnej zawsze można wyjść z kina bądź najzwyczajniej w świecie zasnąć.

Na przestrzeni miesiąca oglądam średnio kilkanaście filmów (czasem więcej, czasem mniej) nie ograniczając się przy tym - jak to mam w zwyczaju w przypadku gier - do konkretnych gatunków (spora w tym "zasługa" wspomnianych wcześniej ram czasowych). Sięgam po prostu po produkcje "potencjalnie ciekawe". Zdefiniować tego kryterium, nawet na użytek własny, nie zamierzam, gdyż zbyt wiele czynników może je determinować. Zasłyszana opinia, nazwisko reżysera, porywający zwiastun albo nawet wzmianka w takim czy innym miejscu może sprawić, że po dany obraz sięgnę.

Jako jedno z noworocznych postanowień chcę krótko podsumowywać to co oglądam. Na początku każdego kolejnego miesiąca zestawiać będę (a przynajmniej taki mam zamiar) poznane bliżej produkcje. Nie tworzę przy tym żadnych kategorii, wszystko wrzucam do jednego worka. Niewykluczone zatem, że obok najnowszego przeboju kinowego znajdzie się miejsce dla klasyki światowej kinematografii z lat 50. i niszowego horroru rodem ze Skandynawii. Jedynym wiążącym kryterium jest fakt, iż wybrany film oglądałem po raz pierwszy w życiu. Dlatego też z grudniowego zestawienia automatycznie wyłączone zostały: Czas apokalipsy, Equilibrium, Harry Potter i Książę Półkrwi, Krzyk oraz Urodzeni mordercy. Te filmy poznałem już wcześniej.

Nie zamierzam wskazywać jednego, najlepszego w moim odczuciu filmu, a jedynie wyselekcjonować najbardziej godną uwagi "piątkę". Moje poglądy w żaden sposób nie determinują kolejności ich prezentacji (w tym aspekcie z pomocą przyszedł alfabet), gdyż każdy z nich warto poznać.


0Dom zły
Wesele Wojtka Smarzowskiego ukazywało zaściankowość, brud i - jak powiedziałaby Weronika M.-P. - "żółć" polskiego społeczeństwa. Przy tym wszystkim produkcja ta była niezwykle przemyślana, dobrze zmontowana i wiarygodnie zagrana. Dom zły idealnie wpasowuje się w tę konwencję. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, iż jest to korzeń, z którego wyrosło pokolenie bawiące się i pijące za zdrowie państwa młodych. Ten, osadzony w realiach PRL-u, dramat (czy - jak chcą plakaty - "thriller") przedstawia obraz śmierdzącej niedestylowanym bimbrem, donoszącej na wszystkich i dla zysku gotowej zapomnieć o katolickich wartościach mordy Polaka. Przyznam, że nie w pełni zgadzam się z takim stawianiem sprawy. W końcu w innym miejscu historia ta wyglądać mogłaby zupełnie inaczej. Sęk w tym, że Smarzowski nie zostawia uchylonej furtki, krzycząc przy tym "tacy byliśmy, wiele z tego pozostało do dziś". Tak czy inaczej - Dom zły to perełka w zalewie tandetnych wytworów rodzimej kinematografii ostatnich lat.


0Dystrykt 9 (District 9)
Kampanii reklamowej pierwszego pełnoprawnego filmu Neilla Blomkampa nie przyglądałem się z jakimś szczególnym zainteresowaniem. Ot, kolejna wizja inwazji obcych na biedną, nieprzygotowaną do odparcia ataku Ziemię, którą finalnie uratują bohaterscy i mężni marines. Jakież było moje zdziwienie, kiedy na dobre zrozumiałem o czym traktuje ta historia. Tak: nieznana cywilizacja przybywa na naszą planetę; i tak: Amerykanie z karabinem w dłoniach oraz flagą w tle walczyć będą o katharsis dla nas wszystkich. Tyle tylko, że tym razem role zostały odwrócone. Pierwszy szok: obcy bynajmniej nie z własnej woli, "zacumowali" nad Johannesburgiem. Południowa Afryka? Przecież każdy międzygalaktyczny GPS nakierowany jest na Nowy Jork. No nic, zdarza się. Drugi szok: kasta robotników, której przedstawicielami wypełniony jest "obiekt latający pozostający w trakcie identyfikacji" nie pali do podboju. Dlatego też prowadzeni wskazującym palcem Wuja Sama wybawiciele robią to, w czym my - Ziemianie - kształcimy się od lat: izolujemy i systematycznie wyniszczamy wszystko co przejawia jakiekolwiek symptomy odmienności (przykłady historyczne pozwolę sobie pominąć). Mówiąc wprost: zamykamy obcych w getcie (tytułowy Dystrykt 9). Problem zaczyna w chwili, kiedy okazuje się, że przybysze mają coś, co stanowi obiekt zainteresowania rządu, a co - to chyba oczywiste - wspomóc ma utrzymanie światowego pokoju. Zdecydowanie najciekawsza wizja bliskiego spotkania trzeciego stopnia jaką widziałem od czasów burtonowskiego Marsjanie atakują. Choć to oczywiście zupełnie inny ciężar gatunkowy.


0Lektor (The Reader)
To nie jest kolejna ckliwa historyjka łącząca młodego chłopca poszukującego miłości z doświadczoną kobietą spełniającą - przynajmniej w tym najbardziej prozaicznym rozumieniu tego słowa – jego oczekiwania. Moją uwagę przykuły przede wszystkim realia, w jakich osadzony został ten film. Wchodzące w dorosłe życie w latach 60. ubiegłego stulecia pokolenie Niemców nie akceptuje retoryki, którą wcześniej bez mrugnięcia okiem przyjęli ich rodzice oraz dziadkowie. Dla nich nazizm jest niekwestionowanym złem, nie chcą i nie potrafią go zrozumieć. Kiedy Michael Berg jako student prawa śledzi proces hitlerowskich zbrodniarzy doznaje szoku. Okazuje się bowiem, iż kobieta, z którą kilka lat wcześniej nawiązał romans także przebywa na tej sali, niemniej w zupełnie innym charakterze. 42-letnia wówczas Hanna Schmitz (w tej roli Kate Winslet) pełniła funkcję strażniczki w obozie zagłady. Zatajenie przez oskarżoną pewnego wstydliwego sekretu i stanowiący następstwo tego zaniechania surowy wyrok skazujący, sprawia, że chłopak zamierza pomóc kobiecie. Nie stara się jej usprawiedliwić ani nawet zrozumieć – chce po prostu dać jej coś, czego od zawsze pragnęła, a co przez długi czas było dla niej nieosiągalne. Mądry, skłaniający do myślenia film.


0Odlot (Up)
Wielokrotnie nagradzany WALL.E nie ujął mnie w jakiś szczególny sposób. Nie podzielam ogólnoświatowych zachwytów nad tą produkcją. Inaczej sprawa ma się z Odlotem. W moim odczuciu ta animacja to książkowy przykład kina familijnego: dorosłym do gustu przypadnie nieuchwytna dla młodszych odbiorców alegoryczność fabuły i charakterologiczna sinusoida głównego bohatera. Dzieci zaś uśmiechem zareagują na pociesznego psiaka, gapowatego harcerzyka (nie wiem dlaczego, ale kiedy to napisałem w głowie stanął tekst niczym z taniego filmu pornograficznego: "no chodź, harcerzyku...") i innych klasycznych dla disneyowskiego kina elementów. To nie jest komedia w stylu Shreka czy Epoki lodowcowej. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, iż jest to film drogi. Wprawdzie łezka w oku mi się nie zakręciła, niemniej Odlot naprawdę warto zobaczyć.


0Prestiż (The Prestige)
Każda sztuczka iluzjonisty składa się z trzech części. W przypadku Prestiżu są to: osnuta odrobiną magii warstwa fabularna, w której zatracić można się niczym dziecko urzeczone pojawiającą się znikąd monetą, znaczna dowolność interpretacyjna oraz tercet "Nolan-Bale-Caine" wspierany przez Jackmana. Oto bowiem dwóch młodych, chorobliwie ambitnych iluzjonistów  rywalizuje ze sobą w celu wykreowania tricku doskonałego. Kiedy dodać do tego śmierć ukochanej jednego z nich – całość nabiera bardziej osobistego wyrazu. Wszystko to podlane jest sosem tak charakterystycznej dla Nolana reakcji przyczynowo-skutkowej. Jeśli więc z wypiekami na twarzy śledziliście występy Davida Copperfielda – Prestiż Was pochłonie. I nie trzeba już nawet dodawać, że gra tu również Scarlett Johansson. Film broni się sam.


Do pierwszej "piątki" nie załapały się:
- 9: po zwiastunach spodziewałem się czegoś lepszego, niestety magii Burtona w tym filmie nie dostrzegłem,
- Ballistic: jeden z wielu filmów akcji – nic szczególnego nie zapamiętałem,
- Galerianki: jakiś rok temu oglądałem pierwotną wersję tego filmu. Pełnometrażowe wydanie mentalnie mnie zmiażdżyło. Chciałbym, aby przedstawiony tu obraz był jak najbardziej przerysowany. A swojemu dziecku zamontuję GPS-a w d... w telefonie,
- Gamer: Gerarda Butlera bardzo lubię. Również za to, że tak dobrze potrafi zagrać w filmie, który z założenia nie aspiruje do miana ambitnego. Niemniej kilka smaczków zauważalnych dla miłośników gier sprawia, że warto poświęcić te 90 minut,
- Labirynt Fauna: w końcu sięgnąłem po oscarowy sukces Guillermo del Toro. I niestety się zawiodłem. Skrzyżowanie świata baśni z rzeczywistością faszystowskiej Hiszpanii nie przekonało mnie. Nie dostrzegłem ukrytej głębi, film nie skłonił mnie do myślenia. Niemniej w najbliższym czasie chciałbym obejrzeć Kręgosłup diabła,
- Oszukać przeznaczenie 4: bardzo pozytywne zaskoczenie. Spodziewałem się odcinania kuponów od utartego schematu, jednak kilka lat jakie upłynęły od premiery trzeciej części sprawiły, że koncept okazał się dla mnie w pełni strawny. W odróżnieniu od takiej – nie przymierzając – Piły,
- Terminator: Ocalenie: lepszy od trójki, gorszy od dwóch pierwszych części – to powinno wystarczyć za całą recenzję. Niestety jedynym reżyserem, który z Christiana Bale’a potrafi wycisnąć coś więcej aniżeli tylko charakterystyczny, zachrypnięty głos jest Christopher Nolan. Nie ma Nolana – nie ma imprezy,
- Zabójcze ciało: w zalewie filmów o wykastrowanych wampirach (tak na marginesie: przeczytałem Zmierzch – średnio napisane romansidło z iście homeryckimi opisami wyglądu wampira widzianego oczami zapatrzonej w niego dziewczyny. To już film jest lepszy. Bo krótszy) ktoś postanowił sięgnąć po inną istotę nadprzyrodzoną – sukkuba. Dorzucenie do tej kompozycji Megan Fox (poza wszystkim: nie łapię zachwytów nad tą panienką. W porządku, świetna laska, ale żeby od razu wygrywać rankingi na naj, naj?) miało zapewnić sukces. Komercyjny – prawdopodobnie tak; artystyczny – wynudziłem się strasznie. Jako alternatywę proponuję Tamarę,
- Zombieland: oj, dobre, rozrywkowe kino. Przy niewielkich zmianach ten film można by śmiało wydać pod tytułem Left 4 Dead. Schemat jak w grze: prosta, nieskomplikowana wyżynka zombiaków zaostrzona odrobiną czarnego humoru (Bill Murray!). Warto zobaczyć.


Tak kończymy pierwsze zestawienie zestawienia "Dobry film nie jest zły". Ufam, iż koncepcja przypadnie Wam do gustu i zachęcam do oddania głosu na ten jeden, Waszym zdaniem najlepszy spośród zaprezentowanych filmów. Ja tymczasem zabieram się za pochłanianie materiału do kolejnej odsłony cyklu.

komentarzy: 12Piątek, 01 stycznia 2010, 20:42

Uwolnić orkę? Screw you guys. I'm going home!

muzyka, seriale tv, south park, lady gaga, poker

Każdy lubi niespodzianki. Szczególnie te miłe. To znaczy tylko te miłe. Najlepiej, kiedy - zupełnie przy okazji - powodują one klasyczny opad szczęki i trafiają do nas (a to dopiero heca!) niespodziewanie. Ot, tak po prostu.

Właśnie taka sytuacja zdarzyła się w poprzednim tygodniu. Jak to zwykle o tej porze roku bywa - w czwartek czy też w piątek (miejsce oraz czas akcji nie odgrywają tutaj znaczącej roli) rozlałem się przed telewizorem celem pochłonięcia kolejnego odcinka South Parku. Kolejne odsłony tego, plasującego się w moim prywatnym rankingu epizodycznych filmów animowanych na drugim miejscu (tuż za Simpsonami), serialu śledzę nieprzerwanie od jakiś sześciu, może siedmiu lat. Aktualnie Trey Parker i Matt Stone wypluwają z siebie (tak, wiem, to uproszczenie - lista płac jest dłuższa) trzynasty sezon przygód mniej lub bardziej rozgarniętych (zależnie od sytuacji geopolitycznej i kursu dolara) ośmiolatków z małego, górskiego miasteczka leżącego gdzieś w stanie Kolorado.



Po kilkumiesięcznej posusze, South Park wraca na właściwe, wytyczone lata temu tory absurdu, mając przy tym w poważaniu jakiekolwiek tematy tabu. Po dwóch bardzo dobrych, przepełnionych głębokim humanitaryzmem epizodach (Butters’ Bottom Bitch oraz W.T.F.) poruszony został jakże ważna dla całego cywilizowanego świata kwestia ochrony delfinów, orek i innych stworzeń morskich posądzanych - nie bezpodstawnie - o inteligencję. Będzie zatem coś dla Zielonych, coś dla poszukiwaczy "historycznej prawdy obiektywnej", a także coś dla amatorów (to chyba w tym kontekście właściwie określenie) dobrej muzyki.

Otóż fragmentem dwunastego odcinka (Whale Whores) bieżącego sezonu, który najbardziej wrył mi się w pamięć (i niecnie się w niej rozgościł) jest obraz Cartmana śpiewającego, hmm... inaczej: wyrzucającego z siebie kolejne wersy... o, tak lepiej... utworu Poker Face z repertuaru Mietka... Lady GaGi, rzecz jasna.

Powiem tak: na pewno wcześniej słyszałem ten kawałek w oryginale, aczkolwiek najwyraźniej nie wywarł on na mnie większego wrażenia. Zresztą nie ma się czemu dziwić, Lady GaGa nie tworzy muzyki, do której pałałbym przesadną miłością. Niemniej wykonanie Erica każdy usłyszeć powinien.

I jeszcze drobna uwaga - znajomość specyfiki serialu jest wskazana; znajomość utworu w oryginale - nieszczególnie.


 

komentarzy: 3Czwartek, 05 listopada 2009, 20:38

« starsze wpisy

Prywatne wiadomości

Zaloguj się by wysyłać wiadomości

Ankieta

Dobry film nie jest zły #3 - luty 2010: najlepszy film

  • Harry Angel
    7%3 głosy
  • The Hurt Locker. W pułapce wojny
    43%18 głosów
  • Mikołajek
    26%11 głosów
  • Pokuta
    7%3 głosy
  • Yattâman
    14%6 głosów

Suma oddanych głosów: 41 

« poprzednia ankieta

Więcej o mnie

Moje tagi:gram.pl, gry, konsole, playstation, xbox 360

Posiadany sprzęt:PC, PlayStation 2, PSP, Xbox, Xbox 360, PlayStation 3

Namiary na mnie

e-mail: dtrzmielewski(at)gmail.com

Ostatnio gram w

Tytuł gryPo sieci?Ukończona?

Xbox 360 GamerCard

Ostatnie odwiedziny

Moi znajomi

pokaż wszystkich znajomych: 274

Strona prezentuje indywidualną opinię użytkownika. gram.pl nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczone przez użytkowników.
© gram.pl