avatar

Perry_Cox Użytkownik gram.pl (ABCDEFGHXYZ) ja.gram.pl/Perry_Cox

Mój blog (ostatnie wpisy) rss

Blog

Blog

Będzie reklamówka. Reklama znaczy się, taka osobista. Bawię w bloga, którego pewnie porzucę za czas jakiś, ale póki co coś tam dodaję. Jakieś wpisy bełkotliwe i takie tam, ale może, ale to może kogoś to zainteresuje, więc tego, zapraszam, i cóż, to chyba wszystko. Krytyka mile widziana:)

https://nocnympociagiem.wordpress.com

 

komentarzy: 0Wtorek, 28 kwietnia 2015, 22:25

The Lost of Szynszyla

Opowiadanie

Opowiem wam historię, bracia moi, która wydarzyła się wiele wieków temu. Mówi się, że to tylko legenda, opowiastka dla prostaczków. Lecz wierzę, że choć ziarenko prawdy w niej jest. Naszego pana, zbawiciela, wybrańca wybrańców, władcę i ojca naszego oraz dzieci naszych przedstawiać nie trzeba, ponieważ umiłowanego China zna każdy. Otóż 450 lat temu, gdy źli i okrutni Zumbacze chcieli zniewolić każde istnienie na Ziemi, niepozorny Chin, szynszyla słaba i wątła, zebrał armię narodów, by przeciwstawić się oprawcom. Rewolucja przyniosła niezliczone straty, a dzień, w którym ona nastąpiła, przeszedł do historii. Od tamtej pory świętujemy nie tylko nowy rok, ale też bohaterskie czyny naszego guru China…

Cała sala słuchała w ciszy duchownego, dosłownie sącząc każde wypowiedziane słowo przez niego. Dlatego nagły wybuch śmiechu z ciemnego końca był jak kubeł zimnej wody wylany na głowę.

-Panie mój, o panie. Pierdolisz pan, aż uszy więdną! - zarechotał starczy głos. - Kogo ty chcesz nabrać na te bajki? Każdy z odrobiną oleju w głowie wyśmieje cię usłyszawszy tę kupę gnoju.

-Nikt pana nie zmusza do…

-Morda gówniarzu, starszy mówi! - w sali dało się usłyszeć nerwowe szepty. - Powiem ci jak było. Powiem wam wszystkim jak było! - starzec wyszedł z cienia pokazując swoją sylwetkę. Ta była wątła i zgarbiona, nosiła znamiona wielu przeżytych lat. Laska natomiast była nie tyle wspomagaczem, co konieczną podporą. Po wielu trudach starzec w końcu wspiął się na scenę, odepchnął duchownego na bok i zaczął mówić.

-Kłamstwo rodzi kłamstwo. Historia została tyle razy zmieniana, iż kolejne kłamstwa mogą już tylko zbliżyć się do prawdy. A oto moja prawda. Koniec świata nadszedł siedemdziesiąt lat temu, w noc sylwestrową. Jaki rok wtedy był, to nieważne, bo i nawet nie pamiętam. Miałem wówczas jakieś dwadzieścia lat. Pełen życia młodzieniec, co to bawił się i korzystał z życia. A życie był dawniej wspaniałe. Dziś mamy raczej przeżycie. Ale wracając, była noc sylwestrowa, wybuchła pierwsza bomba. Potem spadały kolejne, kolejne, jedna po drugiej. Ulewa nuklearna. Ostrzegano nas, więc niektórzy się przygotowali. Mój ojciec także. Brali go za wariata, lecz jego krypta uratowała mi życie. Po kilku latach żywność się skończyła, trzeba było wyjść na zewnątrz. Reszta to już inna historia, która prowadzi do dzisiejszego dnia. Jakieś pytania? - wyprostował się zadowolony.

-Ale pan nie wyjaśnił, co tak naprawdę się stało - stwierdziła niepewnie jedna ze słuchaczek.

-Owszem, mało kto wie co się stało. Mądre głowy podjęły decyzję, za którą nam przychodzi dziś płacić. To mogło być wszystko, nawet przypadek lub pomyłka.

-A co z Chinem?

-Z tą śmieszną szynszylą? Ostatni prezydent miał taką w domu, bardzo głośno było o tym w swoim czasie. To wszystko. Nawet nie pamiętam jak się zwał skurczybyk miniaturowy.

-Ja tam wolę wersję brata Boksa! - krzyknął ktoś z przodu.

-Ja też! - głosy się mnożyły.

-Cóż, co wolicie, to wasze, lecz prawda… - w tym momencie starzec zawiesił głos, gdy usłyszał szuranie krzeseł oraz oddalające się kroki.

-Widzisz starcze - rzekł duchowny. - Oni nie chcą prawdy, tylko nadziei. A w naszym świecie nie ma nadziei w prawdzie. Pozostaje nam tylko fikcja.

-Więc może Chin faktycznie jest bohaterem... - odrzekł zamyślony starzec.

 

komentarzy: 0Środa, 14 stycznia 2015, 16:27

Zabójczy kalmar

Opowiadanie

 

Restauracja Sweet Heaven słynęła z przepysznych kalmarów. Była to specjalność elfickiego mistrza kuchni, Lanettiego. Od roku obiecałem sobie, iż skosztuję tych pyszności, lecz zawsze dolegał mi brak czasu lub waluty w portfelu. Dziś wziąłem sobie wolny wieczór, a i pieniędzy mam dość, by choć przez chwilę poczuć się jak bogacz. Wszystko dzięki ostatniej sprawie, która to dotyczyła...

- BUM! - moje wydumane myśli przerwał nagły huk, prawdopodobnie trzydziestka ósemka. Mój instynkt zadziałał szybciej, niż mózg mógł ocenić sytuację. Prędko schowałem się za stołem i wyjąłem swojego colta 1911. Srebrna piękność. Goście wpadli w panikę, wielu podjęło się ucieczki. Mądrzejsi zostali pod swoimi stołami. Musiałem ogarnąć sytuację. Padł jeden strzał, był niesamowicie głośny, zapewne kilkanaście metrów ode mnie. To musiało się stać na sali. Wyjrzałem zza rogu stołu – strzelca brak.

Nie stój tak, Sam, powiedziałem sobie w duchu. Ruszyłem w stronę największych krzyków. Strzał był elegancki – kula wylądowała między oczy, zdawała się sugerować czerwona plamka na twarzy. Dziury wylotowej nie uświadczyłem, jednak gdy sprzymierzeńcem jest krótki dystans, nawet mały kaliber może zakończyć sprawę szybko. Ofiarą był krasnolud, z pewnością bogaty. Przemawiały za tym, bądź co bądź, miejsce śmierci, ubiór, biżuteria i opłakująca stratę elficka piękność. Wszystko to trwało sekundę, może dwie. Podbiegł do mnie struchlały świadek zdarzenia, który wskazał mi drzwi, którymi wymknął się strzelec. Nie zastanawiając się długo, udałem się w pościg za mordercą. Nie jako prywatny detektyw, ponieważ zaliczki jeszcze nie dostałem, ale jako praworządny obywatel. A diabła, zwyczajnie muszę się wplątywać w podobne akcje! Inaczej nie byłbym sobą, słynnym Samuelem R. Cooperem. Słynnym przynajmniej w swoim mniemaniu. Drzwi prowadziły do kuchni, w której przerażeni kucharze, w tym legendarny Lanetti, wskazywali palcami kolejne przejście. Zapominając na chwilę o pościgu, ukłoniłem się grzecznie mistrzowi i capnąłem jednego kalmara z talerza. Nie wiem jaki będzie finał tego całego zdarzenia, ale przynajmniej skosztuję popularnego kalmara. Przedzierając się przez wskazane drzwi, w jednej ręce trzymając pistolet, a w drugiej kalmara, biegłem ile sił w nogach, aby nadrobić stracony czas. Korytarz wydawał się długi, więc postanowiłem wziąć gryza. Zabójca okazał się moim wybawcą. Dawno czegoś tak paskudnego nie jadłem! Z obrzydzeniem wyrzuciłem to niedogotowane morskie stworzenie i skupiłem się na pościgu. Gdyby nie to całe zamieszanie, to zamówiłbym to paskudztwo, swoją drogą cholernie drogie. Jak to mówią: szczęście w nieszczęściu.

Wylądowałem na ulicy. Miałem dwie drogi do wyboru. Z lewej z pewnością był ślepy zaułek, z prawej natomiast otwarta przestrzeń prowadząca na miasto. Wybór był oczywisty. Jeśli zabójca udał się w prawą stronę, nie mam szans na jego znalezienie, w ciągu minuty wtopił się w zgiełk metropolii. Natomiast jeśli jest idiotą i wybrał lewą stronę, to jest minimalna szansa, iż spotkam swego wybawiciela od złego żarcia. Po kilkudziesięciu sekundach spaceru spotkałem strzelca wspinającego się bez efektu na betonowy mur. Był tą czynnością tak przejęty, że nawet nie zauważył mego nadejścia.

- Po pierwsze, chciałbym ci serdecznie podziękować, mój drogi panie – przywitałem mordercę życzliwym tonem oraz z wycelowanym w korpus coltem. - Gdyby nie pańska brawurowa akcja, to wydałbym fortunę na te obrzydliwe kalmary. A ponoć specjał lokalu! - rzuciłem oburzony.

- Nie dostaniesz mnie żywcem! - morderca porzucając próby przedostania się na drugą stronę muru, wyciągnął swoją malutką trzydziestkę ósemkę. Był to elf postury raczej drobnej jak na standardy tej rasy. Prawe ucho miał przycięte, jakby chciał zrobić się na człowieka. Wyglądał żałośnie. Przygotowany do samoobrony elf zaskoczył mnie swoim zachowaniem. Miast wycelować w przeciwnika, lufę skierował w stronę swojej skroni.

- Hej, nie jestem z policji. Odłóż broń, porozmawiajmy – rzekłem.

- To nie jest takie proste. Ja... nie mogę. Oni patrzą. Przez cały czas – rzucił, cały się trzęsąc, po czym pociągnął za spust. Huk był identyczny jak ten sprzed kilku minut. Efekt także.

Nie miałem po co sprawdzać pulsu, werdykt był jednoznaczny – zgon. Udałem się na miejsce pierwsze tragedii. Otoczenie jakby się uspokoiło, a w oddali było słychać syreny. Teraz się zacznie, pomyślałem.

 

 

- A niech mnie! Samuel R. Cooper! Jak zawsze w centrum wydarzeń! - krzyknął krępawy krasnolud z cygarem w ustach.

- Toż to mój stary druh, Wilston! Jak się masz? - rzekłem do starego przyjaciela.

- A wisz, stara bida. Powiedz mi, co tu do cholery się stało!?

- Rozumiem, że będziesz prowadził tę sprawę. Choć, opowiem ci wszystko jak na spowiedzi – powiedziałem szukając ustronnego miejsca.

Usiedliśmy na nowo wyremontowanym przestanku autobusowym. Wilston, mój dawny przyjaciel oraz mentor, zestarzał zauważalnie. Fakt, krasnoludy nigdy nie grzeszyły urodą, ale Wilston nieznośnie utył od naszego ostatniego spotkania, a nierówno przystrzyżona broda dodawała mu aurę żula. Sytuację ratował dość, podkreślam – dość, czysty garnitur oraz kapelusz. No i jakiego pijaczynę stać na kubańskie cygara? Z Wilstonem nie widziałem się dobre kilka lat, gdy to przenieśli go do obyczajówki w Chicago. Za co, nie wiem, bo już wtedy opuściłem policję, aby pracować na własny rachunek. Miesiąc temu doszły mnie słuchy, że Wilston wraca na stare śmieci, tu, do Nowego Jorku. Mimo tych straconych lat chyba nadal czuliśmy do siebie dawną sympatię.

- Pierwsza sprawa – powiedziałem – musimy się spotkać i pogadać. Przez ten czas wiele się u nas pozmieniało.

- Ano, pozmieniało. Proponuję kolację tutaj, zaraz po zakończeniu tej sprawy.

- Bylebyśmy nie zamawiali tych przeklętych kalmarów – odrzekłem.

- Co jest z nimi nie tak?

- Wszystko. Uwierz mi na słowo. Nie polecam.

- Dobra. Wierzę. A teraz do rzeczy – Wilston wyjął ołówek oraz mały notesik. - Kto, kogo i dlaczego? - spytał.

- Sprawa jest prosta i jednocześnie enigmatyczna. Siedziałem sobie w Sweet Heaven chcąc zamówić to paskudztwo, gdy nagle usłyszałem strzał. Ofiarą był twój pobratymiec, no, może trochę staranniej przycięty na twarzy. Był z elficką ślicznotką, być może ekskluzywna prostytutka bądź żona. Gość wyglądał na dzianego, więc kto wie? Po krótkim pościgu dorwałem strzelca w ślepym zaułku. Próbował przedostać się przez mur, ale mu w tym przeszkodziłem. Miałem nadzieję dorwać go żywcem, niestety strzelił sobie w łeb. Ot, tak po prostu.

- Hmm, mówił coś? - zapytał Wilston ciągle coś bazgrząc w notesiku.

- Zaproponowałem mu rozmowę, ale odpowiedział mi, że to nie takie proste, że nie może, że oni ciągle patrzą.

- Jacy oni?

- Gdybym to ja wiedział. Elf wyglądał nieco na obłąkanego.

- Elf powiadasz?

- Tak, choć wyglądał jak bezdomny, co elfom nieczęsto się zdarza. Dodatkowo jego prawe ucho wyglądało jakby ucięte. O czym tak myślisz, Wilston?

- Wszystko łączy się w jedną całość – odpowiedział głęboko zamyślony. - Słuchaj, Cooper. Powiem ci cuś, ale to musi zostać między nami. Tak jak przyjaciel przyjacielowi. Jak owieczka pasterzowi. Rozumimy się?

- Naturalnie.

- Od kilkunastu miesięcy nasz departament męczy się z mieszanymi morderstwami.

- Mieszanymi?

- Tak, mieszanymi. Człowiek zabija krasnoluda, krasnolud elfa, elf człowieka. I tak w drugą stronę. Często są to znane i poważane osobistości. Mordercami zawsze nieznani, biedni, z problemami. Przeważnie jednocześnie narkomani. W większości przypadkach nie udaje nam się ich złapać żywcem, a jeśli nawet, są lub udają szaleńców.

- Czyli morderstwa o podłożu rasistowskim. Macie jakieś teorie? W sensie jakieś ugrupowanie terrorystyczne czy coś w ten deseń?

- Mamy kilka tropów, ale o tym jeszcze nie mogę mówić. Miałbym jednak prośbę. Miej oczy szeroko otwarte. Przyda nam się każda pomoc. Wiem, że policja nie jest twoją ulubioną instytucją, ale czy mogę na ciebie liczyć? - zapytał niemal błagalnie.

- Oczywiście – odpowiedziałem mu z uśmiechem.

- Super! - Wilston nagle się ożywił. - Jakby nie patrzeć, sprawa w pewnym sensie została rozwikłana. Co powiesz na jakieś piwko w przyszłym tygodniu? Ja stawiam.

- Z tobą zawsze i wszędzie.

- No to jesteśmy umówieni – wstał chowając notatnik i ołówek.

- Nie chcesz może mojej wizytówki kontaktowej? - zapytałem.

- Zapomniałeś gdzie pracuję? - odszedł uśmiechając się i zapalając kolejnego kubańczyka.

 

Wracając do domu byłem pogrążony w myślach. Wciąż nasuwały mi się pytania bez odpowiedzi. Czy Wilston i jego departament nie wyolbrzymiają? Może to zwyczajny zbieg okoliczności. Z drugiej jednak strony świat był świadkiem podlejszych rzeczy. Nasza historia pamięta niejedną wojnę klasową oraz rasową. Czyżby za długo cieszymy się względnym pokojem? Od ponad stu lat nie było żadnego większego konfliktu. Być może ktoś chce to zmienić? Co by nie miało nadejść, nic na to w tym momencie nie poradzę. Trzeba czekać. A teraz przydałoby się przyspieszyć kroku, ponieważ niebo, nawet o tak później porze, nie wygląda ciekawie. No i wykrakałem, deszcz runął jak dziki, i nim doszedłem do mojego mieszkania, palto przemokło mi do suchej nitki. Zegar wskazywał drugą nad ranem. Przebrałem się, umyłem, jak na grzecznego detektywa przystało, a przed zaśnięciem obróciłem całą szklankę gorącego mleka. Po tym cowieczornym rytuale oddałem się w objęcia Morfeusza.

 

Nazajutrz, nieco spóźniony, udałem się do biura. Z uśmiechem powitała mnie najlepsza sekretarka w tym układzie planetarnym.

- Diane, jesteś jak.. - zacząłem.

- Daruj sobie Samuelu, masz gościa – ucięła.

- Któż to o tak wczesnej porze potrzebuje detektywa?

- Wcale nie tak wczesnej. Znów się spóźniłeś.

- Miałem interesującą noc.

- Jak zawsze. Idź już, klientka czeka. Opowiesz mi później.

- Klientka powiadasz? - zapytałem zaintrygowany.

- Owszem – odpowiedziała nie spoglądając na mnie. Postanowiłem więc dłużej nie czekać i ruszyłem w stronę mojego biura, gdy nagle naszła mnie nieprzyjemna myśl.

- Diane? Muszę coś ci powiedzieć – rzekłem.

- Hm? - wciąż wpatrywała się w kartkę wychodzącą z maszyny do pisania.

- Pod żadnym pozorem nie zamawiaj kalmarów w Sweet Heaven. Jak żyję nie jadłem czegoś tak niedobrego.

- Będę mieć to na uwadze – odpowiedziała wciąż nie racząc na mnie spojrzeć. Wzruszyłem ramionami i nacisnąłem na klamkę. Oczom mym ukazała się piękna elfka, której twarz widziałem kilkanaście godzin wcześniej. Takiej urody się nie zapomina. Szczupła, wysoka blond piękność. Młodziutka, na ludzkie jakieś dwadzieścia pięć lat, ale jak wiadomo, jako elf równie dobrze może mieć sto dwadzieścia pięć.

- Witam w moich skromnych progach i jednocześnie proszę przyjąć wyrazy współczucia z powodu śmierci pani.. - w tym momencie zawiesiłem głos nie chcąc palnąć jak zwykle jakiejś gafy. Na szczęście urocza elfka była bystra i prędko uratowała sytuację.

- Wuja – wyszeptała. - John Philipson był moim wujem.

- Proszę mi wybaczyć mój brak ogłady, ale jest pani wyjątkowo wysoka oraz urodziwa jak na krasnoluda – palnąłem.

- Och, naturalnie nie byliśmy spokrewnieni. Nasze rodziny były sobie bardzo bliskie. Johna traktowałam od dziecka jak Wujka. Wczoraj zaprosił mnie na kolację z okazji moich pięćdziesiątych urodzin.

- Przepraszam, nigdy chyba nie przyzwyczaję się do zegara biologicznego elfów.

- Nie szkodzi – odrzekła rumieniąc się.

- Wszystkiego najlepszego i w ogóle, ale chciałbym wiedzieć co dokładnie panią do mnie sprowadza. Fakt, kalmary wołały o pomstę do nieba, ale to chyba nie zbrodnia.

- Słucham? – spytała zdezorientowana. - Nie, nie, kalmary były wyśmienite. Chciałabym pana zatrudnić do wykrycia zabójcy mego wuja. Prawdziwego zabójcy.

- Panno...

- Saldana. Saldana Pease. Dla przyjacół Sal.

- Panno Pease, sądzę, że policja ma wszystko pod kontrolą i już niedługa sprawa będzie w stu procentach wyjaśniona.

- Pan w to wierzy? - zapytała oburzona. - Dobrze wiem jaki ma pan stosunek do swoich dawnych kompanów, panie Cooper. Proszę, za przeproszeniem, nie wciskać mi kitu. Jeśli chcę poznać prawdę, muszę wziąć sprawę we własne ręce. A tymi rękoma będzie pan.

- To wzruszające co pani mówi, ale chyba spasuję. I bez tego moje relacje z, jak to pani ładnie ujęła, moimi dawnymi kompanami nie należą do najlepszych. Gdy wtrącę się w ich kolejną sprawę, to tak jakbym wsadził kij w sam środek mrowiska.

Sal w ciszy otwarła elegancką torebkę, która przez cały czas leżała na jej zjawiskowych nogach. Wyciągnęła z niej czyściutki blankiet oraz długopis. Położyła przedmioty na moim biurku i zaczęła pisać, a następnie podała mi wypełniony kwitek. Był to czek opiewający na bagatela dziesięć tysięcy dolarów. Moja pokerowa twarz dawała z siebie wszystko, gdyż w środku szalałem z przypływu szczęścia i niedowierzania. Czy się zgadzam? No, kurna, jasne. Za taką forsę? Wszystko, co rozkażesz moja droga. Nie mam więcej pytań. Sal, właśnie stałaś się właścicielką mojej sprzedajnej duszy. Na zewnątrz jednak wciąż utrzymywałem kamienną twarz, by się nie zdradzić.

- To bardzo pokaźna kwota – stwierdziłem. - Jest pani pewna?

- Nigdy niczego nie byłam bardziej pewna, panie Cooper – rzekła stanowczo.

- Cóż, myślę, że mógłbym nieco powęszyć, ale absolutnie niczego nie obiecuję.

- Oczekuję od pana wyłącznie pełnego zaangażowania.

- Za taką sumę mogę być przez pół roku zaangażowany dwadzieścia cztery godziny na dobę w tę sprawę. Mimo wszystko wynik śledztwa może panią rozczarować.

- Także mamy umowę – powiedziała ponownie, jakby nie słyszała ostatniego zdania. - Proszę, oto namiary gdyby był jakiś postęp – podała mi stylową wizytówkę. Wstała i skierowała się ku wyjściu.

- Odezwę się gdy natrafię na coś godnego uwagi, panno Pease.

- Proszę mi mówić Sal – odrzekła z uśmiechem zamykając za sobą drzwi.

 

- Nie podoba mi się ona -stwierdziła gorzko Diane.

- Och, Diane, jak zwykle przesadzasz. Czyżby przemawiała przez ciebie zazdrość? - zapytałem zaczepnie.

- Bądźmy profesjonalni, Samuelu. Zresztą moje uczucia wobec ciebie kończą się na siostrzanej miłości do młodszego nierozgarniętego brata.

- Auć, ty to potrafisz dogryźć Diane.

- Więc cóż takiego ci ta piękna dama naopowiadała? W jakie nieszczęsne problemy popadła?

- Nieważne w jakie. Ważne ile płaci za ich rozwiązanie – podałem Diane czek.

- Niech mnie piekło pochłonie! To jakiś żart? - wykrztusiła z siebie Diane.

- Okaże się w banku. Ale nie sądzę, była dość poważna.

- Nie wiem co musisz zrobić, ale ta kwota mi się nie podoba. Mamy dość stabilną sytuację finansową. Nie musisz się tego podejmować.

- Dziesięć patyków. Sorry, siostro, ale ten oto kawałek papieru wygrywa z twoją dobrą radą.

- Będziesz tego żałował – zawyrokowała.

- Może. A być może będzie to najłatwiej zarobiona fortuna w dziejach ludzkości. W dziejach eflickich i krasnoludzkich także.

- Obyś miał rację.

- Obym.

- I jeszcze jedno – rzuciła Diane.

- Tak?

- Daj sobie z nią spokój.

- Z kim niby? - zapytałem głupio.

- Ty już dobrze wiesz z kim. Z tą łanią co wyszła pięć minut temu.

- Diane, znasz mnie przecież... - zacząłem swoją marną wymówkę.

- Masz rację, znam cię i dlatego ci to mówię – powiedziała poważnie patrząc na mnie. Ja tymczasem uśmiechnąłem się do niej serdecznie, ukradłem cukierka z jej biurka i udałem się do pracy. Przynajmniej początkowo miałem taki zamiar, lecz gdy usiadłem przed swoim rzeźbionym biurkiem, nie mogłem przestać myśleć o Sal. Aż do osiemnastej, gdy biuro było zamykane.

 

Tej nocy koszmary gnębiły mnie z większą siłą niż dotychczas. Spałem tragicznie, gorące mleko tym razem nie mi dało siły do odparcia ataków sennych marów. Kolejne nocy były takie same. Ciągła walka o sen. Morfeusz mnie przeklął, stwierdziłem. Śledztwo od tygodnia stało w miejscu, aż pewnego wieczoru, z kubkiem gorącego mleka w ręce, zaskoczył mnie telefon. Podniosłem słuchawkę, a w niej usłyszałem nerwowy głos Diane.

- Sam, stało się coś strasznego.

- Świat jednak nie jest taki straszny i jednak warto dać mu szansę?

- Biuro poszło z dymem.

- Że jak?

- Że tak. Zostaliśmy bez miejsca do pracy – wrócił codzienny chłód w głosie Diane.

- Nie rozumiem. Jak to się stało?

- Specjaliści są na miejscu, badają sprawę, ale prawdopodobnie gaz. Nie znam szczegółów.

Ciarki przeszły mi po plecach.

- Istnieje szansa, iż to było celowe podpalenie? - spytałem.

- Po pierwsze, nie podpalenie. Gaz. Po prostu rozsadziło nam całe biuro. Cud, że cały budynek się nie zawalił. Mało prawdopodobne, ale i tego nie można wykluczyć. Sam? - ton Diane naglę uległ zmianie. - Czy czegoś mi nie mówisz?

- Nie, chyba nie. Muszę jednak sprawdzić kilka rzeczy. Mam ogromną prośbę. Mogłabyś namierzyć dla mnie Wilstona?

- Tego Wilstona?

- Tak, tego. Muszę z nim koniecznie porozmawiać.

- Dobrze, jutro rano do ciebie się odezwę.

- OK.

- Sam?

- Słucham?

- Nie przejmuj się – w głosie Diane można było doszukać się nuty zatroskania.

- Ja nigdy się nie przejmuję. Dobranoc Diane. I dziękuję.

- Dobranoc.

Odłożyłem słuchawkę i usiadłem na łóżku wciąż trzymając mleko w kubku, teraz już zaledwie letnie. Takie rzeczy się zdarzają. Powinienem się cieszyć, że nikt nie ucierpiał. Jednak coś mi się nie zgadzało. Jako detektyw nie mogę tego tak zostawić. Jutro zacznę układać porozrzucane puzzle tej układanki, o ile istnieje jakakolwiek układanka. Odstawiłem kubek z mlekiem zapomniawszy go wypić. Zasnąłem w sekund pięć. Spałem jak niemowlę. Ponownie wróciłem do łask Morfeusza.   

 

Posłowie.

Za wszelkie błędy z góry przepraszam, tekst kończyłem pod presją czasu (za późno się obudziłem) oraz w stanie nielichej grypy. W ramach konkursu jest to tak naprawdę zaledwie wycinek trochę dłuższej historii, która tli mi się w głowie, którą może skończę, a może nie. Nie wiem. Zależy czy jest w niej choć ułamek potencjału. Nie mnie to oceniać (lub mnie za czas jakiś, po przeczytaniu na zimno). Tytuł także ostateczny nie jest, ot aby coś było. Pewnie jeszcze się zmieni.

 

komentarzy: 7Poniedziałek, 15 września 2014, 15:36

Podcast

Zapraszam wszystkich do odsłuchania najlepszego podcastu o grach na YouTubie! Ok, może nie najlepszego, ale naprawdę niezłego. Dobra, przesadzam, ale stany średnie są. Ach, niech Wam będzie! Lipa straszna i amatorszczyzna, ale trza próbować, więc zachęcam do posłuchania choć części audycji. Mile widziane komentarze (nawet hejt przeżyję), a w drugim odcinku nawet skromna nagroda do zdobycia. Zapraszam także do odwiedzania strony pixelophobia.pl, zawsze coś ciekawego do poczytania (tak przynajmniej mi się wydaje)  :)

 

 

A, i tego, no, subujcie (nie lubię tego słowa), ok?

 

komentarzy: 2Niedziela, 13 kwietnia 2014, 01:34

« starsze wpisy

Więcej o mnie

Urodziny:za 290 dni (5 lipca 1990)

Posiadany sprzęt:PC, PlayStation 3

Prywatne wiadomości

Zaloguj się by wysyłać wiadomości

Moje statystyki

Na gram.pl jestem już: 2994 dni

Moich wejść na gram.pl: 20 792 (#208)

Napisanych postów i komentarzy: 3 862 (#267)

Napisanych recenzji: 0

Wpisów na blogu: 47 (#185)

Liczba odwiedzin mojego gramsajta: 2 504 (#600)

XFire

Moi znajomi

pokaż wszystkich znajomych: 30

Ostatnie odwiedziny

Strona prezentuje indywidualną opinię użytkownika. gram.pl nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczone przez użytkowników.
© gram.pl