avatar

Marvolo2314 Użytkownik gram.pl (Robotnik) ja.gram.pl/Marvolo2314

Mój blog (ostatnie wpisy) rss

Narcos - Kolumbijskie Vice City?

narcos, Netflix, serial, GTA, Vice City

*UWAGA: POST NIE ZAWIERA SPOLJERÓW, TYLKO PIERWSZE WRAŻENIA. ZOSTAŁ ON NAPISANY NA PODSTAWIE 2 ODCINKÓW, WIĘĆ PLZ BEZ SPOJLERÓW ;______;*


Jeszcze nie tak dawno na stronie Netflixa pojawiały się już komunikaty, że platforma ta wkrótce będzie dostępna w Polsce. Znając to określenie "wkrótce" przyjdzie nam troche poczekać, może początek 2016, grudzień 2015... Bardzo fajnie, w końcu fani House of Cards, Daredevila czy innych produkcji będą mogli legalnie obejrzeć w Full HD swoje ulubione programy. Do wielu tytułów z całą pewnością dojdzie serial "Narcos".

0
W sumie nie słyszałem o tej produkcji, póki nie zobaczyłem jaki hype był na stronie Grupy Hatak na Facebooku. Oczywiście jeb - research. Byłem pod wrażeniem kiedy zobaczyłem średnią 9,3 na IMDB, więc odpaliłem chyba 30 sekundowy teaser. Pierwsze skojarzenie: Breaking Bad z tą różnicą, że sprzedają kokainę. Następnego dnia odpaliłem trailer i spodobały mi się nie tyle zarys fabularny, ale klimatyczne tło, otoczka. Przypomniało mi się stare dobre Grand Theft Auto: Vice City. Oczywiście nie jest to pierwszy kryminalny w latach 80. , ale moją uwagę przyciągnął mnie narrator. Kolejne skojarzenie oczywiście z Max Paynem. Mimo zaczętch "Wikingów" nie mogłem się powstrzymać, jednak Netflix nie raz pokazało nam, że można im ufać jeżeli chodzi o dobre seriale. Obejrzałem pilot. Nie spodobał mi się... Po prostu zacząłem uwielbiać tą produkcję.

Premierowo cały 1 sezon trafił na Netflixa 28 sierpnia bieżącego roku. Głównymi zbrodniarzami tego dzieła są Chris Brancato, Eric Newman, Carlo Bernard i Doug Miro. Są to ludzie, którzy pomagali przy tworzeniu Hannibala, The Wire, Siedem i wielu innych znanych obrazów wielkiego i srebrnego ekranu.
Wydarzenia ukazane w serialu są na podstawie faktów, ale oczywiście niekoniecznie wszystko zostało ujęte tak dokładnie jak to miało miejsce w rzeczywistości. Niemniej jednak - robi wrażenie :D
Ciężko jednogłośnie ogłosić kto jest głównym bohaterem więc jako Pan i władca tego posta zwycięzcą jest kraj Kolumbia, który w latach 80. nie cieszył się (lub cieszył, zależy od punktu widzenia :v) dobrą sławą. W tych czasach tworzono niezliczone ilości kokainy, a co za tym idzie największe kartele narkotykowe w dziejach. Jednym z nowych "przedsiębiorców" tego fachu zostaje Pablo Escobar (grany przez Wagnera Moura, którego ja kojarzę przede wszystkim z Elizjum), który swoją władzą, a konkretniej pieniędzmi ma w szachu policję, wojsko, później nawet serca najbiedniejszych mieszkańców Kolumbii. Pablo to człowiek biznesu, trzymający się zasad (bardziej swoich zasad niż ogółu społeczeństwa), jest to również człowiek szanujący rodzinę, wspólników. Bardzo szybko osiąga suckes zamieniając obszerne tereny lasów tropikalnych w laboratoria, gdzie tworzy się kokaina. Z równie szybką prędkością zostaje wysłany do Kolumbii agent DEA Steve Murphy (w tej roli Boyd Holbrook, dla mnie znany z "Nocny pościg" oraz "Krocząc wśród cieni") jako partner Javiera Peny (Pedro Pascal znanego doskonale jako człowiek-melon z Gry o Tron :P), którzy jak już pewnie się domyślacie muszą zapobiec dalszej działalności kartelu Escobara. Tak wygląda zarys fabularny "Narcos". Niby nie jest skomplikowane, prawda? Mamy policjantów, złodziei akurat nie mamy, ale morderców, diler tak. Obydwie strony się nie lubią, nic nowego. Co w tym takiego fajnego?

Mnie przede wszystkim urzekł klimat. Jak już wspomniałem, nie mogłem się powstrzymać i po obejrzanych dwóch odcinkach na moim dysku znalazło się po raz kolejny GTA: Vice City. Zarówno mamy wstawki z Ameryki Południowej, jak i Północnej, więc raz jesteśmy w amazońskich puszczach, a raz na słonecznej plaży w Miami. Przynajmniej tak było na początku. Punkt nr 2 - narracja. Narratorem jest nasz agent Steve, jeden z naszych głównych bohaterów. Boyd Holbrook bardzo mi zaimponował swoimi zdolnościami aktorskimi, szczególnie biorąc pod uwagę, że wcześniej nie otrzymywał jakiś spektakularnych ról. Bardzo fajnie słucha się jego komentarzy, czasami śmiesznych na swój sposób tekstów, które no niestety skrzywienie gamingowe przypomina mi Max Payne'a. Warto dodać, że w serialu nie usłyszymy tylko języka angielskiego. Nasz Pablo i jego ekipa najczęściej posługują się hiszpańskim, co dodaje nieco klimatu. Mi to odpowiada, tymbardziej, że zaraz na studiach drugi język jaki będę się uczył to hiszpański, ale niektórym może przeszkadzać ten fakt, chociaż wszelkie kwestie w tym języku są tłumaczone napisami angielskimi, więc raczej nie powinno być z tym problemu. Damska część obsady radzi sobie równie dobrze co męska, więc warto wyróżnić chociażby Stephanie Sigman czy Joannę Christie.
Mamy więc okazję obejrzeć przemysł narkotykowy od kuchni, chociaż dla fanów Breaking Bad czy innych filmów bądź serialów związanych z narkotykami nie powinno być wielkim zaskoczeniem. Dla mnie jednak sposób w jaki ukazane nam zostało całe to przedsięwzięcie jest trochę inne, bardziej unikatowe niż w pozostałych produkcjach. Można nawet powiedzieć, że trochę bardziej jak dokument z perspektywy Steve'a (a propos, niektóre oryginalne zdjęcia, nagrania z tamtych czasów też tworzą fajną immersję :D).
Muzyka jak najbardziej pasująca do realiów, w żaden sposób nie gryzie się to z obrazem. Jest dobrze, ale bez fajerwerków. Intro za to zasługuje na props - oryginalne, specyficzne, aż chce się oglądać. Zwykle pomijam intra, ale to oglądam z dużą przyjemnością.

Podsumowując krótko - serial wciaga. I to mocno. Jestem tylko po dwóch odcinkach, słyszałem że dalej jest tylko i wyłącznie lepiej. Klimat, fabuła, gra aktorska - wszystko na wysokim poziomie. Jak najbardziej polecam! Jako fan "Breaking Bad" mogę śmiało powiedzieć, że "Narcos" to jego godny następca, a Walter White pewnie gdyby miał okazję to by chętnie robił interesy z Pablo Escobarem. Swoją drogą Steve wygląda na lepszego DEA od Hanka xD
Trzymajcie, pozdro i bajo! :D

komentarzy: 0Środa, 02 września 2015, 20:48

True Detective Sezon 2 - Pierwsze wrażenia i oczekiwania

true detective, detektyw, serial, HBO, Max Payne



Jeden z najlepszych kryminalnych w klimacie thriller bądź noir serial o detektywach jaki widziałem ever. Ponad rok czekania (1 sezon ogarnalem z pół roku po premierze) i oto mamy kolejny sezon. Piszę to w dniu emisji 2 odcinka, ale z racji zmęczenia tak na rzetelenie pierwszy odcinek ogarnąłem sobie dzisiaj. Jedziemy! :D

0


Kiedy czytałem informacje o 2 sezonie True Detective wiedziałem, że to nie będzie to samo co 1 sezon... McConaughey, Harrelson, pesymistyczna filozofia, nietypowe, a wręcz mistyczne morderstwa, noirowska otoczka. To wszystko już znikło kiedy opublikowane zostały nazwiska aktorów wcielających się w bohaterów drugiego sezonu oraz zmiana miejsca akcji na Kalifornię. Już sam fakt zapowiedzenia zmiany konwencji wyszedł na plus HBO, ponieważ gdyby zrobili jak z Grą o Tron, że konkretnych informacji prócz pogłosek od Martina nie było to fani serialu byliby bardzo zawiedzeni. Ja na szczęście nastawiłem i pogodziłem się z myślą, że genialnego Rusta Cohle'a nie będzie i drugi sezon muszę potraktować jako nowy serial, nową historię. I zadziałało... lepiej niż myślałem.

To nadal jest True Detective... czołówka, muzyka, dorosły, brutalny świat, klimat... To dalej funkcjonuje, tylko pod lekko zmienionym kątem. Pod Kalifornię pasuje to świetnie, rzekłbym nawet wspaniale. Martwiła mnie dość duża ilość bohaterów i pierwszy odcinek dawał mi poczucie, że to współczesna Gra o Tron i będziemy skakać od bohatera do bohatera... *DLA WRAŻLIWYCH - SPOJLER* Jednak pod koniec odcinka wszyscy się gromadzą i badają tą samą sprawę, czyli jak można było się spodziewać po zapowiedziach nasi bohaterowie będą mieli ze sobą bezpośredni kontakt *KONIEC SPOJLERA*. Skoro mowa o bohaterach... to jest całkiem nieźle. Jeżeli już muszę porównywać z pierwszym sezonem (chociaż i tak zdaję sobie z tego sprawę, że raczej drugi go nie przebije) to poza oczywistą próbą skopiowania Rusta mamy Raymonda, który wydaje się być połączeniem Rusta i Marty'ego... Zwykły gliniarz z nadpobudliwym charakterem mający problem z wszelkiego rodzaju używkami oraz utrzymaniu normalnego kontaktu z rodziną. Szczerze... gdy zobaczyłem nazwisko Collina Farrela to wiedziałem, że będzie dobrze. Czułem, że będzie następcą albo chociaż kopią Rusta... Jednak plakat ukazujący charakteryzację Ray'a po prostu zmiażdżył mi umysł... Leciało tandetą i kopią na kilometr. Bardzo pozytywnie się zaskoczyłem. Ujrzałem w Rayu coś co było teoretycznie znanym schematem ale jednocześnie czymś oryginalnym... Nie potrafię tego inaczej nazwać jak to, że w Collin Farrel w tej aranżacji cholernie mi przypomina Maxa Payne'a... i to mnie kupiło. Do tego jeszcze powiązanie z Francisem... Gliniarz na zlecenie... w serialu... nie mogło być lepiej.
Francis - spokojny, opanowany, wpływowy... "biznesmen", który jak to zwykle bywa próbuje zmienić coś w swoim otoczeniu na dość nietypowe, niekoniecznie legalne sposoby. Z krótkiej retrospekcji możemy wywnioskować, że z lekka pozytywista, praca u podstaw i te sprawy... Ambitny, wyrachowany. Moje skrzywienia serialowe mi trochę się wdały we znaki i zaczynam go troche utożsamiać z łagodniejszym Wilsonem Fiskiem z Daredevila ^^ ... Bardzo ciekawa postać, czekam na dalszy rozwój jego planów oraz sposoby ich realizacji...
Antigone... lub jak kto woli Ani... bardzo mnie intrygowała postać w ktorą się wcieli Rachel McAdams, którą zapamiętałem głównie z nowych filmów o Sherlocku Holmesie i wydaje mi się, że spełniła moje oczekiwania, jeśli mogę tak powiedzieć. Trochę stereotypowa, twarda, niezależna, silna kobieta pracująca jako Pani Detektyw (0 szowinizmu), jednak troskliwa o swoich najbliższych... ale znowu z kolei wyraża swoje emocje w bardzo jasny, nawet wulgarny sposób. Jak dla mnie to będzie bohaterka, która albo będzie trzymać całą tą bandę w ryzach albo będzie to pierwsza osoba, która coś za przeproszeniem spieprzy pod wpływem emocji...  Pożyjemy, zobaczymy :D ( Tego jej partnera z wydziału, asystenta czy pazia nie opisuje już nawet... irytujący z twarzy, nudny jak z flaki z olejem...)
No i został nam Paul... młody, ambitny, żadny adrenaliny glina, a raczej król autostrad, fan motocyklów (duży plus już za to :D)... Sumienne wykonuje swoje obowiązki, pracę traktuje bardzo poważnie, nawet można rzec że żyje dla tej roboty (po części odtrącając swoją niezła laskę tak BTW xD). Z pierwszego odcinka najbardziej tajemnicza postać (nawet Francis był bardziej czytelny) mimo, że po trailerze wydawał się właśnie typem nadgorliwego młokosa. Pewnie będzie miał swoje momenty... ale i tak z męskiego grona najbardziej chyba przykozaczy Ray. Mam nadzieję :D

Historia zaczyna się kleić... pierwsze 20 minut może trochę pogubić widza skacząc z wątku do wątku, z bohatera do bohatera/rki, ale w końcu mamy spójną całość i nic tylko zostaje oglądać kolejne odcinki. Ja się nie zawiodłem i czekam z niecierpliwością na kolejne odcinki i napisy do tego... Tak, ten serial najlepiej się ogląda po angielsku z napisami polskimi bądź angielskimi. Jednak ja, żeby maksymalnie czerpać z tego show poczekam sobie na napisy polskie... Hype'u nigdy za wiele :D ... Pierwszy odcinek jak najbardziej polecam, jeżeli ktoś się nie zapoznał z pierwszym sezonem to oczywiście must-watch, ale trzeba pamiętać o tym, że drugi sezon to coś kompletnie innego z lekkimi akcentami znanymi z 2014. Fabuła wciąga, bohaterowie są całkiem rzetelni jak na klimat serialu, stylistyka za dużo się nie zmieniła... no i oczywiście bardzo klimatyczna czołóweczka oraz piosenka "My Least Favourite Life", która wygrała odcinek... Miodzio :3


Trzymajcie się, cześć i bajo! :D

komentarzy: 0Poniedziałek, 29 czerwca 2015, 23:11

Żywot maturzysty

matura 2015, maturzysta, CKE, plox, wakacje



 (Tekst ma charakter osobisty, więc jakakolwiek niepoprawność stylu, literówki, błędy wynikają z mojego lenistwa, a brak jakichkolwiek obrazków... Fuck it, to jest tekst o maturach, po co Was męczyć memami, które były modne miesiąc temu)

Matura, matura i po maturach...

Już praktycznie od 4 dni oficjalnie rozpocząłem wakacje... W niektórych szkołach maturzyści już mieli wolne w drugim tygodniu maja, ale cóż polityka szkoły nie wybiera. Będzie to dosyć osobisty post, generalnie podzielić się z innymi gramowiczami czy to młodszymi czy starszymi wrażeniami z matur. Pewnie się już nasłuchaliście 458 opinii i ja zamierzam dorzucić jeszcze jedną. Wrażenia przed, w trakcie i po... No to jadziem! :D

3 klasa maturalna... po pierwszych kilku miesiącach to był dla mnie czysty regress. REGRESS, nie PROGRESS. Nie wiem czy to za sprawką, że zmienili nam na ostatni moment przed maturami nauczycielkę od matmy i generalnie motywacja do nauki i jej ilość się zmniejszyła czy już byłem po prostu znużony tą szkołą. Uczyć się uczyłem, oceny jakieś tam zgarniałem... lepsze i gorsze, ale generalnie jakiejś większej spinki nie było, a czas nieubłagalnie leciał i zamiast tak naprawdę stresować się samymi egzaminami i brakiem czasu na większą ilość powtórek bardziej co jakiś czas stresowałem się tym, że się nie stresuje. No cóż, kwestia podejścia... Ja miałem o tyle szczęście, że od listopada trafiła mi się nowa partnerka (do tańca oczywiście) i poświęciłem się maksymalnie treningom i rozwoju głównie fizycznemu, no i po części mentalnemu jeżeli chodzi o własną świadomość jako już pełnoletniego człowieka, ucznia, sportowca. Żyłem sobie, żyłem, układałem sobie w głowie różne scenariusze jak to będzie, a jak powinno być, ale life is life... Najwyraźniej mój żywot to jedna wielka improwizacja i w sumie mi to nie przeszkadza. Gatunek ludzki od zawsze musiał się dostosowywać, dlaczego ja nie musiałbym? Dobra, ale koniec filozofii życiowej... matury. Chociaż po tym fragmencie widać, że ewidentnie przez większość czasu miałem tak trochę lub tak trochę bardzo kolokwialnie mówiąc wyje*ane...

Maturą straszą od początku liceum, a nawet pod koniec gimnazjum i wcale się nie dziwię... Teoretycznie to najważniejszy egzamin w życiu, bo to końcowy egzamin obowiązkowej edukacji w naszym kraju i nie tylko. Od tego papierku zależy gdzie idziemy na studia, czy przyjmą nas pracy, bo tak się przyjęło, że minimum to średnie wykształcenie musi być. Spoko, szanuję, sam miałem pewne ambicje, poszedłem do liceum ogólnokształcącego i nie narzekam. Poznałem tam spoko ludzi, niektóre przyjaźnie mam nadzieję zostaną na wieki, skok pomiędzy wiedzą gimnazjum a liceum jest bardzo duży, do końca życia będę wspominał ukochaną deltę czy bezsensowne lektury takie jak "Lalka", o której pisałem na maturze nie mając o niej jakiejś większej wiedzy poza podstawowymi faktami ze streszczeń i własnych odczuć po przeczytaniu niecałego 1 tomu... Nie będę się rozwijał na temat szkoły, bo znowu schodzę z tematu. W trzeciej klasie jak to każdy trzecioklasista powiedział sobie (i nie tylko roczniki maturalne): " Od teraz zaczyna się nauka!". No i fajnie, ja tam potrafię się zmobilizować, mobilizacja była, zarys jak to będzie wyglądać owszem był, realizacja również... Tylko się pozmieniało troszeczkę. W trakcie ostatniego roku chyba z 5 czy 6 razy zmieniałem zdanie na jaki kierunek pójdę (w porównaniu do innych to stosunkowo mało xD), priorytetem do listopada było prawo jazdy, od listopada treningi i w sumie nauka zeszły na dalszy plan. Nie zrozumcie mnie źle... Sumiennie i do końca realizowałem materiał (no poza wszystkimi drzemkami na geografii i symulacji lekcji historii), chodziłem na fakultety, robiłem zadania dodatkowe pod maturę, uczęszczałem na korki z matmy... Generalnie full wypas. Po drodze oczywiście zdarzały się imprezki, tripy czy to na PGA, do kina, zawody... wszystko to miało na celu oczywiście oderwanie nas od szarej rzeczywistości szkolnej.

Jedna zależność bardzo mnie zaciekawiła... Im bliżej było matur, tym byłem bardziej zmęczony i znużony tym wszystkim. Nie wiem czy to była kwestia snu, którego cykl mi się trochę poprzestawiał przez popołudniowe drzemki (których wcześniej nie znosiłem) czy motywacji, a konkretnie jej braku. Owszem przyswajałem materiał, ale niektóre rzeczy to po prostu wciskałem sobie do głowy na siłę, a powtarzanie takich czy innych tematów (szczególnie na geografii) przyprawiały mnie o bóle głowy, marudzenie, senność i inne objawy wszelkiego nieróbstwa. Oczywiście nie ma się czym chwalić, absolutnie nie radzę nikomu postępować tak jak ja, bo można się nieźle na tym przejechać. Ja póki co konkretnych konsekwencji nie odczułem, ale coś czuje, że niedługo karma zatryumfuje.

OK. MATURY! BUM! Za tydzień matura. Wszyscy w panice... Co robię ja? Dzień po zakończeniu roku pojechałem na turniej trzeci tydzień z rzędu, po czym wróciłem z jednego końca Polski do mojej miejscowości (jakieś 4 albo 5 godzin jazdy autem), zatańczyłem pokaz na 18tce mojej serdecznej koleżanki z klasy oraz potem na tej 18tce się zajebiście bawiłem. Można? TRZEBA! Serio ludzie... Jeżeli poszliście do liceum, to nie ma bata, że jesteście nieprzygotowani do matury... No zdarzają się oczywiście asy przestworzy, high all the time, a potem pobudka na tydzień przed. Uczenie się tuż przed maturami nie dało mi nic oprócz stresu czego to ja nie umiem, co bym musiał powtórzyć, co może się trafić, i tak dalej, i tak dalej... No poza Narodowym Świętem Czytania Streszczeń Lektur, które jest podstawą każdego maturzysty (polecam kanał Mietczyńskiego :D).

Przychodzi pierwszy dzień... POLSKI. Polski... w pierwszej klasie przyznaje byłem w klasie humanistycznej (największy błąd mego życia), po czym w klasie ekonomicznej został moim najbardziej znienawidzonym przedmiotem ever. Jak wiele potrafi zmienić nauczyciel to sobie nie wyobrażacie... No nic, ubieram się w garniak studniówkowy, biała koszula, krawacik (pomyślałem sobie, że może będę miał więcej szczęścia bo studniówkę miałem MEGA) no i w drogę... Stoimy, czekamy, podenerwowanie, kisiel w gaciach, śmierć w powietrzu... Pytaniem dnia było: "CO BĘDZIE NA PRACY?!?!?!?!". Ja podchodząc humorystycznie do tematu, zacząłem przyjmować zakłady i jednocześnie się dowiedziałem wiele ciekawych rzeczy, które oje*ałem czytając streszczenia jeszcze 7 godzin temu. Piękne połączenie przyjemnego z pożytecznym. Najbardziej bałem się "Chłopów", "Przedwiośnia" i trzeciej części "Dziadów" bo to były lektury, które kompletnie mi nie podpasowały i ich nawet nie ruszałem, po tym jak z nimi obcowałem przez pierwsze 30 minut (cóż - do Adasia nic nie mam, "Pan Tadeusz" mi się bardzo podobał, bardzo przyjemnie się pisało próbną, ale ze względu na zmianę klasy ominął mnie zaszczyt omawiania "Dziadów" co skutkowało olaniem tejże lektury). Dobra, procedury wszelkie uczynione, formalności stało się zadość - Unboxing matury (hehe :v)... Sprawdzam czy wszystko działa czy kurier nie pomylił mnie z dyslektykiem... jest wszystko pięknie, wygrałem zakład i życie - LALKA. Half Life 3 confirmed. No i sobie minął polski... klasycznie odwoływałem się do mojej ulubionej lektury, której też nie do końca przeczytałem, a żałuję - "Zbrodnia i kara" no i git, DONE. Czekamy na resztę.

Matma. Pierwszy egzamin, na którym się przejechałem. Myślałem sobie: "Eee tam podstawa, izi. Przez 2 lata byłem na rozszerzonej matmie plus korki, z 90 % będzie... Luzik."... C*UJA , nie luzik! Moja pewność siebie została zachwiana, przyznam CKE dało troszkę do pieca, jak rozwiązywałem zeszłoroczną maturę to wydawała mi się łatwiejsza. Byłem zły na siebie. Nie starczyło mi czasu na wszystkie zadania i głównie na otwarte... Generalnie - conajmniej 10 punktów w plecy... Później czytając obsrany odpowiedzi do zamkniętych i nie tylko się okazało, że błędy jakieś są... Ulga nastąpiła po podliczeniu punktów. Zdane jest, tylko wynik taki średni, bo będzie może o jakieś 10 lub 20 % wyższy od próbnej (która też mi słabo poszła). No cóż life is life... Na lekcjach zawsze kozak, a na maturze nagle jeb! Nauczka i kop w dupala musiał być, bo jednak skilla trzeba było mieć, a się nie popisałem za dobrze.

Angielski... Cóż mogę powiedzieć. Easy peasy, lemon coś tam. Zdane jak 150, tylko zły jestem na siebie, że wynik będzie niższy niż na próbnej bo zrobiłem jeden durny błąd, którego sobie nie wybacze chyba do końca życia.  Magiczne "went off" oznaczające "włączać" usprawiedliwam tym, że pierwszy raz miałem styczność z takim wyrażeniem i nawet na angielskim rozszerzonym czy angielskim w biznesie takiego cuda nie uświadczyłem trudno... Modlić się, żeby nie odjęli za list, a tak to 96 % będzie.

Co do rozszerzonych to zdawałem wszystko i nic... : geografia, polski, matma, angielski. Tu się nie będę rozwodził za dużo ale za to w dużym skrócie:
Matma rozszerzona... tak jak się spodziewałem - MINDFUCK i generalnie od drugiej połowy arkusza nie wiedziałem gdzie jestem... Wynik dwucyfrowy będzie (CKE plox) i na cuda nie liczę. Bardzo sceptycznie podchodziłem do tego egzaminu, ale się przynajmniej trochę pośmialiśmy z kumplem...
Polski... Też zdawane dla beki i na złość polonistce. Pierwsze coś mi nie leżało, wybrałem intepretację porównawczą wiersza (ciul, że pierwszy raz takie coś robiłem w praktyce) i było to okropne. Największe lanie wody w moim życiu, ale co jak co, wiadra poszły w ruch, 6 stron zapisałem, może zostanę strażakiem :v
Angielski... Bardzo spoko, pozytywnie. List formalny mam nadzieję zaliczą jakoś w miarę, bo tam dużo punktów się łapie... Najgorsze uzupełnianie luk, a teksty czytane i słuchanie całkiem proste jak na poziom rozserzony. Bywało gorzej, szczególnie, że moja druga wychowawczyni, anglistka była bardzo wymagająca...
Geografia - Dziwny egzamin. Jeden z najdziwniejszych zestawów z gegry jakie w życiu widziałem ever. Całe powtarzanie geografii fizycznej u mnie poza erami poszło do lasu. Społeczno - ekonomiczna nawet była tak dziwnie skonstruowana... Zachwycony z siebie nie byłem. Na próbnej było łatwiej, liczę, że wynik będzie porównywalny albo nie dużo niższy...

Ustne... W bardzo dużych odstępach czasowych, ale zdane wszystko...
Angielski - 100 %. Najprzyjemniejszy egzamin w życiu chociaż przyłapałem się, że po miesiącu nie ćwiczenia tego angielskiego zasób słownictwa na egzaminie mi się zmniejszył i czułem, że ta stówka wpadła za pewność siebie i jakieś tam nabyte umiejętności z lekcji, serialów, filmów niż bardziej praktyki i ćwiczeń.
Polski... O matko... nie polecam nikomu. Pewnie się zmieni ten system, bo no cóż... Przecieki były i to każdego dnia. Szczęśliwy ja, który miał na 15:10 chyba egzamin to na spokojnie przygotowałem sobie z tych 21 tematów 6 takich najbardziej hardkorowych. Ostatecznie otrzymałem to co najbardziej olałem czyli : "Szczerość, a grzeczność. Strategie językowe". Tekst dorzucony był o kłamaniu, przez minutę czarna dziura do czego się odwołać, ale uratowało mnie czytanie książek dla siebie i odwołałem się do zrecenzowanej przeze mnie ksiązki "Wayward Pines. Szum". 72,5 %... Pozytywnie jak na mnie.

Wnioski: Uczyć się i nie poddawać. Ja miałem inne priorytety, trochę się to odbiło szczególnie na matmie, ale generalnie odczucia nie są aż tak tragiczne. Mogło być lepiej, bo zawsze może być lepiej, ale nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Czekam na wyniki, mam nadzieje, że będą satysfakcjonujące dla ekipy rekrutacyjnej na studia, na które się wybieram i nie będę musiał za rok pisać tych bzdur jeszcze raz.


A co maturzyści robią teraz? Pewnie większość tych gamingowców pyka sobie w Wiedźmina 3, ale cóż... mnie ten zaszczyt ominął ze względu oczywiście na sprzęt. Planuje zakup PS4 i Wieśka (bez hejtów pliz, zdania nie zmienię) bo tak jest taniej, ekonimiczniej i mi chodzi o to tylko aby zagrać w grę i odczuć ją maksymalnie, a nie na pokazie slajdów. Oprócz spania, trenowania, wszelkich prac w domu zasiadam sobie teraz do 5 sezonu "Gry o Tron". Czekam na kolejny sezon "Suits" i mojego upragnionego "True Detective". Wkręciły mi się ostatnio bardzo uniwersum Gwiezdnych Wojen, tak więc do kolacji oglądam sobie moje dosyć lubiane animowane "Star Wars: Clone Wars" (obecnie 3 sezon). Do tego przeszedłem niedawno Jedi Academy, od czasu do czasu odpale sobie zakupioną też stosunkowo niedawno Lego Star Wars: Complete Saga i czeka też Lego Star Wars: Clone Wars. Oprócz ekipowego, wylewowego, dosyć rozwijającego się fenomenu CS: GO, w którego gramy z kumplami to postanowiłem nadrobić pewne zaległości. Zacząłem od Deus Ex: Human Revolution (w wersji reżyserskiej), którym jestem zachwycony. Żałuję, że wcześniej nie przeszedłem tej gry i nie doznałem jej w ten sposób jaki teraz odczuwam, chociaż może lepiej, że tak się stało, bo ta gierka reanimowała trochę moje gejmingowe serduszko, które powoli umierało znużeniem wszystkiego (i złagodziło trochę ból dupy o Wieśka). Wczoraj zakupiłem sobie z bratem w 2 gierki z Premium Games w ramach promcji na muve.pl (nie dostaje hajsu za reklame, po prostu fajna promocja) 2 w cenie jednego. Czekamy na kuriera z Metro Redux oraz Śródziemie: Cień Mordoru, którego od początku ogłoszenia tej gry chciałem pograć, tak więc będzie ciekawie! Żeby nie zostało przy samej elektronice oczywiście w międzyczasie czytam sobie najnowsze dzieło Glukhovskiego, a mianowicie osławione "FUTU.RE". Bardzo fajna książka, polecam wszystkim fanom science fiction i nie tylko. Bardzo fajne do klimacenia sobie właśnie również Deus Ex, bo zarówno w jednym i drugim tytule wystąpuje motyw utopii i różnicy zdań a propos życia ludzkiego. Po "FUTU.RE" mam zamiar wziąć się za "Kłamcę" Jakuba Ćwieka. Po ostanim seansie drugiej części Avengers stwierdziłem, że chciałbym się wziąć za jakieś dark fantasy związane właśnie z bogami itp.. W niedzielę wybieram się na nowego Mad Maxa, tak więc mam co robić w najbliższym czasie, nie wspominając już o pracy, którą zaczynam od wtorku, aby sobie dorobić na obóz szkoleniowy, studia, Wieśka i inne fajne bajery.

Podsumowując... to tyle. Takie są moje wrażenia, przed, po, w trakcie. Nie było źle, straszą nas tak tymi maturami a taka prawda, że sesja i praca to o wiele większy shitstorm niż to co nam funduje CKE. Jeśli chcecie to się podzielcie Waszymi wrażeniami, łączmy się w bólu roczniku 96 i nie tylko. Starsi czy młodsi mogą wyrazić swoją opinię o maturach swoich byłych lub przyszłych, czemu nie. A jak nie chcecie, spoko rozumiem, w końcu są wakacje... a nie... czekaj... :D

komentarzy: 3Sobota, 30 maja 2015, 02:15

« starsze wpisy

Więcej o mnie

Krótko o mnie:Gramsajt stworzony z nudów. Będę od czasu do czasu przelewał tu swoje myśli na tematy gamingowe, nie-gamingowe, trochę może o książkach, filmach i może też troche nietypowych sytuacjach, w których gry pełniły nie jedną rolę. Od takie luźne myśli, pogadanki, mile widziane dyskusje w komentarzach, jakieś linki do fajnych artykułów nawiązujących do tego co tu będę sobie pisał. Fajnie jeżeli tu wpadliście, doceniam, że będziecie czytać te może nie do końca fascynujące moje wypociny ;p Pozdro! :D

Moje tagi:fantasy, filmy , fps, gry, książki

Moje motto:Różne, różniste... zależy od sytuacji lub nastroju ^^

Posiadany sprzęt:PC

Moje statystyki

Na gram.pl jestem już: 2807 dni

Moich wejść na gram.pl: 3 692 (#1875)

Napisanych postów i komentarzy: 14 (#1906)

Napisanych recenzji: 0

Wpisów na blogu: 12 (#220)

Liczba odwiedzin mojego gramsajta: 732 (#1401)

Strona prezentuje indywidualną opinię użytkownika. gram.pl nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczone przez użytkowników.
© gram.pl