avatar

LordTyrranoos Użytkownik gram.pl (Przewodniczący) ja.gram.pl/LordTyrranoos

Mój blog (ostatnie wpisy) rss

Forza Horizon - recenzja


0

Przyznam się szczerze, że jeszcze kilka lat temu serii Forza Motorsport nie darzyłem zbyt wielką sympatią, głównie ze względu na projekt tras rodem z Formuły 1, zwyczajna nuda w moim mniemaniu, oraz kiepską sztuczną inteligencję przeciwników. I mimo że od tej pory "czwórkę" katowałem dość niemiłosiernie, to dopiero ostatnia odsłona serii na konsolach poprzedniej generacji tak naprawdę mnie zachwyciła. Horizon zabrało markę Forza na dziką przejażdżkę po wirtualnym Kolorado i przyznać muszę, że wyszło to zaskakująco świetnie.

Czymże jednak jest tytułowe wydarzenie? To bodaj największy festiwal dla wszystkich miłośników czterech kółek, bez względu na wiek czy płeć, odbywający się na terenie wspomnianego powyżej amerykańskiego stanu. Atmosferę niekończącej się imprezy czuć tu na każdym centymetrze, seria odchodzi zatem od przesadnego sztywniactwa (w moim mniemaniu) Motorsport raczej w kierunku luźnego Test Drive Unlimited czy ostatnich odsłon DIRT-a. Co więcej, mamy nawet coś w rodzaju namiastki fabularnej – jako ostatni, dwieście pięćdziesiąty kierowca na liście bierzemy udział w prestiżowym evencie Horizon, zaś celem głównym jest, a jakże, zdominowanie konkurencji i wygranie mistrzostwa. Tutaj na drodze staje jednak kilkoro gwiazd z masywnymi ego, za każdym razem rzucających niewybrednymi komentarzami na nasz temat. Z trzykrotnym czempionem, Dariusem Flyntem na czele.

0

Kolejne etapy festiwalu udostępniane są grającym wraz z postępem w grze, symbolizowanym przez kolorowe opaski. Początkowo bierzemy udział w zmaganiach najsłabszych aut z niższych klas, w których zwycięstwa dają niewielką ilość kredytów i punktów niezbędnych do odblokowania kolejnego poziomu. Z czasem jednak samochody sportowe i typowo wyścigowe to nasz chleb powszedni, zaś przekraczane na drogach prędkości prawie dwukrotnie przewyższają te osiągane wcześniej. Co więcej, za tryumf zgarniamy o wiele więcej profitów, także za pokonanie faworyta danego pojedynku. Ogólny schemat jest zatem bardzo prosty – ciułamy punkty za sukcesy w wyścigach, odpowiadamy na wyzwanie jednej z gwiazd festiwalu, za pokonanie której zgarniamy furę przeciwnika, odbieramy kolejną opaskę i wracamy do punktu pierwszego. Można odnieść wrażenie, że gra nuży po kilku godzinach, ale wcale tak nie jest!

Przede wszystkim rzec trzeba, że Kolorado udostępnione zostało do całkowicie dowolnej eksploracji. Oczywiście, trasy są wytyczone, ale chyba większość graczy woli szarżować na drogach, nie zaś po polach i łąkach. Chodzi w pierwszej kolejności o to, że kolejność eventów, w których chcemy wziąć udział zależy tylko i wyłącznie od nas. Nawet posiadając złotą, a więc ostatnią opaskę, bez większych problemów możemy rozbijać się w rywalizacji pojazdów klasy D, zaś miłośników poprawiania rekordów własnych lub znajomych z pewnością zainteresuje możliwość powtarzania konkretnego rajdu bez jakichkolwiek limitów ilościowych. Nic nie stoi także na przeszkodzie, by całkowicie olać jakiś tam festiwal i po prostu oddać się niczym nieskrępowanej jeździe dowolnej, którą jednak przerywać będzie anielski głos przypominający co jakiś czas o istnieniu zawodów w ramach Horizon.

0 

Te ostatnie nie są może specjalnie innowacyjne, bowiem trudno tak określić wyścigi z punktu A do punktu B czy oparte na kilku okrążeniach po konkretnie wytyczonym torze, aczkolwiek kilkadziesiąt eventów plus trzydzieści wyścigów ulicznych to całkiem niezła rekomendacja tak czy siak. Miłą niespodziankę stanowią jednak zawody pokazowe, w których bierzemy udział specyficznym rodzajem aut , jak choćby Mini, czy stajemy w szranki przeciwko... balonowi, samolotowi lub helikopterowi! Po raz pierwszy spotkałem się z tak bardzo nierealnymi, ale jednocześnie diabelnie satysfakcjonującymi konkurencjami. Stwierdzam jednocześnie, że takowe rywalizacje sprawiłyby wielką frajdę widzom w świecie rzeczywistym (pomijam tu kwestię „prób lotniskowych”). Walcząc o chwałę, pieniądze i kobiety podczas festiwalu Horizon, bierzemy jednocześnie udział w wyzwaniach sponsorów. Dosłownie każdy brawurowy ruch z naszej strony, jak choćby drift, palenie gumy czy zniszczenie elementu otoczenia, nagradzany jest punktami w poszczególnych kategoriach, a także wpływa bezpośrednio na poziom popularności naszej persony wśród rywalizującej ze sobą braci. Nic to praktycznie nie oznacza, może mieć znaczenie tylko i wyłącznie dla achievementowych łowców.

 Przemierzając udostępniony teren wzdłuż i wszerz nie jesteśmy zmuszeni do słuchania wyłącznie pięknie pracujących silników, ale także trzech zróżnicowanych stacji radiowych, grających m.in. rock czy muzykę elektroniczną. Miłośnicy takich artystów, jak Skrillex, The Black Keys czy Dizzee Rascal odnajdą tu swoje ulubione motywy. Zdecydowanie w tym momencie muszę pochwalić polską wersję językową, przygotowaną jak na warunki rodzimych lokalizacji całkiem profesjonalnie. Prezenterzy radiowi brzmią jak prawdziwi, zaś głosy gwiazd festiwalu wyróżnia ich pewność siebie i przekonanie o braku umiejętności innych pretendentów. Horizon zdecydowanie zyskuje dzięki polskim lektorom, za co Microsoftowi należą się oklaski.

Wirtualne Kolorado to także różnorodność przyrodniczo-geograficzna. Obszar jest tak duży, że twórcy zdołali upakować weń miasta, miasteczka, tereny górzyste, kaniony, lasy i pustynie. Przemierzając mapę z jednego punktu do drugiego często nie mamy czasu ani możliwości, by podziwiać piękne okolice, jednak bez dwóch zdań Forza Horizon to jedna z najładniejszych gier wyścigowych dostępnych w tej chwili na konsole X360. Polecam wszystkim widok z kokpitu, który fantastycznie odwzorowuje wnętrza setek przeniesionych do świata Horizon licencjonowanych aut. Dosłownie każda licząca się na rynku samochodowym marka znalazła swoich przedstawicieli w grze, zatem bez względu, czy przepadasz za przeładowanymi mocą Ferrari, czy mającymi prawdziwą duszę krążownikami szos z lat 60., wszystko to znajduje się w najnowszej odsłonie serii Forza. 

0

Gwoli ścisłości, nie ma też nic przyjemniejszego od stuningowania dwudziestoletniego Golfa, zdawać by się mogło bardzo pospolitej maszyny na polskich drogach, do klasy A, w której rywalizuje z najnowszymi zdobyczami techniki z dość dobrym skutkiem. Kwestia modyfikacji aut stoi na niemal perfekcyjnym poziomie. Do dyspozycji zostało oddanych tak dużo różnorakich elementów silnika czy karoserii, że nad przeróbką jednego wozu można spędzić ładnych kilkanaście minut, analizując przy tym zmiany kilku ekstremalnie ważnych statystyk. Z doświadczenia wiem, że w tej grze sterowność i przyspieszenie są ważniejsze od maksymalnej prędkości czy mocy hamowania, co też przekładało się na wielokrotne tryumfy stareńkim Golfem nad dużo bardziej wypasionymi furami.

Parametry wozów nic nie pomogą, jeśli nie dostosujemy albo własnych umiejętności do ustawień, albo ustawień do własnych umiejętności. Ogólnie Forza Horizon oferuje model jazdy po części symulacyjny, po części zręcznościowy – zatem prawdopodobnie najprzyjemniejszy i dający najwięcej radochy. Twórcy udostępnili jednak możliwość samodzielnego skonfigurowania kilku cech, wpływających na prowadzenie aut. Być może dla hardkorowych fanów Motorsport zabrzmi to jak herezja, ale włączony ABS czy aktywna kontrola trakcji powodują, że czerpiemy maksymalne zadowolenie przy jednoczesnej brawurowej jeździe i stosunkowo małej ilości kolizji. Opcje symulacyjne polecam wyłącznie dla miłośników symulatorów, jak również niereformowalnych fanów poprzednich osłon serii Forza.

0

W każdym razie, samochody wyraźnie różnią się parametrami oraz sposobem prowadzenia. Mimo zdecydowanie lżejszej atmosfery Horizon w porównaniu do Motorsport, nie jest to zręcznościówka pod żadnym pozorem. Jadąc ponad trzysta pięćdziesiąt kilometrów na godzinę nie jesteśmy w stanie zapanować nad autem, jak robiliśmy to chociażby w Hot Pursuit. Powoduje to konieczność skupienia i pewnego operowania lewą gałką analogową, odpowiedzialną naturalnie za sterowność wozu. Warto przy okazji podkreślić brak wpływu wizualnych uszkodzeń na faktyczny stan techniczny pojazdów, co dla jednych będzie niedopuszczalnym niedociągnięciem, dla innych co najwyżej ciekawostką.

Kiedy kariera festiwalowa w końcu się znudzi (a wątpię, by zdarzyło się to szybko, wszystkie eventy to kwestia około dwudziestu godzin), przygotowano także obszerny multiplayer, w którym, poza standardowymi typami wyścigów oraz jazdą dowolną, zaprezentowano kilka bardziej interesujących trybów, mogących przedłużyć o kilka godzin nasze doświadczenie z grą. W Królu musimy jak najdłuższy czas dzierżyć rzeczony tytuł poprzez ucieczkę przed innymi graczami, podobny zresztą koncept prezentuje Zarażony, z tym że tutaj nie możemy dać się „złapać” jednemu, tytułowemu użytkownikowi. Z kolei Kot i myszka to wariant tradycyjnych zawodów z tą różnicą, że nie możemy dać się wyprzedzić drugiej drużynie. Moduł wieloosobowy umożliwia grę maksymalnie ośmiu graczom w jednej sesji, choć szczerze mówiąc nie wróżę mu zbyt świetlanej przyszłości, ze względu na dość chaotyczną rozgrywkę, a także zdarzające się problemy z wyświetlaniem samochodów innych graczy.

0

Tu zarazem dochodzimy do narzekania na najnowszą Forzę. Przede wszystkim bardzo irytują wszechobecne ekrany ładowania, które wyświetlają się zdawać by się mogło wszędzie tam, gdzie tylko mogą. Chcąc tylko zmodyfikować swoje auto w garażu ujrzymy statyczną planszę trzykrotnie! Dziwi to tym bardziej, że przy przemieszczaniu się pomiędzy poszczególnymi obszarami rozległego bądź co bądź Kolorado nie występują jakiekolwiek loadingi, zaś sama gra działa bardzo płynnie. Zauważalne są także drobne błędy techniczne, spośród których przede wszystkim muszę wypunktować dwukrotne wystąpienie całkowicie białego modelu samochodu (który samochód zresztą przypominał wyłącznie kształtem). Poza tym, wzorcowo!

Forza Horizon stanowi bardzo dobrą ewolucję marki Forza i jest zdecydowanie bardziej przystępnym produktem dla szerszej rzeszy graczy. Bez wątpienia oczekuję w przyszłości drugiej odsłony, tym razem ze zmiennymi warunkami pogodowymi, większą liczbą stacji radiowych oraz jeszcze większym obszarem do samodzielnej eksploracji. Tymczasem wszystkich niezdecydowanych gorąco zachęcam do zakupu. W pełni zasłużona "dziewiątka".

 

Tekst pisałem po samej premierze, chyba nawet wrzucałem do niego link, ale tym razem wrzucam całość.

komentarzy: 0Piątek, 08 sierpnia 2014, 19:59

Dementium II HD - recenzja


0

Wyznaję niepisaną zasadę, że niemal każdy horror w wersji elektronicznej jest warty uwagi, jeśli tylko spełnia swoją podstawową funkcję – powoduje przyspieszone bicie serca i nie daje o sobie zapomnieć po zamknięciu. Nie ma też większej różnicy, czy mam do czynienia z pozycją konsolową, komputerową czy konwersją, choć w przypadku Dementium II HD być może powinno to stanowić główną linię obrony. Rzadko bowiem przychodzi nam grać w pecetowe porty z handheldów, w dodatku tak kiepskie – zacznijmy w ogóle od tego, że ten „twór” nie powinien ujrzeć światła dziennego.

Oryginalne Dementium II na Nintendo DS przyjęto z zauważalną dozą optymizmu. Średnia ocen na popularnym portalu metacritic.com wynosi 75, co stawia go w bardzo dobrym świetle, tym bardziej jako przedstawiciela niezbyt popularnego gatunku dla konsoli przenośnej. Trudno jednak zrozumieć decyzję twórców o przekonwertowaniu kodu na potrzeby komputerów osobistych. W dobie Amnesii, Outlast czy innych mniej lub bardziej zaawansowanych technologicznie produkcji, Dementium II HD wypada zwyczajnie żałośnie. Dopisek „HD” oznacza ni mniej, ni więcej, co podbicie rozdzielczości tekstur do rozmiarów nie powodujących kompletnego odruchu wymiotnego i ewentualne przemodelowanie co bardziej rzucających się w oczy elementów. Efekt? Kilkunastoletnie gry prezentują lepszy poziom, co chyba samo w sobie opisuje tę miernotę.

0

Grafika grafiką, wszak wrażenia wizualne nie grają pierwszych skrzypiec w survival horrorze. Szkoda tylko, że i cała reszta nie wybija się ponad wspomnianą miernotę. Fabuła to przesadna klasyka, pacjent z amnezją, prześladowany przez demony przeszłości, błąkający się po terenie szpitala psychiatrycznego, któremu dość przesadnie miesza się świat rzeczywisty z tym urojonym, wyimaginowanym, wręcz trudnym do wyobrażenia. Problem w tym, że odkrywanie kolejnych kart historii Williama Redmoora, podejrzewanego o zamordowanie żony i córki, nie jest ani interesujące, ani nawet angażujące. Kilka minut po obejrzeniu intra i oswojeniu się z modelem rozgrywki, moim pierwszym skojarzeniem było kultowe The Suffering. Niestety, Dementium II HD nie umywa się poziomem do wspomnianego dziesięciolatka (!), którego egzemplarz po dzień dzisiejszy posiadam w swojej kolekcji gier na pierwszego Xboksa.

Gameplay opiera się na eksploracji ośrodka i jednoczesnym zwalczaniu ochroniarzy psychiatryka lub dziwacznych monstrów w alternatywnej wersji rzeczywistości. Posługiwanie się bronią białą przypomina bezcelowe machanie cepem, podczas którego średnio jeden na dziesięć ciosów faktycznie daje pożądane efekty, zaś mechanikę strzelania chętnie podsumowałbym minutą ciszy. Jest gorzej, niż w budżetowych shooterach, sprzedawanych w „tekturkach”, nieprecyzyjnie, siermiężnie. Czuć, że Dementium II HD to tylko i wyłącznie kiepski port gry handheldowej. Dodatkowo tytuł chamsko i zupełnie sztucznie się wydłuża, zmuszając graczy do wielokrotnego backtrackingu do poprzednio odwiedzanych miejsc. 

0

Dementium II HD naprawdę trudno nazwać choćby kompetentnym horrorem. Spotkania trzeciego stopnia z fatalnie animowanymi potworami powodują niekontrolowany wybuch śmiechu, nie zaś strach czy chociażby zaniepokojenie. Model maszkaronów w prawdziwej wersji HD może i by przeszedł, ale trudno się nie uśmiechnąć, patrząc na ich karykaturalny wygląd (fioletowe duchy to chyba szczyt). Co gorsza, przy każdym pojedynku słyszymy w głośnikach dokładnie jeden, jedyny, ciągle ten sam motyw muzyczny, co prawda niezły, ale po dwudziestym razie nie da się go znieść. 

Trudno mi podać choć jeden dobry powód, dla którego ta gra ujrzała światło dzienne. Nie oferuje absolutnie nic, czego nie widzielibyśmy wielokrotnie wcześniej, nawet piętnaście lat temu. Inspiracje klasycznym Silent Hillem są zauważalne na pierwszy rzut oka, niestety poziom wykonania tego programistycznego potworka pozostawia wiele do życzenia. Jestem w stanie zrozumieć, że recenzowany dziś tytuł święcił niemałe tryumfy na Nintendo DS, ale jeżeli ktoś miał nadzieje, że port z przenośnej konsoli zawojuje rynek pecetowy, musi sam udać się do szpitala psychiatrycznego, najlepiej tego samego. Zrozumie wtedy tandetę i miernotę, które są synonimami Dementium II HD. Mierna "trójczyna" w dziesięciostopniowej skali.

komentarzy: 0Środa, 06 sierpnia 2014, 16:44

Deadfall Adventures - recenzja


0

Przyznam się szczerze i bez bicia, że nie jestem wielkim fanem przygód Indiany Jonesa, a serii Tomb Raider unikałem jak ognia do czasu premiery ubiegłorocznej edycji. Dziwnym zatem może się okazać, iż na premierę Deadfall Adventures czekałem z nieustającym zaciekawieniem i nadziejami, że Polacy z The Farm 51 wybiją się w końcu ponad przeciętność, jaką zaprezentowali graczom choćby w postaci NecroVisioN czy ostatniego Painkillera. I znowu przyjdzie mi czekać na tę chwilę, bo choć budżet nie ten, na usta ciśnie się jedynie popularne „wyszło jak zwykle”.

0

Inspiracje Indianą Jonesem są w tej grze widoczne na pierwszy rzut oka – oto butny i żądny przygód (i grubych pieniędzy, skarbów, sławy i tak dalej...) awanturnik James Lee Quatermain, prawnuk znanego skądinąd Allena Quatermaina, wplątany zostaje w walkę o starożytny artefakt rodem z samej Atlantydy, który swojemu posiadaczowi może dać niewyobrażalną moc i władzę nad światem. I choć w wielkim skrócie nie brzmi to źle, gdy dodamy do tego fakt, że o o rzeczoną zabawkę rywalizują hitlerowcy i Sowieci, dostajemy kolejną grę, w której przez większość czasu mordujemy kolejne rzesze pozbawionych choćby najbardziej racjonalnych zachowań wojaków. Nie narzekałbym, gdyby kreacja postaci została poprowadzona w sposób choćby nie odpychający od ekranu, gdyby główny antagonista nie był do bólu oklepanym stereotypem złego Niemca, posługującego się angielskim z żałosnym, „niemieckim” akcentem, gdyby w końcu fabularny zwrot stanowił choć minimalne zaskoczenie. Ale nic z tego.

W zamian otrzymujemy produkt co najwyżej średni, w którym tak naprawdę nie ma nic, co mnie osobiście potrafiło zaciekawić do tego stopnia, by z wypiekami na twarzy oczekiwać końca opowieści Quatermaina. Nie trudno się domyślić, że Deadfall Adventures jest grą akcji, gdzie przeplatają się elementy pierwszoosobowej strzelaniny oraz rozwiązywanie zagadek. O ile to pierwsze stoi na autentycznym poziomie produkcji budżetowych, o tyle łamigłówki stanowią nawet przyjemną odskocznię od masakrowania mięsa armatniego. Problem w tym, że poza czystą chęcią zdobycia nic nieznaczącego skarbu oraz achievementa, nie otrzymujemy żadnego dobrego pretekstu do zainteresowania się rozsianymi w najczęściej skrajnych punktach mapy pułapkami. Większość z nich stanowi opcjonalne wyzwanie, twórcy widocznie wyszli z założenia, że nie wszyscy będą chcieli się męczyć z ogniem, kolcami czy zapadającymi się podłogami. 

0

Jeśli zaś chodzi o zagadki, których rozwiązanie jest konieczne do dalszej kontynuacji gry, mam duże zastrzeżenie co do jasności części z nich. Quatermain posiada ze sobą notatki swojego pradziadka, na pozór zapewniające swego rodzaju wskazówki. Pozornie, w kilku przypadkach musiałem aż zajrzeć do poradnika, bowiem podpowiedzi kompletnie nie naprowadzały na odpowiedni sposób poradzenia sobie z łamigłówką, czasem także wyświetlały wytyczne do... wcześniejszych lub późniejszych zagadek. Być może tego typu niedociągnięcie wystąpiło tylko u mnie, bowiem Deadfall Adventures pełne jest błędów technicznych i bugów. Znikające postacie, zacinający się w jednym miejscu bossowie (których przemilczę – są prostym dowodem jak nie powinno się projektować tego typu pojedynków) i bohaterowie towarzyszący Quatermainowi, słowem przypadki albo jeszcze bardziej ograniczające czerpanie względnej przyjemności z rozgrywki, albo zmuszające do wczytania wcześniejszego save'a.

Warto tu także wspomnieć, że The Farm 51 nie pokwapiło się o bardziej oryginalne rozwiązanie w kwestii doboru głównych antagonistów. Całość ma miejsce pod koniec lat 30. ubiegłego wieku, kto właśnie rozpoczyna walkę o władzę nad światem wszyscy wiemy. Wymiany ognia z ludzkimi przeciwnikami skłaniają raczej do wyłączenia gry, niż do jeszcze intensywniejszej eksterminacji. Trochę inaczej wygląda sprawa tych mniej przypominających żywych przedstawicieli rasy ludzkiej, mowa o wszelakiej maści mumiach, których rzecz jasna o zaawansowaną sztuczną inteligencję nie podejrzewałem, lecz nadrabiających ilością. Najciekawsze sekwencje z bronią w ręku? Gdy dokoła ciemność lub burza piaskowa, a Quatermain z latarką w lewicy i pistoletem w prawicy rozprawia się z nadciągającymi zewsząd umarlakami. Sposobem na pokonanie zabandażowanych gagatków jest potraktowanie ich sporą dawką światła, a następnie dobicie klasycznym ołowiem – system znany z Alana Wake'a, acz zaimplementowany tutaj z dość dobrym skutkiem. Szkoda tylko, że dużo rzadziej przychodzi nam uciekać przed mnożącymi się na ekranie mumiami, niż ziewać tłukąc Niemców i Rosjan.

0

W temacie oprawy audiowizualnej jest dużo lepiej, niż początkowo można było się spodziewać. Choć gra wykorzystuje wyeksploatowany już Unreal Engine 3, odwiedzane przez nas lokacje naprawdę cieszą oczy. Egipt, Gwatemala czy nawet z pozoru „nijaka” Antarktyda zapewniają przyjemne widoki i ciekawą paletę barw. Niestety, z bliska nie jest już tak różowo, bowiem tekstury niskiej jakości psują wcześniejsze pozytywne wrażenia. W przypadku soundtracku, jak to zazwyczaj bywa w produkcjach tej klasy, nic szczególnego się nie wyróżnia. Za wyjątkiem wspomnianego już na początku żałosnego akcętu (pisownia zamierzona) „niemieckiego”, słysząc który mam ochotę zwrócić kolację. Szkoda tylko, że zbyt mało do powiedzenia na przestrzeni całej przygody, trwającej około siedmiu godzin, miał sam Quatermain, dlatego też kiepska kreacja postaci jest wyraźnie odczuwalna. 

Trzeba przyznać, że The Farm 51 zdecydowało się na bardzo ambitny projekt – wszakże Indiana Jones to postać kultowa, a ubiegłoroczny Tomb Raider, przynajmniej w moim mniemaniu, pozamiatał w temacie gier przygodowych. Deadfall Adventures to produkt co najwyżej średni, na pewno nie warty swojej ceny premierowej. Po znaczących zniżkach warto jednak zapoznać się z dziełem gliwickiego studia, bo jakiś tam klimat jest, można zawiesić oko na fajnie zaprojektowanych lokacjach, a i wybijanie mumii daje nieco frajdy. Zakończenie zaś prawdopodobnie wskazuje na planowaną kontynuację, miejmy choć złudną nadzieję, że bardziej dopracowaną. Piątka z plusem.

komentarzy: 1Piątek, 25 lipca 2014, 15:05

« starsze wpisy

Teksty - najnowsze pogrubione

NAJNOWSZE TEKSTY:

TRZY SŁOWA O...:

 RECENZJE:

ZAPOWIEDZI:

"GRY FREEWARE":

Więcej o mnie

Krótko o mnie:Redaktor serwisu SwiatGry.pl, współpracownik MiastoGier.pl, student SGH, słoik, pesymista.

Moje tagi:fps, gry, recenzje, rts, swiatgry.pl

Urodziny:za 312 dni (23 maja)

Moje motto:"Co masz zrobić dzisiaj - zrób jutro"

Obecny stan:

Posiadany sprzęt:Telefon, PC, PC, Xbox 360

Moje statystyki

Na gram.pl jestem już: 4504 dni

Moich wejść na gram.pl: 14 285 (#395)

Napisanych postów i komentarzy: 1 414 (#827)

Napisanych recenzji: 15 (#32)

Wpisów na blogu: 173 (#72)

Liczba odwiedzin mojego gramsajta: 20 269 (#41)

Moi znajomi

pokaż wszystkich znajomych: 141

Prywatne wiadomości

Zaloguj się by wysyłać wiadomości

Ostatnie odwiedziny

Strona prezentuje indywidualną opinię użytkownika. gram.pl nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczone przez użytkowników.
© gram.pl