avatar

Kroniki_Rotgardu Użytkownik gram.pl (Obywatel) ja.gram.pl/Kroniki_Rotgardu


Mój blog (ostatnie wpisy) rss

Księga Krwawej Korony: Cześć II

Maka1992, Krwawa Korona, Część II

2

     „Idioci! Tępe kloce! Przygłupy rzędu największych orkowych kretynów! Kto kazał im spotykać się w domu w Dirtangu!? Może jest marny, niewierny wielkiemu Panu Wilków, Makkarowi, ale w końcu to metropolia! Każda mądra istota wie, że przypadkowi przechodnie mogą zjawić się w mieście ze znacznie większym prawdopodobieństwem niż choćby w opuszczonej jaskini w pobliskim lesie! Nawet jeśli leje deszcz, to ta reguła wciąż obowiązuje! Wygasa tylko wtedy gdy zamiast tętniącego życiem skupiska istot mamy opuszczone ruiny! Całe życie z debilami...”

     Podobne myśli nierzadko gościły w umysłach wielkich wodzów, których podwładni i sojusznicy na każdym kroku zaskakiwali głupotą. Jednak niezwykle rzadko zdarzało się, by powstały w głowie herszta orków. Dargay był jednym z tych, którym matka natura nie poskąpiła niczego. No, może oprócz wyglądu. Mało kto cieszyłby się bowiem, widząc codziennie rano przed lustrem paskudną, orkową mordę z lekko przekrzywionym, sporym nosem i żółtawymi ślepiami. Zważywszy jednak na otoczenie, w którym przebywał i to było swego rodzaju plusem. Był przecież wielki i umięśniony, co budziło strach i posłuszeństwo wśród jego mniejszych rodaków. Co więcej, posiadał ciemnoszary  odcień skóry, co wskazywało na boską łaskę, spływającą na jego osobę. W końcu tę samą karnację według legend ma czczony przez nich Makkar – bóg wojny i zniszczenia.

     Do tego samego dążył też Dargay. Zjednoczone hordy orków, niszczące siedliska ludzi za górami Bolgraed. Atakujące w sposób przemyślany, zamiast tradycyjnie zalewać wroga gradem nieskładnie nacierających oddziałów. Zanim spostrzegą się, że nie jest to zwykła inwazja, stracą zbyt wielu ludzi. Część miast już upadnie. Mimo, że będą już wiedzieli co się święci i przygotują obronę jak należy, do walki z równym sobie przeciwnikiem pod względem intelektu, będzie już za późno. Zdecydowanie za późno, bo przecież przewaga po stronie siły od zarania dziejów stała po stronie wojowników będących teraz pod wodzą Dargaya.

     Co ciekawe, jeden z władców miast zamieszkiwanych przez ludzi nie sięgnął po tradycyjne metody, czyli zdwojoną liczbę wartowników, czy też „powszechną mobilizację”. Zaproponował mu tajemny sojusz, w zamian oczekując piątej części podbitych ziem i ominięcia jego miasta podczas inwazji.

     Półork nie był jednak głupi. Wiedział, że pomoc od księcia Malkina będzie bardzo przydatna. Zapasy żywności, amunicji, oraz szczegółowe informacje o wojskach stacjonujących w poszczególnych miastach i ich mapy z pewnością mogły uczynić wojnę jeszcze łatwiejszą. Wiedział też jednak, że to nie o pomoc chodzi temu szlachetnemu pajacowi. Chciał dać mu kilka informacji, samemu rozpoczynając grę o wielką stawkę, w której kompletnie ignorował Dargaya. To tak, jakby zapraszał orka do gry w szachy, licząc, że ten zdziwiony widokiem planszy zacznie gryźć szachownicę z tępym wyrazem twarzy, podczas gdy on, „jedyny inteligentny”, będzie mógł kontrolować figury swoje i przeciwnika. Wiedząc o tym długo zwlekał z przyjęciem cichego przymierza. W końcu troska o front, oraz rozgrywka polityczna na ziemiach heretyków mogą zajmować za dużo czasu. Zabrakłoby go, by toczyć grę wśród swoich.  A nie mógłby jej zaniedbać. Nie jest przecież jedynym mądrym orkiem pochodzącym z Ashva’Munus, a władza nad zjednoczonymi klanami jest monetą, na którą skusi się niejeden bystry złodziejaszek. Jednak za nic w świecie nie potrafiłby odpuścić sobie widoku zaskoczonej i przerażonej twarzy księciunia, który w końcu spostrzeże, że ork zamiast gryźć szachownicę, zaczął z nim grać. Co więcej, zauważy, że „tępy pomiot mrocznego bóstwa” niebawem doprowadzi do mata, niwecząc wszelkie starania „mądrej głowy”.

     Dargay wziął głęboki oddech, by się wreszcie uspokoić. Nigdy przecież nie uważał ludzi za geniuszy. Zatem nie może wściekać się na oznaki kretynizmu u tego gatunku. Przecież im mniej skomplikowany intelektualnie przeciwnik, tym lepiej dla niego. Nawet, jeśli chwilowo ma pełnić rolę sprzymierzeńca. Gdyby tak nie uważał, miałby wśród swoich rodaków problem z jakimikolwiek układami. Spojrzał uważnie po swojej świcie, zatrzymując się przez chwilę na patrzącym nań z bezgraniczną ufnością, olbrzymim Hordagu Miażdżycielu Czerepów. Najsilniejszy i najgłupszy ork, którego poznał. W stu procentach posłuszny jego osobie. Uśmiechnął się lekko, po czym, całkowicie pewny siebie i swojego planu, nakazał swej gwardii przybocznej otworzyć dębowe drzwi.

*     *     *

     Varin nerwowo chodził w tą i z powrotem po bogato zdobionej komnacie, znajdującej się w głębi góry. Musiał przyznać, że jest ona naprawdę dobrze ukryta. Aby się tu znaleźć, dotarł do opuszczonej, samotnej chaty na zboczu góry Ganval, najwyższego szczytu gór Bolgraed, znajdującego się na ziemiach pod panowaniem Dirtangu. Następnie musiał odsunąć stary regał, by dostać się do klapy w podłodze, do której klucz znajdował się w specjalnie wydrążonej, drewnianej nodze od łóżka. Dopiero wtedy mógł zejść do tunelu, gdzie oświetlając sobie drogę pochodnią musiał obserwować ściany. Kiedy dostrzegł na jednej z nich pradawny symbol, oznaczający groźbę śmierci, musiał poszukać przełącznika na przeciwległej ścianie, dezaktywującego zabójczą pułapkę, znajdującą się parę kroków przed nim. W tym momencie, już spokojny o swoje życie, mógł dojść do celu. Ujrzeć nareszcie stare, dębowe drzwi, skrywające miejsce wskazane przez posłańca.

Nie miał pojęcia, dokąd zaprowadzą go wskazówki dostarczone przez orka. Tamtej nocy wszystko działo się tak szybko: pszczelarz, książę, wysłannik z Ashva’Munus... Żałował, że tak się to wszystko skończyło. Niespodziewany świadek i potajemne spotkanie zakończone szybkim ulotnieniem się zarówno gońca, jak i czyhających w zaroślach wojowników, pełniących rolę eskorty. Trup jednak pozostał. Samotny w strumieniu deszczu, leżący z orkowym bełtem wbitym w plecy. A wraz z nim gniewny lud, szukający winnego i domagający się kary.

     Na szczęście to nie jego problem. On miał wyruszyć na spotkanie z przedstawicielem dowództwa orków w wyznaczonym przez nich miejscu. Teraz już jest tutaj, stąpający po podłodze pokrytej mrocznymi runami. Stojący na przeciw złotego tronu otoczonego ciemnoniebieską zasłoną. Patrzący na strumień światła, padający z okrągłego otworu wyciętego w sklepieniu prosto na sam środek symboli runicznych układających się w krąg. Na ścianach znajdowały się sztandary, na których przedstawiony był starzec o ciemnoszarej skórze, spoglądający ponuro na tron. Sam wielki Makkar, Pan Wilków i Opiekun Orków. Już wiedział, co to za miejsce. Miejsce, którego każdy ork będzie bronił przed władaniem ludzi do ostatniej kropli krwi. Znajdujące się tak blisko miasta ich wroga. Zaczynał powoli rozumieć dlaczego został zaproszony akurat do tego miejsca. Bóg zniszczenia, które nastąpi w Dirtangu, jeśli nie dojdą do porozumienia. Słusznie uczynił nie zabierając ze sobą żadnego towarzysza. Z pewnością zostałby złożony w ofierze, aby odkupić profanację domu Pana Wilków spowodowaną obecnością niewiernego. Zaś w tym wypadku orkowie będą mieli problem, czy puścić dyplomatę wolno, narażając się na gniew swojego pana, czy też zabijać jedynego uczestnika negocjacji, niwecząc szansę na pakt między nacierającymi zza gór hordami a Dirtangiem.

Dębowe drzwi otworzyły się z lekkim skrzypnięciem. Pierwszą postacią, która ukazała się oczom Varina był gigantyczny ork. Chodząca góra mięśni dzierżąca wielki topór. Zaraz za nim wszedł kusznik, szaman i jeszcze jeden wojownik, jednak już nie tak mocarny jak przecierający szlak wielkolud. Nie trzeba było długo czekać, by zauważyli obecność człowieka. Stało się tak jak przypuszczał. Zaskoczeni jego samotnym przybyciem nie wiedzieli co począć. Zdezorientowani zaczęli mamrotać gniewnie w swoim, niezrozumiałym dla Varina języku.

- Alhun! Chodar alhun!

- Whoga da kyllra?!

- Kyllra grompad! Whuga nod!?

- Alhun! Pagdar! Whoga nullra pagdar?!

Orkowe krzyki wypełniły całą komnatę. Zanosiło się na prawdziwą kłótnię wśród towarzystwa zza gór. Lecz trwało to tylko przez chwilę. Uniesiona w górę ręka wkraczającego do komnaty piątego orka uciszyła całe towarzystwo. Nowy przybysz jako jedyny dorównywał wielkością olbrzymowi z toporem. Jednak wyglądał zdecydowanie bardziej dystyngowanie. Odziany był w złoty napierśnik i nagolennice, zaś na plecy miał zarzuconą czarną pelerynę. Szedł powoli, przyglądając się bacznie jego osobie. To na pewno ten ork, z którym przyszedł się tu spotkać. Należy więc czynić wszelkie honory dyplomatyczne.

- Bagar’nak, ma farunda! – zawołał, kłaniając się nisko przed idącym w jego stronę hersztem. Ten uśmiechnął się lekko.

- Również witaj. Jestem Dargay. – odrzekł we wspólnym języku. – Zapamiętaj to imię chłopcze, bo niedługo w twoich krainach będzie ono wymieniane w każdej karczmie, w której można usłyszeć opowieści o wydarzeniach na polu bitwy. Na każdej uczcie królewskiej, gdzie strapiona arystokracja i dowódcy wojskowi będą z całego serca życzyć mi śmierci. A także w każdym domu przeciętnego człowieka, który odczuje strach przed nacierającą zza gór siłą.

     Słowa wielkoluda poparte lekkim uśmieszkiem sprawiły, że po ciele Varina przeszedł dreszcz. Ten, który przed nim stał nie był jednym ze zwyczajnych hersztów. Stał przed nim sam król! Poczuł, jak po skroniach spływają mu krople potu. Nie tak powinien zachowywać się przedstawiciel jego wyskości księcia Malkina! Bezgłośnie przełknął ślinę i odważnie spoglądając w oczy rozmówcy rzekł.

- Ja zaś jestem Varin! Członek szlachetnego rodu Tervalla i prawa ręka jego wysokości księcia Malkina. Przybyłem tu w sprawie uzgodnienia warunków pokoju...

- Uzgodnienia! Dobre sobie! – pełen wesołości ryk orkowego króla zbił z tropu nie tylko posłańca Dirtangu, ale i stojącą za Dargayem zdezorientowaną świtę. – Nie wiem czy rozumiesz mały człowieczku, ale nie będziemy nic uzgadniać! Wszystko zostało ustalone! Albo utrzymujemy wstępne warunki, albo żadne! Będziecie dostarczać naszym siłom żywność, amunicję i informację o defensywie innych miast! W zamian Dirtang będzie nietykalnym azylem, a po wojnie otrzymacie dziesiątą część podbitych przez nas ziem, ale oddacie zajmowaną przez was część gór Bolgraed wraz z świętym miejscem, w którym teraz się znajdujesz!

 - Nie taka była umowa! Piątą część i bez gór z naszej strony!  – oponował Varin. Wprawdzie książę nakazał mu zgodzić się na wszystko, co zostanie mu zaproponowane podczas tego spotkania, jednak nienaturalnym byłoby przyjąć bez sprzeciwu tak haniebne niezgodności z wcześniejszymi ustaleniami.

- Głupcami jesteście, jeśli myślicie, że oddałbym wam aż piątą część i na dodatek pozwolił zachować ziemie, na których znajduje się święte dla nas miejsce! Albo zgadzacie się na moje warunki, albo wypowiadacie mi wojnę, jak reszta śmiesznych ludzkich władców! – warknął Dargay, podsuwając człowiekowi zwój zawierający treść sojuszu opartego na wymienionych przez siebie warunkach, zapisanych we wspólnym języku. – To jak będzie?

     Varin przybrał wyraz twarzy wielce niepocieszonego, a wręcz oburzonego słowami monarchy. Spojrzał krzywo najpierw na niego, a potem na papier. Cieszył się, że te prymitywne istoty nie potrafiły pojąć, że to wszystko jest grą aktorską, a w duchu jest ogromnie zadowolony z faktu, że wszystko przebiega zgodnie z planem. Z wielką niepewnością przyglądał się zapisom przymierza, czemu towarzyszyły gniewne pomruki gwardii przybocznej Dargaya. Wreszcie z głębokim westchnięciem i kręcąc głową, podpisał dokument jako „oficjalny przedstawiciel miasta Dirtang działający z ramienia jego wysokości księcia Malkina”. Ku jego zadowoleniu, taki podpis spotkał się z wielkim zadowoleniem ze strony orkowego króla, który od razu podsunął mu kopię dokumentu, którą jako dyplomata, podpisał z równie wielkim obrzydzeniem. Po postawieniu ostatniego znaku, schował podpisany przez siebie pakt, wciąż krzywiąc się z niesmakiem. W tym samym momencie mocarna ręka króla chwyciła go za kark i sprowadziła do parteru. Po chwili chwyt Dargaya uniemożliwiał mu wszelkie ruchy. W oczach monarchy widać było wściekłą satysfakcję. Wiedział, że tylko i wyłącznie od niego zależy w tej chwili życie „marnego człowieczka”. Przyciskając jego ciało do zimnej posadzki, w samym środku runicznego kręgu, ryknął mu do ucha.

- Teraz ukorz się przed wielkim Makkarem, ścierwo! Przyszedłeś sam, więc ofiara jako odpokutowanie wpuszczenia cię tutaj nie wchodzi w grę. Chyba, że nas do tego zmusisz! Zamknij oczy i powiedz, że od dziś jesteś wyznawcą Opiekuna Orków, godnym przebywania w tym świętym miejscu! Albo zgiń, wraz z marną iskrą pokoju, o którą walczysz!

     Cała budowana aktorska otoczka prysła. Lawina ślepego przerażenia uderzyła w wysłannika jego książęcej mości z wielką siłą. Zaczął dygotać, czując na ciele dotyk potężnej, orkowej dłoni. W spodniach zaś pojawiła się niespodziewana wilgoć, co spowodowało rechot królewskiej świty. Był przerażony, zły i upokorzony. Nie chciał jednak umierać. Nie teraz, kiedy zaczyna się wojna mogąca raz na zawsze zakończyć istnienie tej dzikiej chołoty. Niemal bezgłośnie, nie mając odwagi nawet podnieść wzroku znad jednego z runów widniejącego na podłodze, wyszeptał niepewnym głosem.

- Wierzę w Makkara. Do niego należy moje życie i śmierć moja.

     Potężne uderzenie w żebra sprawiło, że zawył z bólu. Jego wysokość kopnął go z wściekłością, splunął na twarz i powtórzył uderzenie, wkładając w nie jeszcze więcej siły. Rechot przybocznych Dargaya przybrał na sile. Ten zaś jeszcze mocniej przycisnął dyplomatę do ziemi i ponownie ryknął do jego ucha.

- Głośniej, ścierwo! Niech nie tylko Krąg Wilków, ale cała komnata naszego pana wie, że stajesz po właściwej stronie!

     Varin należał do tych szlaechetnych. Nie miał zamiaru przysięgać wierności mrocznemu bóstwu. Jednakże chciał żyć. Żyć po to, żeby w przyszłości odpłacić temu przebrzydłemu barbarzyńcy za upokorzenie, którego teraz dostąpił. Nieważne, czy ma pomóc mu w tym jakiś dobry bożek, czy też orkowy pan zniszczenia. Ktokolwiek tego dokona, dostanie jego duszę po śmierci, a nawet coś więcej, jeśli tylko zapragnie.

- Wierzę w Makkara! Do niego należy moje życie i śmierć moja! – Krzyknął, wyrzucając z siebie całą nagromadzoną wściekłość. Uścisk natychmiast zelżał, ale rechot pomagierów jego królewskiej mości wciąż dudnił w jego uszach. Podnosząc się zauważył jak orkowie kierowali się do wyjścia. Byli niezmiernie zadowoleni z siebie. Z tego, że osiągnęli swój cel zarówno podpisując porozumienie, jak i demonstrując swą wyższość. Musieli być naprawdę głupi, żeby sądzić, że tak podpisane dokumenty mają jakąkolwiek moc. Czy nie przyszło im do głowy, że musiałby to podpisać sam książę? Aż dziw bierze, że ta rasa nie wyginęła przez tyle lat.

     Jednak był i powód do niepokoju. Mimo tego całego płaszczu okrucieństwa, ich król zdawał się być niezwykle inteligentny jak na swoją rasę. Ocalił możliwość dostarczenia podpisanego paktu z powrotem do Dirtangu, jednocześnie zachowując szacunek wśród orków i nie dopuszczając do zbeszczeszczenia świętego miejsca obecnością niewiernego. Co więcej, pokazał przybocznym brak szacunku i pogardę dla takich jak on, bardzo ważne jeśli chce się utrzymać pozycję w tym dzikim ludzie. Jednocześnie jednak bez wahania przyjął podpisany przezeń nic nieznaczący śmieć i odkrył się przed nim z powodem wojny, naciskając na obecność szczytów Bolgraed, w których, wedle legend, znajdowało się wiele innych świętych miejsc, na wzór świątyni, w której znajdował się w tej chwili. Która z twarzy Dargaya była prawdziwa? Na szczęście to znowu nie jego problem, lecz księcia Malkina. On sam nie chciałby przeprowadzać żadnych gierek z tym osobnikiem. Bałby się, że nie potrafi dobrze odczytać jego zamiarów. Niewiele myśląc spaliłby „pakt” i przywitał monarchę zza gór ogniem i mieczem, jak wszystkie inne miasta Rotgardu.

*        *        *

     Katowskie ostrze było uniesione do góry. Wściekły tłum rzucał czym popadnie w niewinnego pszczelarza, zakutego w dyby. Na nic zdały się jego wyjaśnienia dotyczące włamania do domu pod jego nieobecność, oraz lamenty rodziny. Dowody w postaci trzech kołczanów z charakterystycznymi bełtami przyozdobionym trzema czarnymi piórami mówiły wszystko. Zaopatrywał wroga w amunicję i pomagał mu dostać się do miasta, a teraz chce się wyłgać. Dopiero teraz, gdy wie, że straci życie. Żałosny kundel!

     Nikomu nie przyszłoby do głowy, że podłe bestie przybyły tu na zaproszenie jego książęcej mości. Motyw był przecież prosty. Szwagier pszczelarza, Vanderlan został wtrącony do lochu przez Malkina za zdradę stanu. Szukając zemsty postanowił wspomóc tych, którzy mieli zabić jego wysokość. Później uwolniono by żądnego władzy arystokratę, który przy wsparciu orków objąłby tron Dirtangu, wpuszczając doń zarazem te podłe kreatury. Tylko przypadkowa obecność dzielnego strażnika pod domem zdrajcy sprawiła, że zabójcy nie dostali się do pałacu. Obowiązująca wersja wydarzeń była więc taka: strażnik Bolan bohaterem! On ocalił nasz dom! A co z winnymi? Śmierć! Śmierć w męczarniach!

     Oczy mistrza małodobrego, odpowiedzialnego za wykonanie wyroku, wyczekiwały znaku od księcia. Kiedy ten nastąpił, nastąpiła chwilowa cisza. Zmęczony torturamii głodem, skazany podniósł wzrok na Malkina i krzyknął w jego stronę. - To ci nie ujdzie na sucho, psie! Wszyscy się w końcu dowiedzą... - Pozostało się jednak domyślać, czego. Może tego, że to Vanderlan powinien rządzić Dirtangiem? Tego, że nie tylko on współpracuje z wrogiem? A może niedługo pojawi się wiadomość mówiąca, że orkowie są w mieście? Świst ostrza i odgłos odrąbywanej głowy przeszyły miejskie powietrze. Mimo groźby, która zawisła w powietrzu, tłum zaczął wiwatować. W końcu przesiąknięty nienawiścią łotr i spiskowiec dostał za swoje. Miasto może odetchnąć z ulgą. Nastroje społeczne znowu wrócą do normy. Jednak władca miasta nie był pewien, czy na długo. Paktując z orkami stąpa po kruchym lodzie i kto wie, ilu spiskowców będzie jeszcze musiało stracić życie, zanim oczyszczone z wrzodów, zdrowe miasto będzie mogło ruszyć przeciwko zarazie zza gór. Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę, powiadają. Malkin miał zamiar zasiać wichurę.

 

komentarzy: 2Poniedziałek, 20 maja 2013, 23:30

« starsze wpisy

Ostatnie odwiedziny

Layout

Layout wykonany przez ZoSo paczajcie i chwalcie artystę, gdyż dał radę nawet pokonać przeszkody starego silnika gram.pl
Komentarze uwielbianie zostawiajcie pod najnowszym wpisem :)

Jak sam twierdzi:

,,Naprawdę trudny to był layout...Chyba najbardziej zaawansowany ze wszystkich moich ostatnich projektów, ale wyszedł przednie."

"Tu byłem i layout zostawiłem - ZoSo"

Wbij się w nadchodzący klimat :)

Ankieta

Co sądzisz o Księdze Krwawej Korony II ? Autorstwa Maka1992, w skali jeden do dziesięciu.

  • 10
    35%6 głosów
  • 9
    11%2 głosy
  • 8
    17%3 głosy
  • 7
    11%2 głosy
  • 6
    5%1 głos
  • 5
    5%1 głos
  • 4
    0 głosów
  • 3
    0 głosów
  • 2
    0 głosów
  • 1
    11%2 głosy

Suma oddanych głosów: 17 

« poprzednia ankieta

Prywatne wiadomości

Zaloguj się by wysyłać wiadomości

Namiary na mnie

e-mail: kronikirotgardu(at)gmail.com





Strona prezentuje indywidualną opinię użytkownika. gram.pl nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczone przez użytkowników.
© gram.pl