avatar

GustavovySAJT Użytkownik gram.pl (Obywatel) ja.gram.pl/GustavovySAJT

O Gustavowym miejscu

Hej, jestem Gustav.

W tym miejscu publikuję moje przemyślenia odnośnie gier video i nie tylko.

 

Jeśli wolisz wideo, zajrzyj tutaj:  http://www.youtube.com/user/GustavovyVlog/videos

- to mój kanał YouTube, również o growej tematyce. 

 

Daj znać w komentarzach co sądzisz o mojej twórczości!

Ostatnio gram w

Tytuł gryPo sieci?Ukończona?

Więcej o mnie

Moje tagi:ds, guild wars, nintendo

Obecny stan:

Posiadany sprzęt:PC, PC, Mobile, DS, PlayStation 2

Prywatne wiadomości

Zaloguj się by wysyłać wiadomości

Namiary na mnie

www: http://www.deesowiec.info/, GG: 9748781, e-mail: revend(at)o2.pl

Moje statystyki

Na gram.pl jestem już: 2988 dni

Moich wejść na gram.pl: 264 (#4146)

Napisanych postów i komentarzy: 0 (#1920)

Napisanych recenzji: 0

Wpisów na blogu: 13 (#219)

Liczba odwiedzin mojego gramsajta: 304 (#1775)

Moi znajomi

Mój blog (ostatnie wpisy) rss

Guild Wars 2 - Grafika

guild_wars 2, grafika, Konwencja, GustavovySAJT, Gustav

 

W tym wpisie opiszę grafikę w grze Guild Wars 2, czyli szerokopojętą oprawę wizualną tytułu i wrażenia płynące z obcowaniem z nią. Nie będę ukrywał, że to płaszczyzna, która najbardziej mnie zaskoczyła i pozostawiała po sobie spory znak zapytania. Mianowicie - czy twórcy do premiery poprawią coś w tym aspekcie? Ale po kolei.
Od czasu do czasu w branży gier wideo, i nie tylko, istnieje tendencja do tworzenia oprawy graficznej, która balansuje pomiędzy realizmem, a pewną konwencją stworzoną przez twórców. Gry realistyczne są realistyczne przez niedługi czas. A dokładniej do momentu, w którym pojawi się inna, ładniejsza gra. Z kolei gry w określonych konwencjach z reguły się nie starzeją (World of Warcraft, Super Mario Galaxy...). Guild Wars 2 zrobiło krok w stronę konwencji.
Świat w dość dużym stopniu przypomina ten z oryginalnego Guild Wars. Z tym, że kolory są bardziej wyraziste, efekty walki i umiejętności bardziej widowiskowe, a wszystko oddane w artystycznym ujęciu czy artystycznej konwencji. Cykle dnia i nocy wprowadza nutkę realizmu i baśniowości w późnych porach. Natomiast architektura różna dla każdej ras dodają zróżnicowania. Nadal zachowano pewną dozę realizmu w budowie stworzeń, w tym ludzi. Wyrazistość, bogactwo i koloryt świata przejawia się też w barokowych ubiorach i zbrojach postaci. A jego pewne umiarkowanie w minimalistycznym interface'ie użytkownika. Być może widowiskowość efektów przesłania nieco czytelność walki... jednak czy walka ma w sobie coś z porządku? 
Główne dialogi fabularne prowadzone są z wyświetleniem postaci na cały ekran. Poprzedza to animacja zamalowywania tła akwarelami. Intra przy tworzeniu awatarów dla konkretnych ras są zrealizowane w niewymownie widowiskowy sposób. Jakby tworzyły się na naszych oczach. Twórcy używając wielu obrazów 2D i efektów potrafią opowiedzieć historię, którą dorosły ogląda z rozdziawioną szczęką. I właśnie w ten sposób przywita Cię, drogi Czytelniku, Guild Wars 2.
Świat, intra i dialogi zaliczyliśmy na tak. Ale głównie odwiedzając miejsca i walcząc będziemy zwiedzać świat. I tu zaczynają się schody... lub znaki zapytania. Gra jest beznadziejnie zoptymalizowana. Niemal niezależnie od ustawień zawsze działa w ~25 FPSach. Jest to według wielu wartość graniczna. Ponad to włączając w tle inne zadanie obciążające procesor do połowy - np. konwesje pliku wideo - wydajność nie zmieniła się. Niestety wyższe ustawienia grafiki nie zmieniają za dużo. Nie jest to satysfakcjonujące.
     Z drugiej strony płynność gry była na tyle dobra, że gdybym nie miał wskaźnika FPS na ekranie pewnie bym nie narzekał. Bardziej chodzi o to, że przy mocnym komputerze gramy tak jak ktoś na o klasę słabszym.
     Inną sprawą jest to, że ktoś z komputerem o specyfikacji pokrywającej minimalne wymagania gry Guild Wars 2 nie pogra na satysfakcjonującym poziomie. Np. mój znajomy, któremu 25% walki znikało razem z klatkami, których komputer nie potrafił wyświetlić na czas.

Podsumowując. Guild Wars 2 jest bardzo ładną grą z ogromnym, baśniowym światem, przedstawioną a artystyczny, miejscami nowatorski sposób. Jest też niezoptymalizowanym potworkiem o małej ilości FPSów.

0

 

W tym wpisie opiszę grafikę w grze Guild Wars 2, czyli szerokopojętą oprawę wizualną tytułu i wrażenia płynące z obcowania z nią. Nie będę ukrywał, że to płaszczyzna, która najbardziej mnie zaskoczyła i pozostawiała po sobie spory znak zapytania. Mianowicie - czy twórcy do premiery poprawią coś w tym aspekcie? Ale po kolei.

 

 

Od czasu do czasu w branży gier wideo, i nie tylko, istnieje tendencja do tworzenia oprawy graficznej, która balansuje pomiędzy realizmem, a pewną konwencją stworzoną przez twórców. Gry realistyczne są realistyczne przez niedługi czas. A dokładniej do momentu, w którym pojawi się inna, ładniejsza gra. Z kolei gry w określonych konwencjach z reguły się nie starzeją (World of Warcraft, Super Mario Galaxy...). Guild Wars 2 zrobiło krok w stronę konwencji.

 

0

 

Świat w dość dużym stopniu przypomina ten z oryginalnego Guild Wars. Z tym, że kolory są bardziej wyraziste, efekty walki i umiejętności bardziej widowiskowe, a wszystko oddane w artystycznym ujęciu czy artystycznej konwencji. Cykle dnia i nocy wprowadza nutkę realizmu i baśniowości w późnych porach. Natomiast architektura różna dla każdej ras dodają zróżnicowania. Nadal zachowano pewną dozę realizmu w budowie stworzeń, w tym ludzi. Wyrazistość, bogactwo i koloryt świata przejawia się też w barokowych ubiorach i zbrojach postaci. A jego pewne umiarkowanie w minimalistycznym interface'ie użytkownika. Być może widowiskowość efektów przesłania nieco czytelność walki... jednak czy walka ma w sobie coś z porządku?

 

 

 

Główne dialogi fabularne prowadzone są z wyświetleniem postaci na cały ekran. Poprzedza to animacja zamalowywania tła akwarelami. Intra przy tworzeniu awatarów dla konkretnych ras są zrealizowane w niewymownie widowiskowy sposób. Jakby tworzyły się na naszych oczach. Twórcy używając wielu obrazów 2D i efektów potrafią opowiedzieć historię, którą dorosły ogląda z rozdziawioną szczęką. I właśnie w ten sposób przywita Cię, drogi Czytelniku, Guild Wars 2.

 

0

 

Świat, intra i dialogi zaliczyliśmy na tak. Ale głównie odwiedzając miejsca i walcząc będziemy zwiedzać świat. I tu zaczynają się schody... lub znaki zapytania. Gra jest beznadziejnie zoptymalizowana. Niemal niezależnie od ustawień zawsze działa w ~25 FPSach. Jest to według wielu wartość graniczna. Ponad to włączając w tle inne zadanie obciążające procesor do połowy - np. konwesje pliku wideo - wydajność nie zmieniła się. Niestety wyższe ustawienia grafiki nie zmieniają za dużo. Nie jest to satysfakcjonujące.

Z drugiej strony płynność gry była na tyle dobra, że gdybym nie miał wskaźnika FPS na ekranie pewnie bym nie narzekał. Bardziej chodzi o to, że przy mocnym komputerze gramy tak jak ktoś na o klasę słabszym.

Inną sprawą jest to, że ktoś z komputerem o specyfikacji pokrywającej minimalne wymagania gry Guild Wars 2 nie pogra na satysfakcjonującym poziomie. Np. mój znajomy, któremu 25% walki znikało razem z klatkami, których komputer nie potrafił wyświetlić na czas.

 

0

 

Podsumowując. Guild Wars 2 jest bardzo ładną grą z ogromnym, baśniowym światem, przedstawioną a artystyczny, miejscami nowatorski sposób. Jest też niezoptymalizowanym potworkiem o małej ilości FPSów.

komentarzy: 0Poniedziałek, 13 sierpnia 2012, 17:33

Guild Wars 2 - Walka

guild_wars 2, Walka, Gustav, gustavovyvlog, GustavovySAJT

 

            Mechanika walki jest bowiem prosta i intuicyjna. Wystarczy kliknąć myszką przeciwnika dwa razy lub kliknąć go a następnie umiejętność na pasku i voila. Jest on obsypywany teraz ciosami ciężkich mieczy, ognistymi kulami czy innymi strzałami bądź klątwami.
            Twórcy, mając na uwadze, że potyczki to jeden z głównych filarów zabawy, wprowadzają nas w nie powoli. Nie musisz więc się bać, że w ciągu 30 minut będziesz musiał, Czytelniku, opanować kilkanaście strategii bądź zasad. Jednocześnie szybko stawisz czoła dosyć widowiskowym przeciwnikom, co podsyca apetyt na dalszą grę oraz szlifowanie wojaczki.
            Interfejs gry jest przejrzysty. Pozwala to się skupiać na strategii. Unika się rozproszenia wynikającego z poszukiwania ikony pośród wielu, wielu innych. Do dyspozycji oddano nam 4 umiejętności związane z obecnie używaną bronią. Są one różne dla różnych profesji. Po prawej stronie znajdziemy kolejne 4 plus 1 oddzieloną – elitarną. 5 ostatnich odblokowuje się po uzyskaniu pewnego postępu w grze. Oznacza to, że w momencie gdy je posiądziemy, będziemy już dobrze „ogarniać” mechanikę walki. Nad pierwszymi 4, które opisałem, jest jeszcze pasek 4 kolejnych. Mają one związek głównie z profesją. Dostęp do nich również wymaga postępu w grze.
            Podsumowując, na początku zabawy będziemy kontrolować około 6 umiejętności jednocześnie. Jest to naprawdę nie dużo. Należy też wziąć pod uwagę fakt, że jedna z umiejętności musi być lecząca (w grze każda profesja leczy się sama, nie ma healera). To tak jakby odjąć jedną. Jednocześnie te 6 umiejętności na początku gry te nie jakieś wybitne osiągnięcie Arenanet, wiele gier przed Guild Wars 2 posiadało tą cechę. Jednak warto docenić łatwość z jaką można wejść do świata wspomnianych twórców.
            Zaznaczyłem, że w Guild Wars 2 nie istnieje żadna profesja, której mechanika była projektowana w myśl słowa „lecz”. Co bardziej kąśliwi zaznaczyliby, że Guardian posiada szereg zdolności, które ochraniają, wzmacniają czy nawet leczą towarzyszy. Tak odczuwają tą profesje Ci ludzie, podobnie odczuwam ją ja. Co do wpływu, mocy i efektywności jego umiejętności leczących nie jestem pewien. Jestem jednak pewien, że mimo tego twórcy usunęli z mechaniki healera – postać leczącą. Guardian, strażnik może teraz pełnić rolę co najwyżej tanka i taką, z tego co wiem, pełni. Healerem nie będzie bo po pierwsze zadaje duże obrażenia (jak każda profesja GW2), a to nie jest cecha, którą nadaje się healerom. Po drugie twórcy będą czuwać nad swoimi założeniami – czyli w konsekwencji nie dopuszczą aby umiejętności Guardiana przeniosły nas w przeszłość, do czasów MMO ery World of Warcraft.
            Leczenie postaci jest bardziej elastyczne i mniej globalne. Globalne w tym rozumieniu, że tradycyjny healer potrafił utrzymywać przy życiu inne postaci i siebie przez wiele minut. Wskrzeszanie tych samych podmiotów było równie częstą praktyką. W pewnych momentach prowadziło to do monotonii i naciągania zasad „fizyki” tych i tak nierealnych światów do momentu w którym patrzyliśmy na te zajścia z rezerwą. Obecnie każda profesja posiada umiejętność, którą leczy siebie lub sprzymierzeńca. Nie można robić również tego zbyt często. I dobrze!
            Gdy polegniemy mamy kilkanaście sekund by się wyratować wciskając specjalne umiejętności, które pojawiają się na ekranie. Jeżeli dobrze nam pójdzie, to wrócimy do świata żywych.
            
Walka w grach MMO często sprowadza się do tworzenia ściśle określonego zestawu umiejętności, które później klikamy w odpowiedniej kolejności i odpowiednim czasie. Grając np. w Guild Wars, Trickster Online, Ragnarok Online miałem wrażenie, że moja odpowiedź na jakieś zjawisko w świecie gry jest mocno ograniczona. W zasadzie wszystko opierało się na wcześniej wspomnianych umiejętnościach. W World of Warcraft gdy ktoś wytrzelił we mnie kulę ognia, to mimo, że ją ominąłem, to i tak otrzymałem obrażenia... Dodatkowo rozgrywka często przybierała obraz 2 postaci stojących na przeciw siebie, robiących czynności z pierwszej linijki tego akapitu.
     W Guild Wars 2 sprawa ma się nieco lepiej. Po pierwsze nasz zestaw umiejętności może być cały czas modyfikowany poza walką. To nie nowość. Nowością jest natomiast to, że podczas walki możemy zmieniać bronie, a tym samym 4 podstawowe umiejętności! To nadaje już rozgrywce nutkę elastyczności, dynamizmu i świeżości.
     Drugą sprawą jest to, że w GW2 ruch to zdrowie :) Znajomy grający w WoW również zwrócił mi uwagę, że ludzie w świecie Azeroth przez stanie w miejscu często zbierają ogromne ilości obrażen. Jednak było to ważne głównie w instancjach, gdzie od poczynan jednostki zalezalo powodzenie misji dla calej grupy. Wydaje mi się, że w GW2 nacisk na to położony jest cały czas. Nie ma miejsca na okładanie się i stanie w miejscu. Przeciwnicy dysponują wieloma czarami działającymi w ściśle określonym obszarze, czasem trzeba uciekać przed większą grupą, czasem zmieć pozycję by lepiej obrać cel, jeszcze innym razem atakować podchodami do czasu odnowy umiejętności. Do tego wszystkiego dodaj, drogi Czytelniku, unikanie pocisków dystansowych.
     W słowie walka kryje się 2 walczących. Bo jeżeli 1 osoba walczy ze sobą, to jest samobójstwo. Albo jest wyjątkowo nieudolna.
     W każdym razie dużą część trzeciej bety GW2 spędziłem grając z moim znajomym mikilysem. Tworzenie drużyny jest bardzo proste. Miłą opcją jest możliwość przenoszenia się do naszego kompana. Nie chodzi tutaj o przeniesienie się do jego lokacji, tylko tak jakby  dystryktu... Podejrzewam, że w becia nie wszystkie serwery były uruchomione, więc działały jakby 2 instancje tego samego świata. Jeżeli graczy było za dużo, to trafiało się do nadmiaru (overflow). Wspomniana opcja ograniczała ten problem.
     Co do samej zespołowej gry, to jest ona bardzo przyjemna. Gra się efektywniej i ciekawej. Czuje się większe bezpieczeństwo. Warto zaznaczyć, że można razem wykonywać zadania fabularne, nawet jeśli nasi współgracze je ukończyli lub w ich linii fabularnej występują zupełnie inne. Wynika stąd, że inni mogą być pomocą po prostu zainteresowani. Np. jeżeli chcą poznać historie rasy, którą nigdy nie zagrają. Nie należy natomiast liczyć na jakieś dodatki z tytułu grania w drużynie typu więcej doświadczenia lub jakiegoś surowca.
W grze miałem też krótki epizod z PvP (gracz kontra gracz) w trybie Świat kontra Świat. Polegało to na tym, że o dominacje na mapie walczyły 3 serwery. Oczywiście reprezentowałem swój. Grałem z moją koleżanką Aukarią. Gdy weszliśmy do gry byliśmy już nieco na przegranej pozycji, przynajmniej tak mówiły statystyki. Niestety walki wyglądały tak, że zawsze trafialiśmy na grupy ~8 przeciwników. Mieliśmy kilka podejść, jednak na dużo się nie zdały.
     Więc o ile wejście w grę w trybie PvE (gracz kontra otoczenie) jest przyjemne, proste i intuicyjne, to PvP wydaje się trudne, wymagające więcej czasu i informacji. Na pewno niebagatelne znaczenie mają tutaj szczegółowe atrybuty ekwipunku, jak również aplikowanie rozmaitych znaków na run na owe.
Słowem występu, walka jest barokowa, pełna, soczysta. To to co widzieliście w swoich ulubionych grach MMO w bardziej dynamicznej formie. Przyjemna i prosta. W trybie PvP wymagająca jednak solidniejszego przygotowania.

0

 

Pierwszą rzeczą jaką opiszę w związku z Guild Wars 2 jest walka. Zostajemy w nią wrzucani z biegu, zaraz po zakończeniu intra tworzenia postaci. W tym momencie o naszą uwagę zaczynają walczyć różnorakie porady pojawiające się na ekranie. Próbują one wprowadzić nas w mechanikę starć w świecie Tyrii. Czy jednak są one bardzo potrzebne? Nie!

Mechanika walki jest bowiem prosta i intuicyjna. Wystarczy kliknąć myszką przeciwnika dwa razy lub kliknąć go a następnie umiejętność na pasku i voila. Jest on obsypywany teraz ciosami ciężkich mieczy, ognistymi kulami czy innymi strzałami bądź klątwami.

Twórcy, mając na uwadze, że potyczki to jeden z głównych filarów zabawy, wprowadzają nas w nie powoli. Nie musisz więc się bać, że w ciągu 30 minut będziesz musiał, Czytelniku, opanować kilkanaście strategii bądź zasad. Jednocześnie szybko stawisz czoła dosyć widowiskowym przeciwnikom, co podsyca apetyt na dalszą grę oraz szlifowanie wojaczki.

 

0

 

Interfejs gry jest przejrzysty. Pozwala to skupić się na strategii. Unika się rozproszenia wynikającego z poszukiwania ikony pośród wielu, wielu innych. Do dyspozycji oddano nam 4 umiejętności związane z obecnie używaną bronią. Są one różne dla różnych profesji. Po prawej stronie znajdziemy kolejne 4 plus 1 oddzieloną – elitarną.  Te 5 odblokowuje się po uzyskaniu pewnego postępu w grze. Oznacza to, że w momencie gdy je posiądziemy, będziemy już dobrze „ogarniać” mechanikę walki. Nad pierwszymi 4, które opisałem, jest jeszcze pasek 4 kolejnych. Mają one związek głównie z profesją. Dostęp do nich również wymaga postępu w grze.

Na początku zabawy będziemy kontrolować około 6 umiejętności jednocześnie. Jest to naprawdę nie dużo. Należy też wziąć pod uwagę fakt, że jedna z umiejętności musi być lecząca (w grze każda profesja leczy się sama, nie ma healera). To tak jakby odjąć jedną. Jednocześnie te 6 umiejętności na początku gry te nie jakieś wybitne osiągnięcie Arenanet, wiele gier przed Guild Wars 2 posiadało tą cechę. Jednak warto docenić łatwość z jaką można wejść do świata wspomnianych twórców.

 

0

 

Zaznaczyłem, że w Guild Wars 2 nie istnieje żadna profesja, której mechanika była projektowana w myśl słowa „lecz”. Co bardziej kąśliwi zaznaczyliby, że Guardian posiada szereg zdolności, które ochraniają, wzmacniają czy nawet leczą towarzyszy. Tak odczuwają tą profesje Ci ludzie, podobnie odczuwam ją ja. Co do wpływu, mocy i efektywności jego umiejętności leczących nie jestem pewien. Jestem jednak pewien, że mimo tego twórcy usunęli z mechaniki healera – postać leczącą. Guardian, strażnik może teraz pełnić rolę co najwyżej tanka i taką, z tego co wiem, pełni. Healerem nie będzie bo po pierwsze zadaje duże obrażenia (jak każda profesja GW2), a to nie jest cecha, którą nadaje się healerom. Po drugie twórcy będą czuwać nad swoimi założeniami – czyli w konsekwencji nie dopuszczą aby umiejętności Guardiana przeniosły nas w przeszłość, do czasów MMO ery World of Warcraft.

Leczenie postaci jest bardziej elastyczne i mniej globalne. Globalne w tym rozumieniu, że tradycyjny healer potrafił utrzymywać przy życiu inne postaci i siebie przez wiele minut. Wskrzeszanie tych samych podmiotów było równie częstą praktyką. W pewnych momentach prowadziło to do monotonii i naciągania zasad „fizyki” tych i tak nierealnych światów do momentu w którym patrzyliśmy na te zajścia z rezerwą. Obecnie każda profesja posiada umiejętność, którą leczy siebie lub sprzymierzeńca. Nie można robić również tego zbyt często. I dobrze!

Gdy polegniemy mamy kilkanaście sekund by się wyratować wciskając specjalne umiejętności, które pojawiają się na ekranie. Jeżeli dobrze nam pójdzie, to wrócimy do świata żywych.

 

 

Walka w grach MMO często sprowadza się do tworzenia ściśle określonego zestawu umiejętności, które później klikamy w odpowiedniej kolejności i odpowiednim czasie. Grając np. w Guild Wars, Trickster Online, Ragnarok Online miałem wrażenie, że moja odpowiedź na jakieś zjawisko w świecie gry jest mocno ograniczona. W zasadzie wszystko opierało się na wcześniej wspomnianych umiejętnościach. W World of Warcraft gdy ktoś wytrzelił we mnie kulę ognia, to mimo, że ją ominąłem, to i tak otrzymałem obrażenia... Dodatkowo rozgrywka często przybierała obraz 2 postaci stojących na przeciw siebie, robiących czynności z pierwszej linijki tego akapitu.

W Guild Wars 2 sprawa ma się nieco lepiej. Po pierwsze nasz zestaw umiejętności może być cały czas modyfikowany poza walką. To nie nowość. Nowością jest natomiast to, że podczas walki możemy zmieniać bronie, a tym samym 4 podstawowe umiejętności! To nadaje już rozgrywce nutkę elastyczności, dynamizmu i świeżości.

Drugą sprawą jest to, że w Guild Wars 2 ruch to zdrowie :) Znajomy grający w WoW również zwrócił mi uwagę, że ludzie w świecie Azeroth przez stanie w miejscu często zbierają ogromne ilości obrażen. Jednak było to ważne głównie w instancjach, gdzie od poczynań jednostki zalezalo powodzenie misji dla całej grupy. Wydaje mi się, że w GW2 nacisk na to kładziony jest cały czas. Nie ma miejsca na okładanie się i stanie w miejscu. Przeciwnicy dysponują wieloma czarami działającymi w ściśle określonym obszarze, czasem trzeba uciekać przed większą grupą, czasem zmieć pozycję by lepiej obrać cel, jeszcze innym razem atakować podchodami do czasu odnowy umiejętności. Do tego wszystkiego dodaj, drogi Czytelniku, unikanie pocisków dystansowych.

 

0

 

W słowie walka kryje się 2 walczących. Bo jeżeli 1 osoba walczy ze sobą, to jest samobójstwo. Lub jest wyjątkowo nieudolna.

W każdym razie dużą część trzeciej bety Guild Wars 2 spędziłem grając z moim znajomym mikilysem. Tworzenie drużyny jest bardzo proste. Miłą opcją jest możliwość przenoszenia się do naszego kompana. Nie chodzi tutaj o przeniesienie się do jego lokacji, tylko tak jakby  dystryktu... Podejrzewam, że w becie nie wszystkie serwery były uruchomione, więc działały jakby 2 instancje tego samego świata. Jeżeli graczy było za dużo, to trafiało się do nadmiaru (overflow). Wspomniana opcja ograniczała ten problem.

Co do samej zespołowej gry, to jest ona bardzo przyjemna. Gra się efektywniej i ciekawej. Czuje się większe bezpieczeństwo. Warto zaznaczyć, że można razem wykonywać zadania fabularne, nawet jeśli nasi współgracze je ukończyli lub w ich linii fabularnej występują zupełnie inne. Wynika stąd, że inni mogą być pomocą po prostu zainteresowani. Np. jeżeli chcą poznać historie rasy, którą nigdy nie zagrają. Nie należy natomiast liczyć na jakieś dodatki z tytułu grania w drużynie typu więcej doświadczenia lub jakiegoś surowca.

 

 

W grze miałem też krótki epizod z PvP (gracz kontra gracz) w trybie Świat kontra Świat. Polegało to na tym, że o dominacje na mapie walczyły 3 serwery. Oczywiście reprezentowałem swój. Grałem z moją koleżanką Aukarią. Gdy weszliśmy do gry byliśmy już nieco na przegranej pozycji, przynajmniej tak mówiły statystyki. Niestety walki wyglądały tak, że zawsze trafialiśmy na grupy ~8 przeciwników. Mieliśmy kilka podejść, jednak na dużo się nie zdały.

Więc o ile wejście w grę w trybie PvE (gracz kontra otoczenie) jest przyjemne, proste i intuicyjne, to PvP wydaje się trudne, wymagające więcej czasu i informacji. Na pewno niebagatelne znaczenie mają tutaj szczegółowe atrybuty ekwipunku, jak również aplikowanie rozmaitych znaków czy run na niego.

 

0

 

Słowem występu, walka jest barokowa, pełna, soczysta. To to co widzieliście w swoich ulubionych grach MMO w bardziej dynamicznej formie. Przyjemna i prosta. W trybie PvP wymagająca jednak solidniejszego przygotowania.

 

*Materiał na podstawie wrażeń z 3ciej bety Guild Wars 2:
 Guild Wars 2 (trzecia beta) - Gustavovy plejGEJM

komentarzy: 0Czwartek, 02 sierpnia 2012, 16:29

Zwariowane busy, komunia i zdechła mysz - GustavovyLog #1

Plants vs. Zombies, Minecraft, busy, Gustav, gustavovyLog

 

Jest sobota 5 maja, godzina 10:00. Budzę się z rozkosznego, nieskrępowanego żadnym referatem czy przyszłym kolokwium snem. Nagle przez moją głowe przelatuje dziwna 
myśl. Przecież dzisiaj miała być komunia mojego kuzyna! Normalnie komunie są w niedzielę, ale przecież mama mi mówiła, że były jakieś problemy i dzień uroczystości się 
zmienił. A może ziarno wątpliwości zasiał kolega z Rzeszowa, u którego komunie odbywały się w sobotę. Koniec końców nie byłem pewny daty.
Musiałem to w jakiś sposób sprawdzić... strategicznie. Bo gdyby komunia była dzisiaj to jestem już w pewnym zakresie przegrany. Nie mogłem pogorszyć swojej sytuacji/ 
Do domu nie mogłem zadzwonić, bo rodzice i bracia mogli jeszcze nie wyjechać. Stwierdziłem, że napiszę do brata na gg. Nie odpisał. Drugi brat. Nie odpisał. Dzwonię do 
brata, aparat niedostępny. Mogłem zadzwonić do domu kuzyna, który miał komunię, ale rozmowa typu "ej, ta komunia to dzisiaj czy jutro?" było fatalnym scenariuszem w 
skutkach (PR w rodzinie).
Zestresowany w końcu otrzymałem wiadomość od brata, że komunia jutro. To była ulga, ulga przed tym, co przeżyłem w nieodległych godzinach. Jeden z moich braci, z 
powodów bliżej mi nie znanych, miał na komunię nie jechać, co znaczyło tyle, że w samochodzie było miejsce dla mnie. Zadzwoniłem do domu by ogarnąć kiedy mam 
przyjechać i o której jedziemy . Okazało się, że miejsca dla mnie nie ma. Zasugerowano mi żebym pojechał do rodziny dzisiaj, bo w niedzielę ciężko tam z busami.
Po koko koko to mnie nie zdziwiło. Popatrzyłem ze strachem na kupkę niezmytych naczyń, którą gromadziłem od 2 dni. No cóż, nie mieszkam sam, więc musiałem teraz to 
szybko ogranć na przyjazd mojego współlokatora... +2k PKT do Siły Woli.
Do centrum Krakowa dostałem się bez przeszkód. Tramwaj się nawet nie zespuł. Busa do Bochni znalazłem szybko. Nie dałem rady tylko znaleźć podróbek klasycznych 
raybanków słonecznych za 20 zł w Galerii Krakowskiej, ale to inna historiab..
W Bochni przeszedłem na stronę, z której busy absorbowały pasażerów w kierunku Brzesko. Po przeczekaniu jakichś 15 minut zadzwoniłem do mamy i upewniłem się czy busy 
jeżdżące w stronę Okulic w ogóle kursują. Mama przekazała wiadomość cioci, że "na pewno kilka w niedzielę jedzie". Entuzjazm spłynął ze mnie razem z potem. Na 
szczęscie miałem dobry humor. Zastanawiałem się tylko, dlaczego informacje dostało duchowieństwo, a na przykład inteligencja (ja, heloł!) - nie. Hmmm...
Po  kolejnych 30 minutach zacząłem szukać jakichś rozkładów. Były 2. Jeden stanowił, że w niedziele busy nie jeżdża. Drugi, że bus jechał 10 minut temu - ostatnia 
aktualizacja 2010 rok... Na przystanku stopniowo gromadziła się grupka długo czekających podróżnych. Skminiłem więc, że nie jestem jedyny. Dostrzegłem też zakonnice, 
czyli było okej - tam gdzie jechałem były zakonnice w okolicy. Kilkanaście minut później podjechał bus. Zakonnica podesza do niego. Z ich enigmatycznej rozmowy 
dosłyszałem, że bus nie przyjechał, ale przyjedzie. Dobra, jest nadzieja.
Czas upływał mi na słuchaniu 2 pań - w wieku podeszłym i mniej podeszłym - mówiących o tym, że rozkłady nie są aktualne, ponieważ firma ma inspekcje z zewnątrz. A 
wiadomo, że to wymaga pracy i nie mają oni czasu na takie błachostki jak zmiana rozkładów jazdy. Mówiły też o wadach ciągłych reform edukacji i wielu innych rzeczach 
ważnych dla świada. Bus w końcu nadjechał. Wszyscy rozradowani wesoło się do niego zapakowali. Ku mojemu zdziwieniu Pan Busowy opuścił pojazd, poszedł do busa 
zaparkowanego przed nami i zaczął się kłucić z jego kierowcą, tylko po to by wrócić do nas i powiedzieć żebyśmy wysiadali i ładowali się do busa przed nami. Może ktoś 
by wybuchnął w tej chwili, ale ja lubię takie (niby) trywialne przygody. Zaciekawiony, a najważniejsze - nie pozbawiony szansy transportu - ruszyłem do mojego 
kolejnego czterokołowca, upewniając się czy jedzie tam gdzie chcę. Zarzuciłem potęrzną walutą 20 PLNów, co pozwoliło mi pojechać za free - kierowca wyciągnięty na 
gwałt z domu nie miał po prostu wydać. Przełamując wątpliwości moralne, w całkiem dobrym humorze zająłem wygodnie singlowe miejsce przy oknie.
Poróż była spokojna i przyjemna, bo po drodze minąłem wiele klimatycznych drewnianych domków i stodół, rodem z wiedźmina. Widziałem też tabliczkę drewnianą, na której 
wysiały ogłoszenia - dokładnie taką jak obok karczmy Kudłaty Miś.
Przejeżdżając spostrzegłem też mecz piłki nożej. Oczywiście zaraz po przyjechaniu wujek wysłał mnie bym zabrał moje małe kuzynostwo na ów mecz. Na rowerach. Dostawałem 
apogeicznego agresora w 2 sytuacjach:
a) moi kuzyni jechali za blisko i umyślnie przycierali sobie błotniki
b) trzymali kierownice 1 ręką
Nie chciałem być wrzeszczącym rodzicem, ale szybka jezdnia mnie do tego przekonała. Zarzuciłem miły ton i przekaz na zasadzie kumpel-kumpel. Obaj kuzyni nadal żyją.
We wspomnianym meczu brało udział moich kolejnych 2 kuzynów. Niestety wynik był 4:3 na ich niekorzyść. Sędzia wyciągnął karnego z kapelusza (wersja mojej rodziny).
Sportowa rodzina również gra. Zostałem rozpierdolony, pozytywnie, grą plants
and zombies oraz stadionem, który mój chyba 11-stoletni kuzyn odwzorował
z niemiałym kunsztem w Minecrafcie.
Na koniec dnia, rozkładając nie używaną od długiego czasu sofę, znalazłem zdechłą mysz. Zapytałem
ciocię u wujka czy to coś znaczy - czy zostanę wkrótce bogaty, albo coś? Powiedzieli, że to znaczy,
że mysz, którą próbowali otruć od jesieni całkiem długo wytrzymała...

Jest sobota 5 maja, godzina 10:00. Budzę się z rozkosznego, nieskrępowanego wizją niedalekiego referatu czy kolokwium snu. Nagle przez moją głowe przelatuje dziwna myśl. Przecież dzisiaj miała być komunia mojego kuzyna! Normalnie komunie są w niedzielę, ale przecież mama mi mówiła, że były jakieś problemy i dzień uroczystości się zmienił... A może ziarno wątpliwości zasiał kolega z Rzeszowa, u którego komunie odbywały się w sobotę... Koniec końców nie byłem pewny daty.

 

0

 

Musiałem to w jakiś sposób sprawdzić... strategicznie. Bo gdyby komunia była w ów dzień, to byłem już w pewnym zakresie przegrany. Nie mogłem pogorszyć swojej sytuacji. Do domu nie mogłem zadzwonić, bo rodzice i bracia mogli jeszcze nie wyjechać. Stwierdziłem, że napiszę do brata na gg. Nie odpisał. Drugi brat. Nie odpisał. Dzwonię do brata, aparat niedostępny. Mogłem zadzwonić do domu kuzyna, który miał komunię, ale rozmowa typu "ej, ta komunia to dzisiaj czy jutro?" było fatalnym scenariuszem w skutkach (PR w rodzinie). Zestresowany w końcu otrzymałem wiadomość od brata, że komunia jutro. To była ulga, ulga przed tym, co przeżyłem w nieodległych godzinach. Jeden z moich braci, z powodów bliżej mi nie znanych, miał na komunię nie jechać, co znaczyło tyle, że w samochodzie było miejsce dla mnie. Zadzwoniłem do domu by ogarnąć kiedy mam przyjechać i o której jedziemy. Okazało się, że miejsca dla mnie nie ma. Zasugerowano mi żebym pojechał do rodziny dzisiaj, bo w niedzielę ciężko tam z busami.

 

Po koko koko to mnie nie zdziwiło. Popatrzyłem ze strachem na kupkę niezmytych naczyń, którą gromadziłem od 2 dni. No cóż, nie mieszkam sam, więc musiałem teraz to szybko ogarnąć na przyjazd mojego współlokatora... +2k PKT do Siły Woli.


Do centrum Krakowa dostałem się bez przeszkód. Tramwaj się nawet nie zespuł. Busa do Bochni znalazłem szybko. Nie dałem rady tylko znaleźć podróbek klasycznych "raybanków" słonecznych za 20 zł w Galerii Krakowskiej, ale to inna historia...

 

W Bochni przeszedłem na stronę, z której busy absorbowały pasażerów w kierunku Brzesko. Po przeczekaniu jakichś 15 minut zadzwoniłem do mamy i upewniłem się czy busy jeżdżące w stronę Okulic w ogóle kursują. Mama przekazała wiadomość cioci, że "na pewno kilka w niedzielę jedzie". Entuzjazm spłynął ze mnie razem z potem. Na szczęscie miałem dobry humor.

 

Po  kolejnych 30 minutach zacząłem szukać jakichś rozkładów. Były 2. Jeden stanowił, że w niedziele busy nie jeżdża. Drugi, że bus jechał 10 minut temu - ostatnia aktualizacja 2010 rok... Na przystanku stopniowo gromadziła się grupka długo czekających podróżnych. Skminiłem więc, że nie jestem jedyny.

 

Dostrzegłem też zakonnice, czyli było okej - tam gdzie jechałem były jedyne zakonnice w okolicy. Kilkanaście minut później podjechał bus. Zakonnica podesza do kierowcy. Z ich enigmatycznej rozmowy dosłyszałem, że bus nie przyjechał, ale przyjedzie. Dobra, jest nadzieja. Zastanawiałem się tylko, dlaczego informacje dostało duchowieństwo, a na przykład inteligencja (ja, heloł!) - nie. Hmmm...

 

0

 

Czas upływał mi na słuchaniu 2 pań - w wieku podeszłym i mniej podeszłym - mówiących o tym, że rozkłady nie są aktualne, ponieważ firma ma inspekcje z zewnątrz. A wiadomo, że to wymaga pracy i nie mają oni czasu na takie błachostki jak zmiana rozkładów jazdy. Mówiły też o wadach ciągłych reform edukacji i wielu innych rzeczach ważnych dla świada.

 

Bus w końcu nadjechał. Wszyscy rozradowani wesoło się do niego zapakowali. Ku mojemu zdziwieniu Pan Busowy opuścił pojazd, poszedł do busa zaparkowanego przed nami i zaczął się kłucić z jego kierowcą, tylko po to by wrócić do nas i powiedzieć żebyśmy wysiadali i ładowali się do busa przed nami. Może ktoś by wybuchnął w tej chwili, ale ja lubię takie (niby) trywialne przygody.

 

Zaciekawiony, a najważniejsze - nie pozbawiony szansy transportu - ruszyłem do mojego kolejnego czterokołowca, upewniając się czy jedzie tam gdzie chcę. Zarzuciłem potęrzną walutą 20 PLNów, co pozwoliło mi pojechać za free - kierowca wyciągnięty na gwałt z domu nie miał po prostu wydać. Przełamując wątpliwości moralne, w całkiem dobrym humorze zająłem wygodnie singlowe miejsce przy oknie.

 

Podróż była spokojna i przyjemna, bo po drodze minąłem wiele klimatycznych drewnianych domków i stodół, rodem z wiedźmina. Widziałem też tabliczkę drewnianą, na której wysiały ogłoszenia - dokładnie taką jak obok karczmy Kudłaty Miś w Wyzimie (proza Sapkowskiego).

 

Przejeżdżając spostrzegłem też mecz piłki nożej. Oczywiście zaraz po przyjeździe wujek wyznaczył mi questa - zabrać kuzynostwo na mecz. Na rowerach.

 

No i dostawałem apogeicznego agresora w 2 sytuacjach:

a) moi kuzyni jechali za blisko i umyślnie przycierali sobie błotniki,

b) trzymali kierownice 1 ręką.

Nie chciałem być wrzeszczącym rodzicem, ale szybka jezdnia mnie do tego przekonała. Zarzuciłem miły ton i przekaz na zasadzie kumpel-kumpel. Obaj kuzyni nadal żyją.

 

0

 

We wspomnianym meczu brało udział moich kolejnych 2 kuzynów. Niestety wynik 4:3 był na ich niekorzyść. Sędzia wyciągnął karnego z kapelusza (wersja mojej rodziny).


Sportowa rodzina również gra w gry wideo. Zostałem rozpierdolony, pozytywnie, grą Plants vs Zombies oraz stadionem, który mój (chyba 11-stoletni) kuzyn odwzorował niemiałym kunsztem w Minecrafcie.

 

Na koniec dnia, rozkładając nie używaną od długiego czasu sofę, znalazłem zdechłą mysz. Zapytałem ciocię i wujka czy to coś znaczy - czy zostanę wkrótce bogaty, albo coś? Powiedzieli, że tak - mysz, którą próbowali otruć od jesieni całkiem długo wytrzymała...

 

komentarzy: 0Niedziela, 06 maja 2012, 21:26

« starsze wpisy

Ostatnie odwiedziny

Strona prezentuje indywidualną opinię użytkownika. gram.pl nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczone przez użytkowników.
© gram.pl